Ojciec i prorok nieustraszony

Niedziela 32/2011

Pytamy ostatnio, co nam pozostało w sercach z dziedzictwa bł. Jana Pawła II, próbując obudzić w sobie entuzjazm, jaki rozpalał nas podczas spotkań z Papieżem Polakiem. Po jego beatyfikacji może trochę ożywiło się obcowanie z Janem Pawłem Wielkim, ale daleka jeszcze droga do życia jego dziedzictwem

 

Ten Mojżesz czasów komunistycznych, który wyprowadził Polaków z niewoli upodlenia i kłamstwa sowieckiej ideologii, nie zobaczył ziemi obiecanej, choć oglądał ją już w nadziei, widząc przy sobie wielkiego ucznia i przyjaciela, polskiego Jozuego przełomu XX i XXI wieku – Jana Pawła II. Miałem szczęście widzieć tę radość Prymasa Polski na Szczycie Jasnej Góry w 1979 r., gdy ze spokojem, z dumą i satysfakcją z wypełnienia misji patrzył na Papieża Polaka. W jego otwartych ramionach i w wielkim sercu Prymas widział uratowaną i odnowioną Polskę. Mógł wtedy zawołać za świątobliwym starcem Symeonem: „Teraz, o Władco, pozwól odejść słudze Twemu w pokoju...” (por. Łk 2, 29).

Przeprowadził Polskę przez czerwony komunizm

W tym odchodzeniu żył przekonaniem, że jedni sieją, zaś inni zbierają. Prymas przeżył jeszcze czas narodzin „Solidarności”, ale oszczędzone mu było doświadczenie wojny wydanej narodowi podczas stanu wojennego w 1981 r. Ten rok był dla nas bardzo bolesny. Najpierw chciano zabić Jana Pawła II 13 maja, 28 maja zmarł ojciec narodu, kard. Wyszyński, który przeprowadził Polskę przez morze czerwonego komunizmu, zaś 13 grudnia gen. Jaruzelski wprowadził stan wojenny. Jan Paweł II zbierał te cierpienia w modlitwę i składał u stóp Jasnogórskiej Maryi, żeby Ona z tych bolesnych doświadczeń wyprowadziła dobro. Powiew „Solidarności” rozerwał kajdany komunizmu, powalił mur berliński, zapoczątkował wyzwolenie serc, co stale jest ciężką orką na ugorze skrzywionych sumień. Gdy mija 30 lat od bolesnych doświadczeń roku 1981, widzimy, jak trudno zagospodarować nam wolność, którą wypracowali dla nas dwaj wielcy Polacy: bł. Jan Paweł II i sługa Boży Stefan Kardynał Wyszyński.

Dziedzictwo

Pytamy ostatnio, co nam pozostało w sercach z dziedzictwa bł. Jana Pawła II, próbując obudzić w sobie entuzjazm, jaki rozpalał nas podczas spotkań z Papieżem Polakiem. Po jego beatyfikacji może trochę ożywiło się obcowanie z Janem Pawłem Wielkim, ale daleka jeszcze droga do życia jego dziedzictwem.

Za mało też chyba stawiamy sobie pytań o to, czy jest w naszym życiu coś z dziedzictwa pokornego sternika, Prymasa Tysiąclecia, dzięki któremu uratowaliśmy się z potopu komunizmu politycznego zniewolenia oraz liberalizmu w polskim Kościele. Czasem odnosi się smutne wrażenie, że to Prymas już zapomniany.

Polska potrzebuje dziś nawrócenia na drogi Prymasa Tysiąclecia, który był niezłomnym obrońcą tego, co polskie, tego, co rodzime, nasze, obrońcą korzeni, z których wyrastamy. Był obrońcą tradycji, umiał z niej czerpać i nadać jej ton życia, ale był też odważnym inspiratorem wielu inicjatyw duszpasterskich i społecznych, które nie wszystkim się podobały. Cokolwiek by nie powiedzieć o jego inicjatywach, jak Wielka Nowenna przed tysiącleciem chrześcijaństwa w Polsce, wielkie i trwające do dziś nawiedzenie polskich parafii przez kopię Cudownego Obrazu Jasnogórskiego, Społeczna Krucjata Miłości, dzieło Pomocników Maryi Matki Kościoła, Czuwania Soborowe, to trzeba stwierdzić, że po latach widać błogosławione owoce. Dziś ich brak wypływa z tego, że wiele inicjatyw prymasa Wyszyńskiego zostało zarzuconych, odsuniętych. A on był roztropnym pasterzem, który wszystkie inicjatywy podejmował na kolanach, nie zaś tylko na czysto intelektualnych spotkaniach.

Zmagania

Prymas Tysiąclecia był rozsądnym rządcą Kościoła, który umiał ze skarbca wiary na polskiej ziemi wyciągać rzeczy stare i nowe. Był żywym pasterzem i sternikiem, który czuł puls wiary swojej wspólnoty kościelnej i nie bał się iść pod prąd utartych poglądów czy sterowanych przez komunistów opinii „postępowych katolików” z kręgów „Tygodnika Powszechnego”, „Znaku”, „Więzi” czy grupy PAX-u. Rozsądnie przyglądał się tej fali krzyku o przewartościowanie polskiej pobożności, o przesunięcie akcentów z pobożności masowej na „pobożność elitarną”. Środowiska wyżej wymienione reprezentowały pogląd, że „masowość przeżyć religijnych zaszkodzi ich jakości”, dlatego nie poparły prymasowskich inicjatyw z okresu Wielkiej Nowenny, nie dały – z resztą do dziś – wsparcia opatrznościowemu dziełu nawiedzenia Polski przez kopię Cudownego Obrazu, nie wsparły Soborowych Czynów Dobroci i Czuwań Soborowych na Jasnej Górze. Dzieła te były krytykowane w Polsce, zaś w okresie Soboru Watykańskiego II środowiska powyższe urządzały w Rzymie istne nagonki na Księdza Prymasa oraz na polską pobożność maryjną.

Kard. Wyszyński podchodził do tych ataków spokojnie, nie ukrywał, że one istnieją, i demaskował niektóre środowiska. Rzymskie wypociny tzw. postępowych polskich katolików podsumował jedynie stwierdzeniem, że są pisane „kiepską warszawską włoszczyzną”. Ksiądz Prymas był niezłomnym księciem Kościoła, był niewzruszony w posłuszeństwie Bogu i polskiej racji stanu, słuchał Bożych natchnień, które przychodziły przede wszystkim na modlitwie. Był człowiekiem wielkiej modlitwy, co zauważaliśmy zawsze, gdy przybywał na Jasną Górę. On szukał czasu na modlitwę, na rozmowę z Matką Bożą, choć czynił to dyskretnie. Niekiedy miało się wrażenie, jakby się ukrywał ze swoją modlitwą, chcąc być we własnej izdebce rozmowy z Maryją i Jezusem. Podglądaliśmy go, gdy długo trwał na modlitwie w naszej wewnętrznej, paulińskiej kaplicy zakonnej, podobnie jak podglądaliśmy rozmodlonego Jana Pawła II. To, co ich bardzo łączyło, to bezgraniczne zaufanie i zawierzenie Bogu oraz Matce Najświętszej. To była główna siła skuteczności ich pasterskiej posługi.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama