Dwanaście kroków po ruchomych schodach

Przewodnik Katolicki 51/2014

Z Rafałem Porzezińskim, dziennikarzem, rekolekcjonistą, prowadzącym warsztaty „Dwanaście kroków do wolności” rozmawia Łukasz Kaźmierczak

 

„Najpiękniejszy happy end świata” – tak mówią niektórzy o nawróceniu. Trafne?

– Przede wszystkim to nie jest „end”. Nawrócenie to jest zadanie trwałe, niekończące się. Znajomy paulin, o. Stanisław Jarosz, bardzo lubi podkreślać, że najbardziej boi się tych, co mówią, że są nawróceni. Spoglądam więc na siebie w tej chwili i pytam: „Kto wie, czy był kiedykolwiek moment, w którym bardziej potrzebowałem nawrócenia niż dziś?”.

Nie przesadzasz?

– Nie, absolutnie jestem nałogowym grzesznikiem. Pełnym egoizmów i pychy. I chociaż dziś nie znajduję się w tak rozpaczliwej sytuacji, jak w czasach kiedy tonąłem w odmętach rozmaitych uzależnień, to uważam, że najtrudniej się nawracać właśnie z takiego faryzeizmu, z przekonania, że jestem lepszy od innych, że wiem więcej, że jestem bliżej Boga.

Samo nawrócenie to jest oczywiście niezwykły moment. Wielkie szczęście doświadczenia powrotu do Kościoła. To był na pewno dla mnie najszczęśliwszy dzień w życiu. Bo ja wtedy wyłem po prostu o pomoc i rzeczywiście te pomoc przyszła. Wówczas to było „happy” niewątpliwie, ale z „endem” to nie miało nic wspólnego. Dopiero od tego zaczęła się cała bajka, cała praca. Chociaż już na pewno łatwiejsza, bezpieczniejsza, bo towarzyszyła temu pewność, że Jego dom jest także moim domem.

Kiedyś nie byłeś taki pobożny…

– Dosyć wcześnie wyprowadziłem się z domu, w  okolicach progu pełnoletności. Wychowałem się we wzorcowo pobożnej, katolickiej rodzinie. Niczego mi nie brakowało, wszystko miałem, łącznie z obfitą miłością, poza jednym: nie było wymagań. Niestety, w zasadzie mogłem robić wszystko. I szybko uzależniłem się głęboko od hazardu. Grałem we wszystko, wszędzie i o każdej porze, przegrywając niewyobrażalne pieniądze. I te przegrywane pieniądze, które generowały ogromne kłopoty, to i tak był najmniejszy problem. Najdotkliwiej odczuwałem „przegrywanie” relacji, łamanie swej godności przez kłamstwa, kradzieże, ja przegrywałem siebie. Doszło do tego, że nie byłem w stanie spokojnie spojrzeć sobie w oczy. Nawet przy goleniu starałem się na siebie nie patrzeć, bo w lustrze była zupełnie obca twarz. A proces uzależnienia postępował, w zasadzie każdą wolną chwilę spędzałem albo na graniu, albo na kombinowaniu, jak zdobyć środki na granie. I tylko to mnie napędzało do życia. Plus używki. Ludzie, których spotykałem na co dzień, byli w moich oczach bankomatami, a nie żywymi istotami, wszyscy oni stanowili jedynie grono potencjalnych dostarczycieli gotówki.

O tych ludzkich bankomatach już kiedyś gdzieś słyszałem.

– Oczywiście wmawiałem sobie przy tym, że ja nie gram, ja tylko inwestuję, żeby wygrać i wreszcie pospłacać wszystkie długi, uszczęśliwić cały świat i nakarmić głodujących w Etiopii. Tylko że to się nijak miało do tego, co w życiu robiłem. W pewnym momencie zorientowałem się, że ja już nawet nie chcę wygrać w tych kasynach, tylko pożądam przegranej, bo tylko kiedy przegram, jestem w stanie wypełznąć z tego miejsca. Pracowałem wówczas w radiu, współpracowałem z telewizją, markowałem studia na UW, prowadziłem eventy i świetne balangi, pozornie wszystko się układało, miałem dobrą robotę, spory krąg znajomych, z których wielu ciągle mi ufało. Nie osiągnąłem wcale spektakularnego dna.  Nadal miałem od kogo pożyczać, żeby spłacać długi.

Ale kiedy ten krańcowy moment nadszedł, byłem już tak zmęczony sobą, tym życiem, łącznie z myślami samobójczymi, że po prostu zawyłem, jak czasem to nazywam. To był moment, w którym zrozumiałem, że moje życie – to realne życie, na które czekam cały czas – tak naprawdę już się zaczęło. Doszło do mnie, że ono już trwa, że nie będzie innego.

I wtedy „To” się stało?

– Tak, zawyłem: „Ja nie chcę już tak dalej żyć. To nie ma najmniejszego sensu”. Ta myśl przyszła w środku nocy, zacząłem krzyczeć, wyć właśnie do Pana Boga, jak mógł mnie zostawić i doprowadzić do tego, że jestem w takiej sytuacji.Można to trochę porównać do tego momentu, kiedy biblijny marnotrawny syn je obierki, kradnąc je świniom. Choć może bardziej była to po prostu tęsknota za normalnym życiem, za dawnym sobą, za tym, żeby móc spokojnie spojrzeć w oczy mamie podczas wigilii, żeby ciągle nie widzieć tego jej smutnego wzroku, który krzyczy do mnie w ciszy.

Zawyłeś i co?

– I On mi odpowiedział. To mi się w głowie nie mieści, ale tak właśnie się stało. Bo Bóg odpowiedział dosłownie. Słyszałem Go, tak jak teraz słyszę ciebie. W swoim wnętrzu, wyraźny, donośny głos, który powiedział mi, że tak naprawdę się o mnie troszczy. Zapytałem: „To dlaczego do mnie nie mówisz, Boże?”. Odpowiedział: „Kiedy mówię, nie słuchasz”. I faktycznie tak było. Mówił do mnie choćby poprzez historie znajomych, przez płyty, które dostawałem, przez różne wydarzenia mojego życia, przez rodzinę.

Tamtej nocy stało się pierwsze z tych licznych nawróceń, które potem mnie czekały. A Pan Bóg wysypał mi początek drogi cukierkami. Po kolei działy się rzeczy niezwykłe. Począwszy od daru języków, który się wylał, dając mi taką pewność, że to Bóg do mnie mówi, a nie ktoś inny. Wcześniej prosiłem: „Jeśli to jesteś Ty, daj mi dar języków”. I rzeczywiście, po chwili zacząłem mówić, wołać, śpiewać w jakichś niezrozumiałych językach.

Przeżyłeś to nawrócenie dosłownie, cieleśnie?

– Z pewnością w całym ciele czułem bardzo duże wzruszenie, a zmysł słuchu, serce, umysł  ewidentnie zostały nakarmione słowami Bożymi. Tylko że kiedy zacząłem potem sam się modlić, odmawiając „Ojcze nasz”, okazało się, że to wcale nie jest modlitwa, pod którą ja chcę się podpisać. Bo wszystko robię jakby wbrew tej modlitwie. Ani nie traktuję Go jako Ojca, ani jako naszego, co najwyżej mego, ale też nie Ojca, raczej kumpla. A dalej było coraz gorzej: „Bądź wola Twoja” – w ogóle nie wchodziło w grę; „Chleba naszego powszedniego” – w żadnym wypadku, ja chciałem mieć kupę forsy, manna na jeden dzień mnie w ogóle nie interesowała, już nie mówiąc o odpuszczeniu grzechów winowajcom.

Ale i tak poszło z siłą wodospadu.

– Po tej nocy, kiedy wyrzekłem się i narkotyków, i wszystkich tych chorych zachowań, przede wszystkim hazardu, Pan Bóg przyszedł z pomocą totalną. I jak ręką odjął. Wszystko działo się niemal bez wysiłku, potem były sakramenty, powrót do Kościoła, neokatechumenat, wspaniała, wymodlona żona, nowe środowisko – wszelkie stare, złe znajomości, nawet bez mojego starania, tylko poprzez fakty się wypaliły. Jakby ktoś mnie przeszczepił na jakąś zupełnie inną glebę. A potem odkryłem program dwunastu kroków dla uzależnionych – niesamowite Boże dzieło, które w sposób nieprawdopodobny dobiera się zawsze do tego, kim jesteśmy.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • a
    27.12.2014 14:59
    "Wychowałem się we wzorcowo pobożnej, katolickiej rodzinie. Niczego mi nie brakowało, wszystko miałem, łącznie z obfitą miłością, poza jednym: nie było wymagań".
    Zatem nie była to wzorcowa rodzina. Nie krytykuję tej rodziny, ale zwracam uwagę na sformułowanie, które może mącić.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama