Rodzic nie może się bać

Don BOSCO 9/2012

Zostaliśmy ukształtowani i rozleniwieni przez państwo opiekuńcze i niezbyt potrafimy się angażować, a także bronić skutecznie swoich praw. Jak też protestować przeciwko kształtowaniu w naszych szkołach konsumenta a nie obywatela. Najgorsze jest to, że wiele osób tego nie dostrzega.

 

Czego rodzic ma prawo oczekiwać, posyłając dziecko do szkoły?

Powinien mieć pewność, że dziecko otrzyma dobre, wysokiej jakości wykształcenie, odkryje i rozwinie swoje talenty, otrzyma szansę rozwoju w kierunku zbieżnym z jego talentami i zainteresowaniami. Równocześnie ma prawo oczekiwać, że jego dziecko będzie wychowywane na dobrego, uczciwego człowieka i wreszcie, co bardzo ważne, że nauczyciele w tych działaniach będą z nim współpracować i program wychowawczy szkoły będzie z nimi uzgadniany. Szkoła nie ma bowiem prawa wychowywać dziecka niezgodnie z oczekiwaniami rodziców.

Tymczasem można odnieść wrażenie, że szkoła coraz bardziej wkracza w kompetencje rodziców. 

Z jednej strony mamy zarzuty, że szkoła nie wychowuje, że nie radzi sobie z problemami wychowawczymi, z drugiej jednak strony mamy do czynienia w Polsce z procesem, i to się nasiliło po 2007 r., lansowania w placówkach edukacyjnych skrajnie lewicowych ideologii wychowawczych. To niebywale niebezpieczne dla naszej przyszłości zjawisko jest przysłaniane w publicznym dyskursie o szkole tematami zastępczymi. Tymczasem nauczyciele muszą mieć świadomość, że ich praca to świadczenie usługi dla dzieci i wspieranie rodziców w wychowywaniu ich dzieci. I tak np. to rodzice powinni decydować o ewentualnym wcześniejszym rozpoczynaniu obowiązkowej edukacji przez dziecko. Skądinąd w mającej najbardziej efektywny system edukacji w Europie Finlandii obowiązkowa edukacja dzieci rozpoczyna się w wieku lat siedmiu. Owo obniżanie czasu rozpoczynania obowiązku edukacyjnego przez dzieci to element, bliskiego lewicy, ograniczania wpływu rodziców na kształtowanie osobowości ich dzieci. To takie swoiste upaństwowienie najmłodszych obywateli. Trzeba pamiętać, iż obecny rząd zafundował małym Polakom obowiązek edukacyjny już od piątego roku życia.

Wielu rodziców ma poczucie, że kiedy dziecko trafia do szkoły, to oni mogą już tylko grać drugie skrzypce, że dziecko zostaje wtłoczone w wielką machinę, wobec której niewiele można...

I właśnie o to chodzi lewicowym ideologom edukacyjnym. Tymczasem rodzice powinni otrzymywać pełną informację o tym, co się z ich dzieckiem w szkole dzieje. Przecież, tak naprawdę, oddają oni swoje dziecko, swój największy skarb, obcym ludziom. I muszą mieć pewność, że nie spotka je nic złego. W dobrej szkole powinna być możliwość zobaczenia przez rodziców, jak wyglądają lekcje. Tutaj pojawia się kwestia osobowości i wykształcenia nauczycieli, nie powinni oni mieć nic do ukrycia. Każdy z nich musi być odpowiedzialny za to, co mówi, co robi, a równocześnie winien kreować przestrzeń zaufania z rodzicami, a to najlepiej uzyskać, mówiąc: „zapraszam państwa, przyjdźcie, zobaczcie, jak pracuję z waszymi dziećmi”.

A może to jednak rodzice zbyt łatwo rezygnują z wpływania na szkołę? 

To prawda. Zostaliśmy ukształtowani i rozleniwieni przez państwo opiekuńcze i niezbyt potrafimy się angażować, a także bronić skutecznie swoich praw. Jak też protestować przeciwko kształtowaniu w naszych szkołach  konsumenta a nie obywatela. Najgorsze jest to, że wiele osób tego nie dostrzega. Ekscytują się tematami podsuwanymi przez prorządowe media, a nie widzą tego, co jest rzeczywistym zagrożeniem i co powinno bardzo niepokoić. Jeśli wychowawca ma ustalać z grupą wartości, a to jeden z ulubionych pomysłów osób obecnie kształtujących naszą rzeczywistość oświatową, w oparciu o które będzie pracować, to jest to zaprzeczeniem fundamentalnych zasad. Nie można wychowywać bez uniwersalnych wartości. Wszystkie kłopoty wychowawcze wynikają przede wszystkim z lekceważenia tego. Zapomina się też o tym, że wychowawca musi być człowiekiem wartości, musi być wiarygodny, winien być prawdziwym przewodnikiem uczniów na drodze do Prawdy, Dobra i Piękna. Wiedza kierunkowa, merytoryczna nie wystarcza, aby być prawdziwym nauczycielem, potrzebna jest osobowość człowieka życzliwego i otwartego na potrzeby drugiego. Jeśli nauczyciel ma taką osobowość, to jest w stanie nawiązać z uczniami autentyczny dialog, wie, że jego głównym zadaniem jest pomoc dziecku w rozwoju i pomoc rodzicowi w wychowaniu dziecka. Taki człowiek nie będzie miał problemu z nawiązaniem kontaktu z rodzicami. Te kontakty nie muszą być bardzo częste, ale kiedy do nich dochodzi to rodzic wie, że jest traktowany poważnie a nauczyciel jest dla niego partnerem. 

Tylko czy rodzic ma jakikolwiek realny wpływ na to, jacy nauczyciele uczą jego dziecko?

Teoretycznie ma. Jest prawo, które daje mu taką możliwość. Trzeba podkreślić, że polskie prawo oświatowe jest zupełnie dobrze skonstruowane, tylko niestety najczęściej kompletnie niewykorzystywane. W roku 2006 wzmocniono kompetencje rad rodziców. Rodzice powinni dążyć do tego, żeby takie rady działały autentycznie.

Dlaczego to prawo jest tak słabo wykorzystywane?

M.in. dlatego, że niestety sporej części rodziców wcale aż tak bardzo nie zależy na kontrolowaniu tego, co robi szkoła. Wśród rodziców mniejszość, a często wyraźna mniejszość, jest aktywna. I co jest najgorsze często wśród zaangażowanych rodziców są ci, których dzieci mają kłopoty w szkole. Oni są gotowi szefować radzie rodziców, żeby „pomóc” dziecku w negatywnym tego słowa znaczeniu. To powoduje, że rady rodziców stają się przedłużeniem władzy szkolnej biurokracji, taką fasadą. Bez zmiany postawy rodziców, czyli mówiąc wprost bez przełamania ich lęku i dominującej bierności trudno będzie cokolwiek zmienić.

Czy ten lęk jest zupełnie bezpodstawny? Bardzo często rodzic milczy, zdając sobie sprawę, że jego dziecko jest swego rodzaju „zakładnikiem”.

Tu pojawia się następny problem, czyli jak wygląda ocenianie pracy nauczycieli i pracy szkoły. W praktyce szkolnej rodzic nie ma na to realnego wpływu. Teraz odbywa się dyskusja o Karcie Nauczyciela. I zobaczmy, jak rodzice są wciągani, by stanąć po stronie tych nauczycieli, którzy bronią tej anachronicznej i szkodliwej dla polskiej oświaty ustawy. Tymczasem między innymi właśnie z tego powodu Karta powinna być gruntownie zmieniona. Obecnie rodzice nie dostają praktycznie żadnych istotnych informacji o jakości pracy szkoły, muszą się tego dowiadywać własnymi kanałami.

A jaki mógłby być pozytywny kierunek zmian?

Z dużą nadzieją patrzę na czarterowanie szkół, czyli tworzenie szkół prowadzonych przez stowarzyszenia obywatelskie, często rodziców i nauczycieli. Nie jest to, jak się często mówi, pozbywanie się przez państwo odpowiedzialności za oświatę, jest to jedynie proces, w którym administracja zaczyna wykonywać zadania właściwe dla państwa subsydiarnego, pomocniczego wobec obywatela. Jej zadaniem jest wówczas czuwanie nad realizacją krajowych standardów edukacyjnych i wspieranie obywateli, a nie dominowanie nad nimi. W Polsce takie rzeczy dzieją się często w małych środowiskach, gdzie ludzie są bliżej szkoły, a szkoły stają się centrami edukacyjno-kulturowymi.

Jest jeszcze możliwe odbudowanie zaufania rodziców do nauczycieli?

Kiedyś to zaufanie wynikało z tego, że świat wartości rodziców i nauczycieli był wspólny. Niestety dziś jest on skutecznie burzony. I jeśli ten proces utrzyma się, to szkoła będzie ustalać, jaki jest świat wartości, a nauczyciel będzie negocjował z dzieckiem, na co jest gotowe, a na co nie. Rodzic, który będzie wychowywał w sposób wyrazisty, mówiąc wprost co jest dobre, a co złe, będzie musiał bronić przed nią swojej hierarchii wartości. Pedagodzy i rodzice powinni łączyć siły w obronie przed destrukcją uniwersalnych wartości. Tylko wówczas ochronimy nasze dzieci przed rozmaitymi modernizatorami wsączającymi do szkół antypedagogiczne trucizny. Od czasu, kiedy powstała w maju tego roku Obywatelska Komisja Edukacji Narodowej, nieustannie wraz z przyjaciółmi przypominam, że trzeba nam dokonać takiej obywatelskiej inwazji na szkoły, wykorzystując obowiązujące prawo. Bo w tej chwili często jest tak, że rodzice oskarżają nauczycieli, że niechętnie z nimi współpracują, z kolei nauczyciele mówią, że rodzice są niedojrzali i niegotowi do podejmowania swoich wychowawczych obowiązków, a modernizatorzy robią swoje…

A na linii ognia pozostają dzieci.  

Dokładnie tak. Najczęściej to się kończy tak, że nauczyciele udają, że wychowują, a z kolei zabiegani rodzice nie są zainteresowani, żeby swoje prawa egzekwować. Wystarcza im, żeby dziecko miało święty spokój i bez specjalnego wysiłku otrzymało dokument ukończenia szkoły. Oczywiście to nie jest dobra postawa. Na szczęście jest też duża część rodziców – obywateli, broniących swoich praw do kształtowania losów edukacyjnych swoich dzieci, czuwających nad tym, aby ich dziecko było dobrze wychowane i nabyło solidną wiedzę. To właśnie oni oraz autentyczni nauczyciele (na szczęście jest ich jeszcze sporo) są nadzieją na wyrwanie naszych szkół z rąk biurokracji. 

rozmawiali: Małgorzata Tadrzak-Mazurek i ks. Andrzej Godyń SDB

«« | « | 1 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama