Hajrá Magyarország! Hajrá Orbán! (Naprzód Węgry, Naprzód Orbán)

Niedziela 9/2012

Z Janem Pospieszalskim – dziennikarzem telewizyjnym i publicystą, jednym z nielicznych polskich dziennikarzy, którzy przeprowadzili wywiad z premierem Węgier Viktorem Orbánem – rozmawia Mateusz Wyrwich

 

MATEUSZ WYRWICH: – Viktor Orbán, obejmując władzę w 2010 r., zastał kraj w totalnej ruinie. Z gigantycznym długiem publicznym, który przekraczał wszelkie dopuszczalne możliwości...

JAN POSPIESZALSKI: – Orbán zastał kraj, który wymagał nie tylko gruntownych reform ekonomicznych i gospodarczych, ale przede wszystkim przedefiniowania całego modelu funkcjonowania państwa w wielu obszarach. Począwszy od obszaru ideowego, poprzez całą politykę społeczną, aż po gospodarkę, która wymagała natychmiastowych interwencji. Zwycięstwo Fideszu, czyli partii Viktora Orbána, w wyborach 2010 r. zapewniło mu dwie trzecie miejsc w parlamencie. W ten sposób społeczeństwo dało mu mandat zaufania, pozwalający na wdrożenie śmiałych zmian, nie tylko gospodarczych. A zarazem przekazało premierowi narzędzie umożliwiające przeprowadzanie tych reform: prawo do zmiany stalinowskiej konstytucji.

– Mimo większości w parlamencie, wyprowadzanie Węgier z zapaści gospodarczej, jak dziś widzimy, stało się niezwykle trudne, dlaczego?

– Postkomunistyczne rządy związały Węgry bardzo niekorzystnymi dla państwa umowami międzynarodowymi. Choćby takimi, że koncerny zagraniczne nie musiały płacić podatków. Inne zaś, wykorzystując luki prawne, mogły nie wykazywać dochodów, jednocześnie wyprowadzając zyski za granicę. Tymczasem te olbrzymie supermarkety zarabiały i zarabiają krocie, a Skarb Państwa węgierskiego świeci pustkami... Wręcz stoi na progu bankructwa. Orbán uznał, że nie będzie ścigał się w dociekaniu, jak ten wielki kapitał wyprowadza zyski, ale w sposób przejrzysty opodatkował międzynarodowe korporacje – wprowadzając opodatkowanie podatkiem kryzysowym na okres trzech lat.

– I doszło do tak kuriozalnego wydarzenia, które miało miejsce w ubiegłym roku w Budapeszcie. Odbyło się tam spotkanie ambasadorów państw inwestujących na Węgrzech, zorganizowane na życzenie przedsiębiorców, a poświęcone temu, w jaki sposób przeciwdziałać reformom Orbána...

– Faktycznie, śmiały program reform Orbána wywołał panikę kapitału międzynarodowego. I to właśnie sprawiło, że w Budapeszcie doszło do takiego spotkania, w którego trakcie zastanawiano się, w jaki sposób zatrzymać reformy, które dla zagranicznego kapitału owocują realnym obniżeniem zysków.

– I, co także niezwykłe, węgierska prasa wspierała tych przedsiębiorców, a nie swojego premiera. Jak to możliwe?

– Na Węgrzech, jeszcze w większym stopniu niż w Polsce, właścicielami niemal wszystkich gazet są obce korporacje. Po 1990 r. kupiono za grosze tytuły komunistyczne wraz ze sztandarową gazetą węgierskich komunistów „Népszabadság”, która powstała po stłumieniu rewolucji węgierskiej w 1956 r. To taka węgierska „Trybuna Ludu”. Najpierw kupili ją Niemcy, dziś właścicielami są Szwajcarzy o lewicowo-liberalnych poglądach. Byłym komunistycznym dziennikarzom zagwarantowano jednak zachowanie całego zespołu redakcyjnego. Co, oczywiście, nie mogło się nie przełożyć na sposób pisania o demokratycznych Węgrzech i o świecie. Tak jak kiedyś służyli propagandzie komunistycznej, tak teraz zaczęli uprawiać hurrapropagandę liberalnej polityki ekonomicznej oraz społecznej i światopoglądowej.

– Co było chyba najbardziej widoczne w przypadku ustawy medialnej wprowadzonej z inicjatywy Viktora Orbána.

– Kiedy na początku 2011 r. Węgry objęły prezydencję w Unii Europejskiej, rząd Orbána przygotował i wkrótce wdrożył ustawę medialną. Wzbudziła ona natychmiast gigantyczny protest węgierskich liberałów i postkomunistów, którzy do dziś mają olbrzymie wpływy w tzw. salonie, czyli w kręgach uniwersyteckich, wśród ludzi mediów tradycyjnych, a także wśród przedstawicieli różnych fundacji, instytutów, które – podobnie jak w Polsce – funkcjonują głównie za pieniądze obcych kapitałów. Ci „moraliści” poczuli się zagrożeni i złapali się tej ustawy medialnej, twierdząc, że stanowi ona zamach na wolność słowa. Charakterystyczne i znajdujące odniesienia również do naszej rzeczywistości było to, że ustawa została napiętnowana także przez międzynarodową opinię publiczną – zanim jeszcze została przetłumaczona na język angielski. Deputowani Parlamentu Europejskiego np. nie zostawili na niej suchej nitki. Pojawiły się nawet głosy „ostrzegające”: jeśli uważacie, że proces demokratyczny jest niemożliwy do cofnięcia, to spójrzcie na Węgry... Kiedy jednak ustawa została przetłumaczona na język angielski, okazało się, że 95 proc. zapisów węgierskiej ustawy medialnej jest tzw. konwergencją, czyli dostosowaniem jej do „cywilizowanych norm”, jakimi posługują się kraje tzw. wolnego świata. Jest tam ochrona praw autorskich, prywatności, zapobieganie rozpowszechnianiu treści, które są obraźliwe, faszystowskie i antysemickie. Ta ustawa odnosi się również do kwestii obyczajowych. Reguluje m.in. obecność w przestrzeni publicznej treści szkodliwych czy silnie inwazyjnych w sferę emocjonalną, które szkodzą młodzieży. Ustawa podnosi też wiek osób mogących występować w filmach erotycznych czy wręcz pornograficznych. Postkomuniści bowiem wprowadzili prawo, zgodnie z którym już 14-letnie dzieci mogły brać udział w filmach pornograficznych. Ale jednocześnie sprawiła też, że kilkuset ludzi z radia i telewizji, którzy przyszli do mediów jeszcze za rządów komunistów, straciło pracę. Zmiany w węgierskiej konstytucji, nienaruszonej od czasów stalinowskich, oraz w blisko 400 innych ustawach były i są bardzo mocno dyskutowane przez ośrodki opinii publicznej krajów liberalnych na Zachodzie. Ich zdaniem, są one przykładem na to, że na Węgrzech cofa się proces demokracji.

 

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama