Bóg rodzi się za kratami

Przewodnik Katolicki 52/2011

„Ozet” przy ulicy Toruńskiej 276 w Bydgoszczy Piotr i Adam nazywają „wakacjami pod gruszą”. Podobnie jak 130 innych odsiadujących w nim końcówki długich wyroków. Tam za kratami też rodzi się Bóg.

 

W przeciwieństwie do zakładów karnych w Sztumie czy Koronowie, „Ozet” przy ulicy Toruńskiej jest zakładem otwartym aresztu śledczego. Można w nim pracować na zewnątrz, a w celi jest telewizor czy konsola do gier. O tym, że jest się w więzieniu, trudno jednak zapomnieć. Także nam.

Punktualnie o 15.00 na dzwonek strażnik z łoskotem otwiera potężne drzwi. Rekwiruje komórki i dowody. Przechodzimy przez kolejne drzwi. Pod prądem. Tak trzy razy. Wychowawca prowadzi do celi. Nie ma chyba dziesięciu metrów. Po lewej dwie piętrowe, metalowe prycze, pamiętające pewnie jeszcze PRL. Po prawej stół, kubek, plastikowe sztućce. Wysoko nad nimi mały telewizor. W ciasnym pomieszczeniu krząta się czterech ludzi. Różne charaktery, różne wyroki. Jeden cel: zamienić okratowaną klitkę na własny dom, normalne, wolne życie. Jego namiastką musi być na razie sala widzeń. To w niej poznaję historie Piotra i Adama.

Cela nr 28: Piotr

Piotr to średniego wzrostu 41-latek. Jego twarz, później głos zdradzają bagaż doświadczeń. – Mam wyrok za jazdę pod wpływem alkoholu. Kiedyś takimi ludźmi gardziłem, dziś sam za to tu siedzę – zaczyna. Zamknęli go 19 lutego 2009 r. Do końca kary zostało mu jeszcze półtora roku. Być może jednak wyjdzie wcześniej. – Może już w lutym, bo o warunkowe zwolnienie za dobre sprawowanie wystąpiła administracja więzienna – mówi z nadzieją, za chwilę dodając, że „może posiedzieć do końca, byle tylko nie zajrzeć już więcej do kieliszka”.

Magdalena

Na początku odsiadywał wyrok w jednym z największych aresztów w Europie: w Białołęce. Stamtąd przenieśli go do grupy R2 – półotwartej. Potem był zakład w Koronowie, a po 17 miesiącach trafił na Toruńską. To jest już kolejna odsiadka. Wcześniej za kradzież.

– Wyszedłem 20 września 2006 r. Zmieniłem dawne życie. Bóg podsunął mi wspaniałą kobietę. Magdalenę. Była wykształcona, z dobrego domu. Miała wysokie stanowisko w banku. Mieliśmy się pobrać – mimo upływu lat wciąż słychać w jego głosie emocje. – Niestety ostro piła. Nie wytrzymała jej wątroba. Odwiozłem ją na szpitalną izbę przyjęć. Tam zmarła, a ja? Nie wytrzymałem. Pojechałem na stację benzynową. Zatankowałem do pełna nie tylko bak auta, ale i siebie – wyjaśnia. Toyotę Avensis kupił dwa tygodnie wcześniej, za pieniądze, które uzbierał z pracy w Anglii. W budowlance. Remonty i wykończenia. Wsiadł do samochodu i pił. Przyspieszył. Jechał z równie pijaną sąsiadką – Jagodą. Chciał się zabić. Rozpędzony w ostatniej chwili na estakadzie koło warszawskiego Dworca Centralnego zjechał, by uniknąć czołowego zderzenia. Wylądowali na barierce. Przeżył. Jagoda, po trzech miesiącach walki w szpitalu, też.

Nienawidzę grudnia

– Denerwuje mnie grudzień. Nienawidzę tego miesiąca, bo zaraz wszystko sobie przypominam: święta, których nie miałem – mówi. W domu zawsze było tak samo. Ojciec Eugeniusz i starszy brat Sławek polewali przez całe święta. Także przed i po. – Wódka, piwo, bimber. Nawet jak lekcje odrabiałem, to musiałem uciekać, bo się awanturowali i bili. Brat zapił się na śmierć. Ojciec żyje, ale przez alkohol jest poważnie chory. Po pijaku rozbił głowę, zrobił się krwiak i miał trepanację czaszki – tłumaczy. To przez niego umarła też matka Piotra, Jadwiga. – Kiedyś pijany tak mocno ją kopnął w narządy rodne, że zrobił się rak. Umarła w 1980 r. Od tego czasu tułałem się po domach dziecka. Zaczęło się od Domu Małego Dziecka na Bonifacego. Miałem 10 lat – kontynuuje dramat dzieciństwa. W tym okresie prawdziwe święta z choinką i prezentami miał trzy razy. Najlepiej wspomina te… za kratami, wyprawiane przez AA i bractwo więzienne. – Jest stół, na nim biała kiełbasa, bigos, sałatka, śledzik. I najprawdziwszy karp – mówi podekscytowany. – Wreszcie święta są ciepłe i rodzinne. Są drobne prezenty, choinka, opłatek – wylicza. Jest też jego ulubiona kolęda: Cicha noc, która go uspokaja, pozwala zapomnieć, gdzie jest, a przypomina, gdzie mógłby być, ale też gdzie będzie.

Marzenia, nie plany

Bóg w jego sercu narodził się przez bractwo. Na Toruńskiej. Pamięta Mszę, od której w kwietniu się wszystko zaczęło: „Nie miałem chrztu ani komunii. Miałem opory, by się do tego przyznać, no bo 40-letni chłop bez chrztu?”. W końcu się przełamał. Chrześcijaninem zostanie wraz z nowym rokiem. Przyjmie też komunię i bierzmowanie. Chce jechać w maju do Częstochowy i pójść w pielgrzymce, być może już jako wolny człowiek. Chce też utrzymywać kontakt z 20-letnią córką Elą, ze związku z Białorusinką Żanetą, która mieszka w Norwegii oraz… dwoma braćmi. Bo oprócz śp. Sławka ma też żyjącego w Niemczech Grzegorza i jeżdżącego po Europie na tirach Jarka. Bożego Narodzenia na wolności nie planuje. – Alkoholicy nie mogą robić planów dalej niż na dziś. Marzy mi się, że usiądziemy wspólnie całą rodziną przy stole. Ale czy to realne? – obawa przeplata się z nadzieją. Byle tylko nie pił.

Cela nr 18: Adam

Adam ma 46 lat. Twarz zdradza osobę wykształconą. W trakcie rozmowy poraża swą elokwencją. – Jestem tu za oszustwa. Było ich tak dużo, że wyroku uzbierało się na 30 lat. Prawnik na wolności popełnił błąd, bo nie złożył wcześniej wniosku o wydanie wyroku łącznego, ubiegałem się o to dopiero w więzieniu za pośrednictwem rzecznika. Z 30 lat zrobiło się jedenaście i pół roku – wyjaśnia. Wpadł przez przypadek. – W Poznaniu zatrzymano dwie osoby, które miały do mnie numer telefonu w komórce. CBŚ w Bydgoszczy założyła podsłuchy i na ich podstawie po roku mnie aresztowano – mówi bez emocji. Podczas ośmiu lat odsiadki był już w Toruniu, Koronowie i Grudziądzu.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama