Człowiek stał się kosztem

Niedziela 11/2012

O nowym „złotym cielcu” ekonomii i absurdach świadczących o wypaczeniach współczesnego świata z prof. ekonomii Jerzym Żyżyńskim z Uniwersytetu Warszawskiego – posłem Prawa i Sprawiedliwości rozmawia Alicja Dołowska

 

Alicja Dołowska: – Kto spowodował obecny kryzys? Czy nie zaczął się od szalonych pomysłów finansjery?

Jerzy Żyżyński: – Wśród ekonomistów istnieje na ogół zgoda co do tego, że przyczyną obecnego kryzysu jest zdominowanie ekonomii w szerokim sensie – zarówno nauki, jak i gospodarki – przez system finansowy, który narzucił określone schematy myślenia i stał się głównym czynnikiem kreującym wizję świata. „Finansjalizacja” gospodarki sprawiła, że celem stał się nie biznes jako taki, tradycyjny – czyli robienie interesu poprzez oferowanie ludziom jakichś dóbr lub usług, wytwarzanie – lecz robienie pieniędzy dowolnymi metodami, głównie poprzez operacje czysto finansowe. Zatem inwestycja to dziś bardziej przedsięwzięcie finansowe, a nie – jak kiedyś – budowanie fabryk, tworzenie miejsc pracy, zaangażowanie sił wytwórczych i bazy materiałowej, dzięki czemu produkuje się dobra i usługi. Teraz inwestycja to zaangażowanie pieniędzy po to, żeby uzyskać tzw. stopę zwrotu.

– Czyli realizacja w czystej postaci hasła „pieniądz robi pieniądz”?

– To obowiązywało zawsze, ale problem w tym, że nastąpiła dominacja świata finansów nad światem realnej gospodarki. Liczy się finansowa transakcja, nawet krótkookresowa, z godziny na godzinę, na której można zarabiać pieniądze, a nie liczy się związek między ludźmi i zaspokajanie ich potrzeb. To nowe spojrzenie zapoczątkowali tacy finansiści, jak Harry Markowitz, który zresztą w 1990 r. dostał za swoje modele finansów Nagrodę Nobla. On sam stwierdził, że stworzył „nowego człowieka”. Jak się mówi, kiedyś był homo economicus, teraz homo financiarus – człowiek finansowy.

– Zatem kryzys zaczął się od akceptacji określonej koncepcji filozoficznej?

– W pewnym sensie tak, bo oznaczało to kryzys myślenia, kryzys związków międzyludzkich, kryzys związków między pracodawcą a pracownikiem, między właścicielem a firmą, itd. Przestaje się np. liczyć własność jako taka, liczy się, ile można uzyskać zwrotu z kapitału. Oczywiście, zawsze się to liczyło, bo przecież przedsiębiorcy inwestowali po to, żeby zarabiać. Jednak, jeśli kiedyś przedsiębiorstwo służyło do wytwarzania dóbr i dzięki temu zarabiało pieniądze, to teraz przedsiębiorstwo ma być maszynką do robienia pieniędzy. Nieważne, co wytwarza, ważne, że daje zysk finansowy. Tym samym strona etyczna stosunków międzyludzkich została zepchnięta na dalszy plan. Razem z tym zrodziła się tzw. ekonomia podaży, która miała zaprzeczyć sposobowi myślenia o gospodarce, który ukształtował John Maynard Keynes. Można go krytykować za różne rzeczy, jednak on myślał o kapitalizmie w kategoriach realnych. Państwo miało stabilizować stosunki społeczne i gospodarcze, być motorem napędzającym gospodarkę, gospodarka miała zaspokajać popyt na dobra i usługi, ale jako że działalność przedsiębiorcy nie miała sensu, jeśli nie było popytu, to celem polityki gospodarczej było wykreowanie popytu. W tzw. nowej ekonomii popyt uznano za nieważny, liczy się generowanie zysku jako takiego, państwo postrzegane jest jako hamulec. I społeczeństwo staje się hamulcem w zarabianiu pieniędzy w tym sensie, że niektóre przedsiębiorstwa zarabiają więcej na operacjach finansowych niż na produkcji. Popyt jest nieważny, co ciekawe, tak jak w socjalizmie zaspokajanie potrzeb konsumpcyjnych było kosztem, hamulcem rozwoju, a najważniejsza była tzw. produkcja globalna, wykazanie statystycznego wzrostu, tak w tej nowej ekonomii popyt też jest hamulcem, liczy się stopa zwrotu z inwestycji.

To są jednak w gruncie rzeczy absurdy świadczące o wypaczeniach współczesnego świata.

– Jak lokuje się w tej rzeczywistości pracownik? Czy nadal jest postrzegany jako dobro?

– Wraz z „nowym finansowym myśleniem” przyszła tendencja – zupełnie jak w komunizmie – do spychania człowieka na dalszy plan jako elementu kosztów. W komunizmie to, że trzeba było mieć mieszkanie – było kosztem, że ludzie mieli się leczyć – było kosztem. Podobnie dziś: człowiek staje się kosztem. Nie celem i partnerem. Pracownicy przedsiębiorstwa i pracodawcy przestali być partnerami i sobie wzajemnie służyć, wzajemnie zaspokajać swoje potrzeby. Pracownik dawał pracodawcy swoją pracę, a za to zostawał odpowiednio wynagrodzony i pracodawca dbał kiedyś o pracownika. Przed wojną polscy przedsiębiorcy dbali o swoich pracowników, budowali im przedszkola, nawet osiedla mieszkaniowe. A teraz pracownik staje się elementem kosztów, które trzeba zminimalizować, by stworzyć przedsiębiorcy takie warunki, aby mógł produkować jak najtaniej i osiągać stopę zwrotu –

to ona stała się nowym „złotym cielcem” współczesnej ekonomii.

– Ale pracownik to jednocześnie przecież konsument, który musi kupować dobra, żeby zabezpieczyć sobie warunki życia.

– Nie chodzi o to, że dobra te muszą być produkowane akurat w kraju, bo przecież można je sprowadzać. Dla przedsiębiorcy ważne jest, by zdobywać rynki zbytu, stara się pozyskać je poza granicami własnego kraju. I warto zauważyć, że w krajach postkomunistycznych, tak jak w Polsce, przejmowano przedsiębiorstwa, żeby je likwidować i przejmować rynki. Zagraniczni przedsiębiorcy mogą na tych rynkach sprzedawać swoje nadwyżki – my sami staliśmy się, jak to się mówi, importerem netto, co każdy może potwierdzić w sklepach, w których dokonuje zakupów. To przecież oznacza, że z kraju importera wysysany jest dochód narodowy. Doprowadziło to do paradoksów. Skoro liczy się tylko efekt finansowy, firmy mogą nie produkować we własnym kraju, lecz przenieść produkcję tam, gdzie jest tańsza siła robocza – do Azji, Afryki. Bo skoro pracownik jest elementem kosztów, to minimalizuje się koszty. Produkcję się sprzeda na rynkach światowych, co ułatwia globalizacja. W ten sposób uległy też wypaczeniu stosunki międzyludzkie. Problem dostrzega coraz więcej ludzi, ale brakuje siły politycznej, która byłaby zdolna ten stan rzeczy zmienić. Ciekawy aspekt narzuconego nurtu myślowego przejawia się w głoszeniu wieści o końcu państwa bezpieczeństwa socjalnego. Krytykuje się ten model, nazwany też w ekonomii „państwem dobrobytu”. A przecież „państwo dobrobytu” znakomicie kwitło w latach 60. i 70. XX wieku, kiedy nie było jeszcze tych wielkich rynków finansowych, i po świecie nie krążyły takie wielkie pieniądze. Przekonuje się, że już nas nie stać na państwo dobrobytu. Stać było społeczeństwa niedługo po wojnie, a teraz, gdy gospodarki są większe i bogatsze, osiąga się gigantyczne zyski – to już sobie na takie państwo nie można pozwolić. To są bzdury. Efekt jest taki, że się deprecjonuje aspekty społeczne. Państwo, które dotąd realizowało dobro wspólne, teraz urynkawia społeczne instytucje. W efekcie dochodzi do tego, że podstawowe cele państwa nie są realizowane i właściwie cofamy się do wieku XVII, kiedy rzeczywiście prawie wszystko było prywatne. Tylko że jednym z tych podmiotów prywatnych, który był właścicielem znacznej części majątku danego kraju, był władca, czyli państwo.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama