Czy chrześcijaństwo zawiodło w 1914 roku?

Więź 2/2014

„O wojnę powszechną za wolność ludów — prosimy Cię, Panie” — tak modlił się Adam Mickiewicz w Księgach narodu i pielgrzymstwa polskiego w 1832 roku.

 

Upragniona wojna wybuchła w 1914 roku. Zaborcy stanęli naprzeciwko siebie i Polska odzyskała niepodległość. Można by powiedzieć, że nie skończyło się to dla nas źle. Rzadko wspominamy setki tysięcy Polaków poległych w trakcie tej wojny, nie zdajemy sobie sprawy z ogromu zniszczeń, które wojna przyniosła także na terenie naszego kraju. Może jedynymi miejscami, w których wspomnienia wydarzeń lat 1914—1918 są wciąż żywe, są przepiękne cmentarze w lasach beskidzkich, zbudowane przez intendenturę austro-węgierską po przejściu frontu.

Zupełnie inaczej jest na zachodzie Europy, gdzie już od zeszłego roku półki księgarń uginają się od pozycji związanych z rocznicą rozpoczęcia się Wielkiej Wojny — tak I wojnę światową określają Anglicy i Francuzi. Dla Polaków apokalipsa Drugiej Wojny przysłoniła wszystko, co działo się wcześniej. Ale na pomnikach na rynkach miasteczek Francji i Włoch, na tablicach pamiątkowych w college’ach Oksfordu i Cambridge część poświęcona ofiarom Drugiej Wojny jest z reguły małym dodatkiem do niekończącej się listy nazwisk poległych w czasie Pierwszej Wojny. We Francji do niektórych miejscowości nie powrócił z frontu żaden poborowy, dwa czy trzy roczniki Szkoły Wojskowej Saint-Cyr zostały wybite do nogi.

Ta wojna była rzeczywiście całkowicie różna od wszystkiego, co zdarzyło się dotąd. Uporządkowany, w miarę bezpieczny świat z 1913 roku zniknął na zawsze. Pokój z 1919 roku okazał się właściwie tylko dwudziestoletnim rozejmem, „dla podhodowania rekruta”, jak złośliwie określił to diabeł w książce André Frossarda[1], natomiast genezy większości dalszych nieszczęść dwudziestego wieku można się dopatrywać w spirali wydarzeń, których pierwszym elementem był zamach na arcyksięcia Franciszka Ferdynanda w Sarajewie. Do wybuchu Drugiej Wojny doprowadził bezpośrednio sojusz dwóch reżimów totalitarnych i antyreligijnych, ale Pierwszą Wojnę rozpoczęły państwa w większości mniej lub bardziej demokratyczne, w których dominowało chrześcijaństwo. W sumie była to europejska wojna domowa, w której chrześcijan zabijali chrześcijanie, błogosławieni przez swoich kapelanów. Czy chrześcijaństwo zdało więc w latach 1914—1918 egzamin?

Odpowiedź na tak postawione pytanie nie jest prosta, wiąże się jednak przynajmniej częściowo z podstawowym zagadnieniem: kto w ogóle jest odpowiedzialny za wybuch Pierwszej Wojny, tej „prakatastrofy” dwudziestego wieku?

Lunatycy

А как первая война да ничья вина, а вторая война чья-нибудь вина.
(Bułat Okudżawa, Trzy miłości)

Początek drugiej zwrotki tej popularnej piosenki Okudżawy brzmi w tłumaczeniu Wojciecha Młynarskiego następująco: „Pierwsza wojna, pal ją sześć, to już tyle lat. Druga wojna — jeszcze dziś winnych szuka świat”. Oryginał rosyjski jest bardziej wieloznaczny, trudno nawet powiedzieć, że poecie w ogóle chodziło tu o wojny światowe, ale jeśli tak, to padają tam znamienne słowa co do pierwszej z nich: „niczyja wina”. Czy tak było rzeczywiście?

Kończący wojnę traktat wersalski wskazywał bardzo jasno na odpowiedzialność państw centralnych, a szczególnie Niemiec, które w pierwszych dniach sierpnia 1914 roku wypowiedziały wojnę Rosji i Francji. To postanowienia tego traktatu przyznały nam Wielkopolskę i Pomorze Gdańskie, oburzamy się więc na stwierdzenie „dyktat wersalski”, ale tym on był w rzeczywistości: nie rezultatem negocjacji pokojowych, ale postanowieniami przedstawionymi Niemcom przez zwycięską koalicję do bezwarunkowej akceptacji, bez możliwości żadnej dyskusji. Nie było więc w Wersalu również miejsca na dyskusję, czy kwestia winy jest tak jednoznaczna.

Rzeczywiście, to Niemcy wypowiedziały wojnę Rosji, ale wcześniej to Rosja zarządziła ogólną mobilizację, w odpowiedzi na wypowiedzenie przez Austro‑Węgry wojny Serbii, która nie wypełniła wszystkich warunków ultimatum, postawionego przez Wiedeń po zamachu w Sarajewie, za którym stali spiskowcy związani ze służbami serbskimi (nota bene warunki tego bardzo surowego ultimatum były jednak łagodniejsze niż te, które postawiło Serbii NATO w 1999 roku...). Z drugiej jednak strony samo Sarajewo, razem z całą Bośnią, zostało przyłączone do Austro-Węgier w 1908 roku, z pogwałceniem prawa międzynarodowego, a monarchia habsburska w 1913 roku dwa razy omal nie doprowadziła do wojny z Serbią.

Kto więc był winien? Odpowiedź, która się nasuwa, jest straszna: wszyscy. Wojny tej chciała większość polityków i wojskowych europejskich, i to jak najszybciej, zanim państwo przeciwne urośnie w siłę. Wielki historyk starożytny, Tukidydes, opisując przyczyny wojny peloponeskiej w V wieku (podobnie katastrofalnej dla Grecji, jak Pierwsza Wojna dla Europy), wymieniał różne epizody, które dostarczyły pretekstu do jej wybuchu, ale równocześnie podkreślał: „za najistotniejszy powód, chociaż przemilczany, uważam wzrost potęgi ateńskiej i strach, jaki to wzbudziło u Lacedemończyków”[2]. Z przyczynami Pierwszej Wojny było podobnie: wzrost potęgi Niemiec i obawa przed nią Wielkiej Brytanii, wzrost potęgi Rosji i obawa Niemiec, chęć rewanżu ze strony Francji za klęskę w 1870 roku itd.

Warto tu dodać, że niektórzy rozróżniają kwestię odpowiedzialności za wybuch wojny i za długość jej trwania. Niemcy winią „perfidny Albion”, który nie prezentował swoich gwarancji wobec Francji w sposób jednoznaczny — sztabowcy cesarza Wilhelma II, nieuwzględniający zaangażowania wojsk brytyjskich, mogli mieć więc uzasadnione nadzieje na zwycięstwo w ciągu kilku miesięcy. Potem zaś nieśmiałe propozycje zawieszenia broni rozbijały się o pytanie, czy wrogie armie mają się zatrzymać tam, gdzie są, czy wycofać się na pozycje sprzed wybuchu walk.

Czy jednak nikt nie przewidział wcześniej tego, co może się stać, wojny, która pochłonie miliony istnień, w której zdobycie zaledwie metrów terenu okupione będzie setkami zabitych? To był wynik rozwoju techniki wojskowej poprzednich dziesięcioleci, zwłaszcza karabinów maszynowych i ciężkiej artylerii. Pokazy skuteczności tych wynalazków w praktyce dokonywały się dotąd jednak daleko od centrum Europy, na Bałkanach i na frontach wojen kolonialnych. Politycy i generałowie wierzyli w skuteczność swoich planów — każdy z nich zakładał jednak, że to przeciwnik zostanie zaskoczony, a nie oni. Opóźnienie generalnej mobilizacji o jeden dzień mogło oznaczać, że na froncie w przełomowym momencie zabraknie całych dywizji. Dokładnie opracowane plany transportu kolejowego nie pozwalały na żadną elastyczność, w związku z tym Rosja nie była w stanie zmobilizować się tylko przeciwko Austro-Węgrom — a mobilizację całościową Niemcy uznały za zagrożenie, którego nie mogą pozostawić bez odpowiedzi. Do dziś aktualna pozostaje więc diagnoza angielskiego historyka A. J. P. Taylora, który wybuch Pierwszej Wojny porównał do wielkiej katastrofy kolejowej: jeszcze kilkadziesiąt lat wcześniej armie powoli maszerowały ku granicy, a w tym czasie dyplomaci wyprzedzali je i gorączkowo starali się zapobiec konfrontacji, ale w 1914 roku raz puszczonej w ruch machiny mobilizacyjno-transportowej nie dało się już zatrzymać i państwa ruszyły ku czołowemu zderzeniu.

 

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama