Nikt nie płacze nad Panem

Nie ma u św. Marka ani jednego zdania o tym, że Kościół uwierzył w zmartwychwstanie! Może zatem warto więcej mówić o śmierci Boga. Albo chociaż pozwolić mówić innym.


Bardzo chciałbym od razu napisać o niewyobrażalnym darze życia, który wypływa z tajemnicy tej śmierci, ale uległbym pokusie, za której uleganie przed chwilą beształem chrześcijan. Dlatego zacząć trzeba od przypomnienia, że ze śmierci Jezusa przede wszystkim wypłynęła rozpacz: jeden powiesił się na Polu Garncarza, inni wrócili zawiedzeni do Emaus, reszta zamknęła się w domu. I dopiero potem, w tej rozpaczy rodzi się życie.

Bóg bowiem naprawdę umarł i nie przychodzi inaczej jak przez śmierć, On nie tyle ożywa, co powstaje z martwych, a to nie to samo. Wybiorą więc Macieja, wrócą do Jerozolimy i opuszczą dom na zawsze, ale w najmniejszym stopniu nie uczyni to śmierci Pana mniej śmiertelną. Wyznawcy krzyża będą już zawsze pili krew Boga i jedli wydane na śmierć Jego ciało. Staną się one dla nich Eucharystią, nieustannym dziękczynieniem. Ich tajemnica wiary w równiej mierze zawierać będzie głoszenie śmierci, wyznawanie zmartwychwstania i oczekiwanie powtórnego przyjścia. A gdy ulegną pokusie zapomnienia o śmierci swojego Boga, to On im pośle proroków, którzy o tym przypomną. A jak ich nie usłuchają, to może nawet zburzyć ich Świątynię.

Doprawdy otchłań kenozy Boga, Jego śmierci, sięga głębiej, niż myślimy. Obawiam się, że abp Życiński, pisząc w ostatnim zdaniu swojego artykułu o „nadzwyczaj niskim współczynniku oczekujących na Zmartwychwstanie”, uległ odrobinkę pokusie niedopuszczenia do śmierci Boga. Tymczasem nikt nie oczekiwał na Zmartwychwstanie! Na nie po prostu nie da się oczekiwać, gdyż ono się dokonuje nie tyle po śmierci, co w śmierci Boga. Czekać można jedynie na ukazanie się życia, na nasze wejście w to misterium, które zwykło się nazywać „paschalnym”. Zmartwychwstały tymczasem jest cały czas barankiem zabitym, jakby ani trochę mniej martwym, choć w pełni żywym. Ewangelię o zmartwychwstaniu głoszą natomiast Apostołowie, którzy – zgodnie z tekstem św. Marka – ani razu nie wyznali wiary w Zmartwychwstałego!

Bóg zatem umarł, umiera i będzie umierał. Religie również. Możliwe, że Bazylika świętego Piotra będzie kiedyś meczetem lub zostanie zburzona, a na miejscu meczetu Al-Aksa Żydzi odbudują Świątynię Jahwe. Możliwe, że wszystkie krzyże znikną ze szkół europejskich, tak jak w Senacie Rzymu nie ma już ani jednego posągu pogańskiego bóstwa. Możliwe nawet, że nie będzie na świecie żadnej religii, a ludzie świętować będą „znój przeżywania” – jak pisze Hartman – zmuszeni „zadowolić się taką świętością, jaka tkwi w nas samych, pięknem człowieczeństwa”.

Doprawdy wymyślanie czarnych czy białych scenariuszy dla religii ludzkiej nie ma najmniejszego sensu. Można natomiast (a nawet trzeba) – i za to chwała Hartmanowi – rozpaczać i płakać nad śmiercią Boga. To jest bardzo religijne. Osobiście jestem głęboko przekonany, że pośród tych łez Bóg budzi w ludzkim sercu doskonałą radość, ponieważ On, nasze życie, objawia się przez śmierć. „Czemu płaczesz? Kogo szukasz?”. Jakżeż Kościołowi potrzeba tych łez, które Bóg ociera!

Bóg przecież jest.



Ks. Przemysław Marek Szewczyk (ur. 1977 r.) jest kapłanem Archidiecezji Łódzkiej. W 2009 r. ukończył studia patrystyczne na KUL. Obecnie przebywa we Florencji.
«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama