Mały Łazarz z Urugwaju

Głos ojca Pio 82/4/2013

Jestem kapłanem ze zgromadzenia Misjonarzy Werbistów. Obecnie pracuję w Moskwie, w parafii św. Olgi. Swego czasu pracowałem w Urugwaju, gdzie byłem świadkiem cudu za przyczyną św. Ojca Pio.

 

Była niedziela. Zadzwoniła do mnie jedna z parafianek i poprosiła, żebym pojechał do szpitala, do chorego dziecka w bardzo ciężkim stanie. Przyjechałem wieczorem i od razu przy wejściu spotkałem dziadka i babcię chłopczyka.

Okazało się, że poznałem ich już wcześniej w domu wspólnego znajomego. Dziadkowie mieli posępne twarze, byli na granicy rozpaczy. „Proszę księdza – powiedzieli – lekarze mówią, że z małym jest bardzo źle i potrzeba czegoś więcej niż cudu, żeby z tego wyszedł”. „Co się właściwie stało?” – spytałem. Odpowiedzieli: „Nasz wnuk ma 6 lat. Był chory na białaczkę. Wyszedł z tego, ale ma osłabioną ochronę immunologiczną. Zaatakował go jakiś wirus. Dla każdego innego dziecka skończyłoby się to serią antybiotyków i kilkudniowym leżeniem w łóżku, ale dla naszego wnuka ten atak choroby jest tragiczny w skutkach. Zapadł w śpiączkę, a lekarze nie wiedzą, jak zatrzymać wirusa”.

Musieliśmy poczekać na matkę dziecka, żeby razem wejść do szpitala, więc rozmowa trwała. Babcia opowiadała, że wnuk bardzo ich zaskoczył swoją wiarą. Nazywał Jezusa swoim przyjacielem i zawsze miał ze sobą Jego obrazek. Kiedy walczył z białaczką, cała rodzina była w rozpaczy, ale malec ich pocieszał: „Nie bójcie się, mój Przyjaciel wyciągnie mnie z tej choroby”. Ta przyjaźń o tyle dziwiła, że rodzina była praktycznie niewierząca: nie chodzili do kościoła, nie mieli w domu obrazów, a ojciec dziecka był zdeklarowanym ateistą.

Tym razem malec w pośpiechu nie wziął ze sobą obrazka ze swoim Przyjacielem. Przywieziono go do szpitala we wtorek. W środę poprosił babcię o obrazek, ale ona zapomniała go zabrać i przywiozła mu go dopiero w piątek. Malec powiedział: „Babciu, nie jest mi już potrzebny”. Babcia była zaskoczona. „Jak to? Nie chcesz obrazka swojego Przyjaciela?” – spytała. Na co malec odpowiedział: „Po co mi obrazek, Babciu? Przecież ja Go widzę, On jest tu ze mną”. Zaskoczyło to wszystkich i jednocześnie napełniło niepokojem. Jak się okazało, w pełni uzasadnionym, bo w sobotę malec zapadł w śpiączkę.

Dziadek przysłuchiwał się naszej rozmowie, aż w końcu powiedział: „Proszę księdza, ja teraz będę żył najlepiej, jak tylko umiem. Będę po prostu świętym człowiekiem. A wie ksiądz dlaczego? Bo chcę się dostać do nieba. I gdy już tam będę, zapytam Pana Boga, dlaczego to robi”.

W końcu przyszli rodzice dziecka. Mama, młoda, szczupła kobieta, ze łzami w oczach żaliła się, że drugiej tragedii nie zniesie – jej pierwsze dziecko, córeczka, urodziła się martwa.

Weszliśmy na oddział intensywniej terapii. Było tam kilka oddzielonych szybami boksów dla chorych. Nasz sześciolatek leżał na wznak, cały w sondach i przewodach. W nosie miał zainstalowaną rurkę, która podtrzymywała oddychanie. Kilka dni wcześniej usłyszałem, że ludzie w śpiączce czasami słyszą, co się do nich mówi. Zacząłem więc mówić do niego mniej więcej tak: „Jureczku, jestem ojciec Darek. Przyszedłem tutaj, żeby się pomodlić, bo jesteś bardzo chory. Twoi rodzice bardzo cierpią i boją się, że Cię stracą. Będziemy się modlić do Twojego Przyjaciela, Jezusa Chrystusa, żeby dał Ci zdrowie. Ale poprosimy o pomoc jeszcze kogoś. Dziś jest akurat dzień kanonizacji Ojca Pio. To był święty człowiek i pomagał wielu ludziom. Mam nadzieję, że w ten szczególny dzień i nam pomoże”. Pomodliliśmy się na różańcu i wyszliśmy z separatki. Matka spytała tylko jeszcze, jakie są szanse na wyzdrowienie. Odpowiedziałem: „Nie mam absolutnie pojęcia, nie jestem lekarzem. Ale pomodliliśmy się, więc teraz pozostaje czekać”. Rzuciło mi się w oczy, że matka miała w ręku różaniec. Ojciec się nie odezwał.

Następnego dnia zadzwoniłem do parafianki, która wezwała mnie do tego dziecka, żeby zapytać o rozwój wypadków. Nie było zmian. Za to chłopcu zaklejono oczy silikonem, żeby nie zniszczył sobie wzroku pocieraniem gałek ocznych pozbawionymi płynu powiekami.

Musiałem wyjechać do Argentyny na kilka dni. Kiedy wróciłem, mój współbrat powitał mnie od razu radosną wiadomością. Mały Jureczek wyszedł ze śpiączki i został przeniesiony do innego szpitala, gdzie przebywa w specjalnym, sterylnym pomieszczeniu. Wirus został przezwyciężony, a lekarze starają się wzmocnić system immunologiczny chłopca. Odczułem wielką radość, jak zresztą wszyscy. Lekarze, jakby uznając własną wcześniejszą bezsilność, nazwali dzieciaka imieniem Łazarz, ponieważ wrócił z zaświatów.

Okazało się, że chłopiec rzeczywiście tam był. Kiedy wyszedł ze śpiączki, zaczął opowiadać przedziwne historie. Najpierw znalazł się w miejscu, które mu się nie podobało. Następnie przeniósł się w bardzo piękną przestrzeń, gdzie spotkał swoją siostrę! Mówił, że bardzo urosła. Jego opowieści przypomniały gorączkowe majaki… Zastanawiająca jednak była historia o spotkaniu z chłopcem o imieniu Facundo, który umarł właśnie w ową niedzielę, kiedy modliliśmy się nad naszym malcem. Ten drugi chłopiec leżał w jednej z sąsiednich separatek i trudno wytłumaczyć, skąd Jurek znał jego imię. Na koniec opowieści podał też przyczynę powrotu z tej jedynej w swoim rodzaju podróży – ściągnęły go modlitwy jego mamy.

 

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

TAGI| O. PIO, URUGWAJ

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wybrane dla Ciebie

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama