Wiara na poważnie

Biblioteka Kaznodziejska (marzec-kwiecień) 2012

Abraham jest stawiany jako wzór wiary celowo. Bywają momenty kiedy trzeba okazać – tak, jestem dorosły, mam odporność większą niż przeciętny pięciolatek. Jestem gotów na życie. I czasem przychodzi patrzeć jak umiera dziecko. Rodzice. Ktoś bliski. W co wtedy będziesz wierzył?

 

Zauważyłeś, że często tylko bawimy się w wiarę? Podreptałeś sobie grzecznie do kościoła, tup tup, przejęty że nóżki bolą od stania, że mogłeś się bawić w coś innego, a 50gr to przecież dużo. W kościele to minęło, przez chwilę ukoił głos księdza, dały radość wspólne pieśni. Ale już po chwili masz ochotę się powiercić, wstać, pobiegać, cokolwiek. Tylko nie wolno, bo inni patrzą. Więc siedzisz grzecznie do końca, a potem z ulgą podreptasz do domu, zadowolony z tego, jaki byłeś dzielny, że wytrzymałeś.

Sielanka. Aż by się chciało, żeby ktoś poklepał po główce i powiedział: „grzeczne dziecko”. Zamiast tego – uderzenie w twarz. Stracisz to co najcenniejsze. Pożegnaj się, bo już tego nie zobaczysz. A czasem jeszcze gorzej: sam dokonaj wyboru.

Abraham jest stawiany jako wzór wiary celowo. Bywają momenty kiedy trzeba okazać – tak, jestem dorosły, mam odporność większą niż przeciętny pięciolatek. Jestem gotów na życie. I czasem przychodzi patrzeć jak umiera dziecko. Rodzice. Ktoś bliski. W co wtedy będziesz wierzył?
W życie wieczne i nowy lepszy świat, w którym obyśmy wszyscy się znaleźli? Czy w jakiegoś okrutnego, mściwego boga, który niszczy w twoim życiu wszystko, co miało wartość?

Czasem jak Hiob trzeba patrzeć, jak wali się dom, płoną owoce pracy, nie zostaje nic, nawet wola życia. Czy wtedy, jak Hioba, utrzyma cię przy życiu i zdrowych zmysłach zaufanie do Stwórcy? Jak trudno powiedzieć, siedząc na zgliszczach i popiele: „Jezu ufam Tobie”. Trudno to powiedzieć przy mogile kogoś bliskiego. Gdzieś przepada wiedza, że nasz dom jest po tamtej stronie, nie tu; że tu wszystko i tak – doczesne, przejściowe.

Zbyt dramatycznie, możesz pomyśleć z niechęcią, wytrącony z sennego spokoju niedzieli. Nie każdego spotykają aż takie doświadczenia. Spróbujmy z czymś lżejszym. Uczysz swoje dzieci poświęceń? Są w stanie np. pójść na pieszą pielgrzymkę? Nie fizycznie, ale psychicznie, emocjonalnie, duchowo. Zaangażować się w coś, co da dużo trudu i zmęczenia. I zrobić to, wygrać z samym sobą. A może wolontariat PCK i opieka nad staruszkami, obowiązkowo uciążliwymi? A może choć proste sprawy: dodatkowe zajęcia czy podzielenie się kanapką, spokojne zniesienie złej oceny czy kłótni… Twoje dzieci w zderzeniu z życiem okażą się gotowe, czy rozpadną na kawałki, zdumione, że coś poszło nie po ich myśli?

Czasem straszna góra Moria to przymus wyboru. Jak wtedy, kiedy zakochasz się w kimś, kto już nosi obrączkę na palcu. Albo sam już komu innemu przyrzekałeś przed ołtarzem, że nie opuścisz, że aż do śmierci… Dużo możemy teraz usłyszeć łzawych historii i zachęt, żeby pójść za głosem serca. Czy twoja wiara obejmuje momenty, które łamią życie w drzazgi i trzeba wybrać – albo to co się chce, albo to, co trzeba? Bo przecież doskonale wiadomo, co trzeba zrobić i co trzeba poświęcić – „co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela”…

Krótko mówiąc – duży już jesteś. I jako dorosły sam rozumiesz, że wiara to nie „aż” przytupywanie z zimna na niedzielnej mszy, czy „aż” paciorek raz na miesiąc, bo akurat coś było potrzeba. Czy jesteś wierzącym czy nie, okazuje się, kiedy coś trzeba poświęcić, kiedy cierpisz. Kiedy wydarzenia wdeptują cię w ziemię. A ty wstajesz z tego silniejszy, bo ufasz Bogu i postępujesz według przykazań.

 

«« | « | 1 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama