Jubileuszowy powrót do źródeł

Przewodnik Katolicki 48/2015

Bóg prawdopodobnie istnieje, ale nie wiemy, kim jest. Może gdzieś mieszka, ale nie między nami. Mógł zapalić lont Wielkiego Wybuchu, ale zaraz potem wycofał się z historii świata. Oto źródła współczesnego dystansu do wiary chrześcijan.

 

Nie o istnienie Boga zmaga się kwestia wiary w Europie, nie o to przede wszystkim. Aby się o tym przekonać, zachęcam do szczerych rozmów z ludźmi niewierzącymi lub niepraktykującymi. Odnoszę wrażenie, że sprawa wiary religijnej jest dla nich tematem wciąż żywym. Może nawet staje się bardziej ekscytująca niż kiedykolwiek nią była w wieku XX.

Otchłanie bezsensu

Pytania o Boga, które stawiają dzisiaj młodzi ludzie nie mają jednak podparcia patriotycznego, często nie są też wynikiem rodzinnych obyczajów. Już nie są pytaniami wobec zarzucanej Bogu „bezczynności”, kiedy mordowano miliony niewinnych ludzi w obozie Auschwitz. Nie są również pytaniami z głębi społecznej niesprawiedliwości, kiedy wyzysk odbierał godność prawie całemu społeczeństwu. Bywa, że i te konteksty się pojawiają, ale raczej rzadko. Rozmowy zahaczają raczej o samą istotę poszukiwań religijnych. Nie redukują pytań o Boga do jakiegoś doraźnego problemu życiowego. Rodzą się natomiast z poczucia zagubienia i pustki. Są one w gruncie rzeczy poszukiwaniem samej esencji Boga, który nie tylko pomoże w tej czy innej sprawie, uwolni z opresji władzy czy pomoże w ciężkiej sytuacji materialnej. Jest to raczej wołanie o Boga, który mógłby wybawić z otchłani bezsensu.

Prawda o Bogu ukrzyżowanym

Jest jedna cecha charakteryzująca tego typu rozmowy. Wyraźnie w nich brakuje pytań o Boga w Jezusie Chrystusie. Ewangelia Chrystusa jakby nie istniała. Tak jakby ktoś zamknął ją w kazaniach i nie pozwalał jej przemawiać poza kontekstem instytucji Kościoła. Jeśli ktoś do kościoła nie chodzi, zasadniczo o Chrystusa przestaje pytać. Tyle że chrześcijanom właśnie o tę twarz Boga chodzi najbardziej. Nie o uznanie najwyższej istoty czy doskonałej idei, ale o Boga, którego Syn stał się człowiekiem i umarł na krzyżu. Jest to przecież esencja Ewangelii, objawienie Boga współczującego i miłosiernego. Takiego, którego nie rozpoznały ludzkie filozofie i wielkie religie, a który objawił się w pełni dopiero za sprawą Jezusa Chrystusa. Ukrzyżowany Syn Boży rozciąga skrwawione ręce do świata i woła o miłość. Pragnie tej miłości. Daje się poznać jako boski eros, jak pisał Benedykt XVI, ponieważ objawia najgłębsze pokłady swojego bóstwa, którego istotą jest miłość. Piękno Boga zaczyna więc świecić blaskiem prawdziwym, przejmującym i pociągającym dokładnie tam, gdzie wyobrażenia pogańskie wieściły chrześcijaństwu ostateczne fiasko. Św. Augustyn nie bez przyczyny mówi o najwyższej formie piękna w Tym, na którego nie można było patrzeć, tak bardzo zeszpecono Jego twarz. Tak, to jest twarz Boga, przed obliczem którego „zegnie się każde kolano istot niebieskich i ziemskich” (Flp 2, 5–11).

Pogańskie zaniedbanie

Odejście od oblicza miłosiernego Boga prowadzi chrześcijaństwo do katastrofalnych skutków. Wyjaławia wiarę Kościoła z istoty samego Boga. Wyrywa jej serce i w jej miejsce na powrót tworzy pogański wizerunek bożka, który jest mocny i doskonały, a jednocześnie zimny i nieczuły. Może ulegamy dziś tej samej pokusie, której doświadczyli niegdyś Izraelici oczekujący na powrót Mojżesza z góry Synaj. Nie wytrzymali napięcia tego oczekiwania, stracili cierpliwość wobec Boga, który ma dopiero powiedzieć swoje prawdziwe imię i w miejsce Boga prawdziwego ulepili złotego cielca. Następnie wołali z żarliwą „religijnością”: „to jest nasz bóg, który nas wywiódł z ziemi egipskiej”. Tak, to ten, zrobiony na naszą miarę, na podobieństwo nam, którego będziemy wielbić. Czyż nie do bożka spod Synaju prowadzi opis Boga jedynie w kategoriach filozoficznych? Czy naprawdę wystarczy wierzyć, że Bóg jest, że jest doskonały, wszechmocny i wszechwiedzący? Że nas stworzył i ustanowił prawo, którego trzeba przestrzegać, aby żyć wiecznie? Czy w całej tej obudowie słusznych skądinąd stwierdzeń o Bogu nie tracimy sprzed oczu twarz Chrystusa ukrzyżowanego? Czy siostra Faustyna Kowalska nie chciała nawrócić naszego sposobu widzenia Boga właśnie w ten sposób, aby wszystkie przymioty Boga poprzedzać wartością najwyższą i zawsze pierwszą… Bożym miłosierdziem?

Rok Miłosierdzia

Właśnie dlatego, że miłosierne serce Boga stanowi centrum wiary chrześcijan, czuję się rozczarowany, gdy o głoszeniu czułości Boga, którą w Roku Miłosierdzia zapowiada papież Franciszek, ktoś mówi w kategoriach spektakularnej pobłażliwości Kościoła. Porównuje to wezwanie do wzajemnego poklepywania, do którego ma teraz zostać sprowadzone duszpasterstwo. Tak jakby Franciszek spłycał miłosierdzie Boga, a czułość Jego serca zamieniał w banalne porównania z codziennych zachowań Latynosów. Jak trudno przyjąć podobne wypowiedzi, które moim zdaniem są wyrazem słabości autorytetu; chęcią przypodobania się tym, którzy z różnych powodów papieża Franciszka wyraźnie lub ukrycie kontestują. Jeśli faktycznie wiara w czułość i miłosierdzie Boga ma prowadzić jedynie do wzajemnych poklepywań i pobłażliwości wobec zła to jakże płytka byłaby to wiara. Jeśli jednak papież naprawdę odpowiada na pytania, które bardzo realnie stoją u podstaw współczesnej niewiary, to nie tylko prowadzi on Kościół do bardziej skutecznego głoszenia Ewangelii Chrystusa, ale, co najważniejsze, zbliża go do jej fundamentów.

 

«« | « | 1 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama