Mgła

Rycerz Niepokalanej
6/2011

Czy istnieje pluralizm mediów, skoro są takie filmy i programy, które nie mają prawa zaistnieć w tzw. świeckich, a tak naprawdę ideologicznych mediach? O współczesnej sytuacji polskich mediów na przykładzie filmu Mgła mówi reżyser Maria Dłużewska.

 

- Film "Mgła" został na ogół dobrze przyjęty przez przeciętnego odbiorcę, który o katastrofie smoleńskiej chce się czegoś więcej dowiedzieć. Wydaje się jednak, że rządzący i telewizja nie są zainteresowani tym filmem...

Maria Dłużewska: Stacje telewizyjne odmówiły emisji filmu. Świadczy to wymownie o tym, jak wygląda wolność słowa w Polsce. Film nie ma złych recenzji, nawet "Gazeta Wyborcza" napisała o nim dość pochlebnie. Natomiast zarzuca się, że film jest tendencyjny, gdyż pokazuje tylko jedną stronę. Trzeba jednak zauważyć, że film dokumentalny nie jest publicystyką, gdzie powinno się przedstawić obie strony. Dokument to kategoria artystyczna i autor ma prawo pokazać materiał w sposób subiektywny. W tym też tkwi siła filmu, który mówi przez twórcę. Wraz z Joanną Lichocką pokazałyśmy osoby związane z katastrofą, i to one powiedziały, jak ich zdaniem wygląda stan państwa. Ale jest to też nasze zdanie, my wypowiadamy się niejako poprzez swoich filmowych bohaterów. W filmie wypowiadają się świadkowie tych wydarzeń, a z nimi trudno polemizować. Z tego też względu wiele osób może czuć się zagrożonych, szczególnie te, którym zależy, by prawda nigdy nie dotarła do większego grona odbiorców.

- Świadków można jednak zbyć milczeniem, co wydaje się mieć miejsce i w tej sytuacji. W kościołach śpiewamy: "Ojczyznę wolną pobłogosław, Panie", ale czyż nie należałoby znowu śpiewać: "Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie"?

M. D.: W stanie wojennym śpiewaliśmy: "Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie", ale i dziś gdzieniegdzie tak się śpiewa. Film obejrzało ponad trzy miliony osób i jesteśmy ciągle zapraszani w różne rejony Polski i za granicę na pokazy Mgły. Tych prezentacji jest tak wiele, że tam, gdzie są małe sale, prosimy o zorganizowanie dwóch pokazów, bo z doświadczenia wiemy, że zawsze przyjdzie więcej osób i będziemy musieli wchodzić przez okno - co już nam się zdarzało - gdyż nie sposób było przejść przez salę. Mamy ogromną widownię, po 500, 700 osób. Ten film trafił w potrzeby ludzi.

- Na pewno wynika to z potrzeby poznania prawdy o katastrofie smoleńskiej.

M. D.: Na pewno tak, ale jego siła jest też w tym, że trafił w odpowiedni czas. Ludzie chcą wyjaśnienia przyczyn katastrofy, interesują ich zaniedbania w śledztwie. Naszymi bohaterami są urzędnicy kancelarii Prezydenta pracujący na rzecz społeczeństwa, oddani idei budowania praworządnego, mocnego państwa. Są oni także zwykłymi ludźmi, dlatego widzowie łatwo się z nimi identyfikują, zwłaszcza dziś, kiedy społeczeństwo jest załamane poziomem debat publicznych, poziomem urzędników państwowych. Wielu przeciętnych obywateli straciło nadzieję i myśli, że wszyscy, którzy są przy władzy, myślą tylko o pieniądzach i o "stołkach". A tu pojawia się sześciu młodych ludzi, którzy mówią: Nam zależy na państwie, ono jest dla nas najważniejsze. Wypowiadają się w sposób pełen emocji, gdyż w katastrofie zginęli ich przyjaciele, ich szefowie. Przeżyli koszmar i nagle zetknęli się z drastyczną tragedią na lotnisku i z cynicznym podejściem władzy. Jeszcze nie znaleziono ciał, a już przejmowano władzę.

- Ich głos nie jest jednak słyszany. Nie ma ich na pierwszych stronach gazet, nie ma w telewizji ich wypowiedzi, ich bólu i rozczarowania. Są zaś inne wypowiedzi, uspokajające, że wszystko jest pod kontrolą, że władza ma rękę na pulsie i wszystkim się odpowiednio zajmuje. Ale jaki jest ten odpowiedni sposób? Dziś w państwie widzimy jakby dwa obozy. Jeden, który ma potężne wpływy w mediach i twierdzi, że tylko on ma prawo do decydowania o tym, jaka jest prawda. Zaś z drugiej strony mamy środowisko związane z Kościołem, które próbuje przeciwstawić się takiemu podejściu do prawdy...

M. D.: Tak, jest to zauważalne. Jedna grupa jest bardzo silna, gdyż są to prawie wszystkie media publiczne, w których takich ludzi, jak nasi bohaterowie, nie pokazuje się. Jest to podobna sytuacja do tej, która się zdarzyła w pierwszych dniach po katastrofie. Nagle okazało się, że śp. Prezydent był osobą łagodną, mądrą, wielkim politykiem, mężem stanu - choć ta refleksja trwała niestety tylko chwilę. Ludzie tracą nadzieję, a przez to stają się bardziej podatni na manipulację, gotowi złapać się każdej "brzytwy" albo po prostu wyłączają się, zamykają w sobie. Trzeba bardzo jasno stanąć po stronie ludzi wrażliwych, ludzi o ugruntowanym systemie wartości, po stronie tych, którzy nie chcą żyć w kraju, w którym zdarzyła się tak straszna katastrofa i dotąd nie została wyjaśniona; w kraju, w którym zabrania się zadawania niewygodnych pytań. I choć zadawanie pytań jest przejawem inteligencji, to jednak osoby poszukujące prawdy ośmiesza się, deprecjonuje. Jakoś nam brakuje siły, by stanąć w obronie tej potężnej grupy ludzi - połowy społeczeństwa zepchniętej na bok. Cóż znaczy ten jeden film? Jeżdżąc po kraju, widzę rzesze wspaniałych, myślących ludzi i zdaję sobie sprawę, że to, co robimy, to kropla w morzu, i że nasz głos się nie przebija, albo jest w brutalny sposób zagłuszany. Nie jest łatwo to przetrwać.

- Jak na tym tle wygląda odwoływanie się do etyki dziennikarskiej, czy w ogóle w naszych mediach coś takiego istnieje?

M. D.: Etyka w mediach? Chyba nie ma o czym mówić... Oczywiście jest grupa dziennikarzy, elita elit, którzy mówią, opisują i walczą o prawdę, ale reszta wykonuje po prostu zlecenia. Joasia Lichocka, z którą ten film zrobiłyśmy, jest dla wielu ludzi przykładem dziennikarstwa prawdziwego. Większość bohaterów naszego filmu to ludzie młodzi, co daje jakąś nadzieję... Zawód dziennikarza, podobnie jak i lekarza, wiąże się ściśle z przestrzeganiem etyki, gdyż inaczej nie jest się ani lekarzem, ani dziennikarzem, tylko usługodawcą. Lekarz może wtedy na zamówienie zabić człowieka. Dziennikarz też. Gdy patrzę na medialne nagonki, choćby na Martę Kaczyńską, na gen. Błasika, pilotów, to skóra cierpnie. Niestety, upadły już wszelkie normy, skoro pastwimy się nawet nad sierotą po parze prezydenckiej, nad rodzinami ofiar katastrofy. Jest to przerażający spektakl.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama