Rekolekcje, rygor-lekcje, show

Tygodnik Powszechny 10/2011

Jeszcze nie tak dawno rekolekcje prowadziły do jednego celu: do spowiedzi i komunii. Dzisiaj ich celem jest zharmonizowanie moich przekonań, decyzji, wyborów i postanowień z zamiarami Boga względem mnie i względem ludzi, pośród i dla których żyję.

 

Ogłoszenia parafialne: „W przyszłą niedzielę rozpoczynamy w naszej parafii rekolekcje wielkopostne...”. „O Boże! Znowu? Znowu przyjedzie jakiś kapucyn albo inny jezuita i będzie, jak zwykle od lat, smęcił o tym samym: aborcja, antykoncepcja, in vitro, eutanazja, naród, ojczyzna, liberalizm, jednym słowem – źle było, źle jest, a będzie jeszcze gorzej. Amen!”. Drugi zestaw, równie często – zwłaszcza na tak zwanych mszach młodzieżowych lub dla dzieci – spotykany: „Bóg cię kocha! Jezu, z Tobą idę na całość! Jezus przez krzyż zbawił cię od grzechu, dał ci łaskę życia Bożego, przystąp do spowiedzi, do sakramentu pojednania, oczyść się z win, wyznaj: Jezus Chrystus jest moim Panem!”. I tak dalej.

Konia z rzędem temu, kto się w tym żargonie kościelnej staromowy i nowomowy połapie i domyśli, jaki to związek zachodzi między śmiercią Jezusa na krzyżu a moim dzisiejszym zmaganiem się z życiem? Jakiż to związek magiczny zachodzi między wypowiedzeniem jakiejś słownej formułki a przemianą mojej mentalności w sposób nieomal mechaniczny? Czy też, ujmując rzecz od pozytywnej strony, z moimi wysiłkami, by stawać się świętym, czyli upodabniać się w myśleniu i działaniu nawet nie do najświętszego ze świętych, ale do samego Boga.

Jeszcze inni rekolekcjoniści będą nas zachęcać, byśmy na czas rekolekcji oderwali się od codziennych, powszednich spraw, wyciszyli się, skupili i w ten sposób przygotowali na przyjęcie słowa Bożego i sakramentów. Sprawy codzienne, zwłaszcza te związane z pracą, z pieniędzmi, powinny, muszą ustąpić miejsca sprawom ważniejszym, Bożym, bo przecież od nich zależy nasze wieczne szczęście lub nieszczęście.

Bywa też jeszcze inaczej. Rekolekcje stają się istnym show. Czy chcesz doświadczyć Bożej miłości w swoim życiu? Jezus najlepszym lekarzem! Odpocznij w Duchu Świętym! Gitara, projektor, film i ani chwili milczenia, ciszy. Stosując te metody elokwentny kaznodzieja, nieźle znający oratorskie sztuczki, potrafi zgromadzić tłumy. Wzruszać do łez albo przyprawiać o zimne dreszcze, w zależności od tego, czy bliżej mu do huraoptymizmu, czy też do ponurego czarnowidztwa.

Na wprawianiu jednych słuchaczy w płyciutkie samozadowolenie, jak i na wpędzaniu drugich w płyciutkie samoudręczenie, można nieźle zarobić (swoiste rygor-lekcje). Honorarium otrzymuje się w żywej gotówce lub satysfakcji psychicznej. Miło jest być wziętym kaznodzieją, podobnie jak aktorem, politykiem, nie mówiąc już o celebrytach.

Zostaw lekcjonarz w spokoju

Pamiętając o tego typu pokusach, czy też jakoś ledwie wyczuwając ich istnienie, ratujemy się, jak potrafimy. Niektórzy prezbiterzy, a za nimi diakoni, po przeczytaniu Ewangelii podnoszą lekcjonarz, ukazują zebranym i oświadczają: „Oto słowo Boże!”. Tym gestem chcą podkreślić wagę Biblii, czytań mszalnych. Niestety, tym samym gestem zawężają, czy raczej redukują to słowo do tego, co już Bóg powiedział i zrobił, by następnie w kazaniu samemu o tym opowiadać własnymi słowami, a więc streszczać. A przecież Bóg nie przestał ani mówić, ani działać. Po to ma Kościół, żeby przez tych, którzy zaufali Jego Synowi, nadal być obecnym i działać w każdym czasie i miejscu. Dzięki temu można nawet zaryzykować twierdzenie, że dzieje Kościoła, czy Kościołów, to po Starym i Nowym Testamencie, Najnowszy Testament, trzeci tom, czy trzecia część Biblii. Takie podejście do Bożej działalności najwyraźniej uwidacznia się w konstrukcji homilii czy kazania.

Z grubsza rzecz biorąc, można powiedzieć, że homilię buduje się na wzór sylogizmu. Pierwszą przesłanką jest oczywiście Biblia i Tradycja, choć pewnie należałoby te dwa źródła raczej łączyć niż dzielić. Sama, zwłaszcza literalna znajomość Biblii nie wystarcza, przeciwnie, taka jej deifikacja uniemożliwia odczytanie jej przesłania. Biblia, jak każdy inny tekst, wymaga interpretacji. Druga przesłanka, dla części kaznodziejów już mniej oczywista, to współczesność. W naszych czasach tworzymy sobie obraz rzeczywistości najczęściej za pośrednictwem mediów – prasa, radio, telewizja, internet. W mniejszym stopniu korzystamy z osiągnięć naukowych i artystycznych. Nie mając jednak bezpośredniego wglądu w dziejące się wydarzenia, choćby ze względu na odległość, jesteśmy siłą rzeczy skazani na pośredników. To dzięki dziennikarzom dociera do nas obraz współczesnych hiobów, współczesnych nędzarzy w znaczeniu materialnym i duchowym. Dlatego kaznodziei i katechecie dobra znajomość tych dwu źródeł, Biblii i związanej z nią Tradycji oraz doświadczenia życiowego, jest na równi konieczna, jeśli nie chce popaść w mdły religijny sentymentalizm i bezduszne moralizatorstwo.

Budowanie homilii polega więc na zestawieniu tych dwu przesłanek i wyprowadzeniu z nich wniosku, o którym dopiero można powiedzieć, że jest żywym, wypowiedzianym po raz pierwszy i dla nas, bywa, że tylko dla nas, słowem Boga. Dlatego Kościół, chcąc się zabezpieczyć przed radosną twórczością przepowiadających, tak ułożył czytania mszalne, tak skomponował lekcjonarz mszalny, że każda niedziela, uroczystość, święto, wspomnienie i dzień powszedni mają swoją myśl przewodnią, temat, z którym kaznodzieja i katecheta musi się liczyć.

Może nie od rzeczy będzie przypomnieć, na czym polega różnica między homilią a kazaniem. Te dwie formy przepowiadania różnią się podejściem do tematu. Homilia ma temat narzucony przez czytania mszalne. A zatem, jeśli mamy ewangelię mówiącą na przykład o władaniu mieczem i chcemy w świetle tej ewangelii przypatrzeć się temu światu, w którym jest nam dana łaska życia, trzeba temu światu postawić parę pytań. Co dzisiaj jest tym mieczem, przy pomocy którego, niczym Piotr Apostoł, chcemy bronić Chrystusa? Kto ten miecz trzyma i nim operuje? Moi przeciwnicy, wrogowie, czy może to ja, a nie oni, właśnie przerobiłem różaniec czy krzyż na ów miecz i wymachuję nim na oślep?

Natomiast temat kazania wybiera sam kaznodzieja. Stąd homilię mamy w każdą niedzielę, ale gdy na przykład proboszcz zostanie zaproszony do pobłogosławienia nowiutkiej sikawki strażackiej, wtedy sam musi poszukać tematu. To znaczy zastanowić się na przykład, co wspólnego ma Pan Bóg z pracą tych dzielnych ludzi, przecież parafian. Nie zawsze jednak na postawione pytania znajdziemy odpowiedź w Biblii czy w dziełach Ojców Kościoła i nic w tym dziwnego. Nasz Bóg jest zarówno Bogiem przeszłości, jak i teraźniejszości, no i oczywiście przyszłości. Mówił w dawnych czasach przez ludzi, a nawet przez oślicę, gdyż w pewnych okolicznościach okazała się bardziej pojętna i pobożna od proroka; mówi również dzisiaj, ale z tego nie wynika, że to już wszystko, co Bóg miał do powiedzenia i zrobienia. Stąd dzisiejsi teologowie, uczeni w Piśmie i Prawie, kapłani i arcykapłani również powinni być prorokami. Czyli tymi, którzy umieją dostrzec w tym naszym tu i teraz obecnego i działającego od dawien dawna Boga.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama