Broniąc Matki Bożej

Przewodnik Katolicki 4/2016

Zderzenie dwóch skrajnie różnych wizji przeszłości Polski, jakie zademonstrowano w czasie obchodów Millennium Chrztu Polski, oddawało istotę różnicy mentalności dwóch światów: oficjalnego, komunistycznego i rzeczywistości społecznej, w której istotną rolę odgrywała religia.

 

Dla obu stron była to swoista „walka o rząd dusz”, przy czym nie ulega wątpliwości, że walkę tę w połowie lat 60. wygrał Kościół. Dla rządzących miliony uczestników obchodów kościelnych były policzkiem, z którym trudno było się pogodzić. Dlatego też wyczulenie władz na wszelkie działania religijne stało się w tym okresie wręcz obsesją. Reakcje na nie były gwałtowne, władze starały się utwierdzać same siebie w przekonaniu, że społeczeństwo podziela ich poglądy.

Aresztowanie ikony

Powodem do kolejnego ataku na Kościół okazał się list pasterski abp. Antoniego Baraniaka „W obronie czci Matki Boskiej Częstochowskiej”. Jednym z elementów przygotowania polskiego społeczeństwa do obchodów tysiąclecia chrztu była peregrynacja kopii obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej po Polsce. Szczególna cześć, jaką wierni otaczali ikonę, wywołała zupełnie nielogiczną i bezprecedensową akcję ze strony władz państwowych. Nakazano „aresztowanie” kopii obrazu i odtransportowanie jej na Jasną Górę. Zakonnicy otrzymali zakaz wywożenia obrazu poza mury klasztorne, przy czym zagrożono, że jeśli zostanie on złamany, władze zlikwidują zgromadzenia zakonne w kilku miastach. Na bezprecedensowe bezprawie zareagował na początku września 1966 r. listem protestacyjnym najpierw prymas Stefan Wyszyński. Po nim podobne listy pasterskie skierowało do wiernych kilku biskupów. W ocenie władz partyjnych najbardziej zdecydowany był głos poznańskiego abp. Antoniego Baraniaka. Rzeczywiście, arcybiskup zapomniał w nim o języku dyplomacji, zdecydowanie i ostro protestując przeciwko dokonanemu gwałtowi. Pisał m.in.: „Rozpętano otwartą walkę z kultem Matki Boskiej Jasnogórskiej. Znieważa się za wiedzą czynników oficjalnych wędrujący Jej obraz. Jesteśmy świadkami jawnego poniewierania naszych uczuć religijnych i deptania podstawowych praw człowieka”. Nawiązując aluzyjnie do głoszonych oficjalnie haseł o realizowaniu przez partię woli ludu, podkreślał, że „wola ludu życzy sobie, aby nie traktowano inaczej ateistów, a inaczej ludzi wierzących, bo wszyscy jesteśmy jednymi dziećmi Narodu polskiego i nienawiść pewnej grupy osób do katolicyzmu nie może nie liczyć się z wolą znacznej liczby wierzących. (…) Odczuwając boleśnie (…) gwałcenie uczuć religijnych ludzi wierzących, zakładamy dziś uroczysty protest przeciwko wyżej opisanym zakusom na wolność Kościoła i przeciwko atakom na wędrujący obraz Jasnogórski, na Prymasa i na Episkopat. (…) Dzieją się bowiem jaskrawe gwałcenia swobód religijnych, stosuje się niegodne metody w zwalczaniu zdrowych odruchów życia religijnego. Nieprzyjaciele kultu Matki Bożej wypowiedzieli wędrującemu obrazowi otwartą wojnę. Znieważa się Tę, która jest przedmiotem najgłębszej czci Polaków”. Działania władz nazywał barbarzyństwem i porównywał je do reakcji pogańskiej z początków państwa polskiego. W konkluzji pisał: „Ufając w pomoc znieważanej dziś Jasnogórskiej Królowej, wierzymy, że zwycięży rozsądek, a wszelkie przejawy pogańskiego ucisku, którym poddane są nasze przekonania religijne, znikną z powierzchni naszej polskiej ziemi, jak mija wicher, pożar, burza i wojna. Ufamy, że cześć Jasnogórskiej Panienki, która na progu drugiego tysiąclecia doznała pogańskiego ograniczenia i zahamowania, przezwycięży wszelkie przeszkody i zajaśnieje pełnym blaskiem ku ogólnemu pożytkowi duchowemu wiernych w całej naszej ojczyźnie”. Arcybiskup polecał, by list odczytano we wszystkich kościołach archidiecezji w dniu 25 października.

Represje władz

Sformułowania te z pewnością mocno dotknęły ówczesne władze, ich reakcja była więc natychmiastowa i zdecydowana. Poinformowane o treści listu i terminie jego odczytania w kościołach archidiecezji, postanowiły temu zapobiec, sięgając do wypróbowanego arsenału metod, stosowanych już wielokrotnie w przeszłości, zwłaszcza w okresie przygotowań milenijnych. W Warszawie zdecydowano nawet o podjęciu kroków, które miały „zdyscyplinować niepokornego arcybiskupa”. W opracowanych materiałach podkreślano, że list może być potraktowany jako przestępstwo, zagrożone więzieniem. Dla ciężko doświadczonego w pierwszej połowie lat 50. przez władze stalinowskie abp. Baraniaka nie byłoby to niczym nowym, spędził bowiem w więzieniu kilka lat. W ówczesnej sytuacji powrót do tych metod był jednak niemożliwy, władze unikały bowiem działań, które mogłyby przypominać okres stalinowski. Sugerowano więc, że należy podjąć z arcybiskupem rozmowy, zmierzające do wymuszenia na nim zmiany poglądów, a w przypadku ich niepowodzenia postanowiono zagrozić podjęciem działań, prowadzących do usunięcia go z urzędu.

Opór księży

W Komitecie Wojewódzkim PZPR w Poznaniu odbyła się narada, podczas której przyjęto plan działania. Zaczęto wzywać na rozmowy poszczególnych księży, by ich zastraszyć i uzyskać deklarację, że nie zapoznają oni swoich parafian z treścią listu. Efekty tych rozmów były różne: nieliczni kapłani odcinali się od treści listu, podkreślając, że szkodzi on stosunkom państwo–Kościół. Wielu księży, w obawie przed represjami, zadeklarowało, że wprawdzie list odczytają, ale pominą najbardziej ostre sformułowania. Jednak blisko połowa, bo aż 122 księży, zadeklarowało jednoznacznie, że list odczytają i to w całości. Niektórzy podnosili przy tym argument, że ich obowiązkiem jest wykonywanie wszystkich zarządzeń władz kościelnych. Przy okazji wielu księży wypowiadało krytyczne opinie o stosunkach państwo–Kościół, zwłaszcza w okresie obchodów milenijnych. Jak stwierdzono w partyjnym sprawozdaniu, kilkunastu księży oświadczyło stanowczo, że list odczytają w całości, a „rozmowy z nimi przebiegały nieraz w atmosferze nerwowej i pełnej napięcia, ponieważ obok kategorycznego stwierdzenia, że list odczytają w całości, dodawali różne negatywne komentarze i uszczypliwe docinki”. Jeden z księży rzeczywiście uderzał pięścią w stół w czasie rozmowy, oświadczając jednocześnie, że przedstawiciel władz nie dorasta kardynałowi Wyszyńskiemu do pępka, o czym można przeczytać w piśmie zastępcy Komendanta Wojewódzkiego MO 1966 r. Inny zadeklarował, że odczyta list w całości, gdyż nie boi się nikogo i dodał: „dawno [po]winienem być u was w więzieniu”. Deklarowano też, że władze mieszają się w nieswoje sprawy, a jeden z księży porównał nawet obecną sytuację do postępowania władz w Chinach. Proboszcz poznańskiej fary zaznaczył, że „to wy rozpoczęliście jątrzenie, a my tylko chcemy przedstawić prawdę. Będę rozmawiał z biskupem i powiem mu, żeście mnie zawołali w sprawie nieczytania listu”. Władze samokrytycznie przyznawały, że nie wszyscy przedstawiciele prezydiów rad narodowych byli dobrze przygotowani do tych rozmów. Jest oczywiste, że pospieszne przeprowadzenie tak szeroko zakrojonej akcji zostało zainicjowane nagle, nie można więc było wcześniej zebrać i „przeszkolić” osób, mających te rozmowy prowadzić. Ich przebieg zależał więc od indywidualnych predyspozycji lokalnych urzędników, często zmuszanych do działania wbrew własnej woli.

Nieustępliwa walka

Zainicjowano też pisanie listów protestacyjnych, kierowanych do kurii przez rzekomo „oburzonych mieszkańców”. W zaleceniach podkreślano, żeby nie dostarczać wytypowanym do pisania tych listów osobom papieru ani długopisów; listy powinny być bowiem pisane na różnym papierze i różnym charakterem pisma. Nie rozesłano też gotowego tekstu, w obawie, że zostanie on bezmyślnie powielony. Gotowe listy były składane w instancjach partyjnych i dopiero po „ocenzurowaniu” wysyłane na adres kurii.

Niezależnie od tych działań przystąpiono do zademonstrowania „woli” społeczeństwa bezpośrednio, przez organizowanie delegacji, które miały się udawać do pałacu arcybiskupa i tam wyrażać swój protest. Wybór delegatów odbywał się na pośpiesznie organizowanych zebraniach partyjnych, przy czym osoby te nie do końca wiedziały, do czego zostały właśnie wybrane. Dopiero następnego dnia po wyborze gromadzono ich w prezydiach rad narodowych i tam szczegółowo instruowano. Delegaci dowiadywali się, że ich obowiązkiem jest udanie się do siedziby arcybiskupa i złożenie na jego ręce protestu w imieniu środowisk, z których pochodzili. Żeby wiedzieli, z kim rozmawiają, pokazywano im zdjęcia biskupów. Następnie przewożono delegacje samochodami w asyście milicji na Ostrów Tumski. Do siedziby abp. Baraniaka zaczęły przybywać kolejno delegacje „robotników oburzonych wymową listu”. Już rankiem w dniu 27 września na Ostrowie Tumskim pojawili się delegaci Cegielskiego, Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego oraz PKP, a także przedstawiciele z powiatów: międzychodzkiego, szamotulskiego i poznańskiego. Początkowo abp Baraniak nie chciał przyjmować delegatów. Jednak w holu pałacu arcybiskupiego zgromadziło się kilkadziesiąt osób, domagających się spotkania. Ostatecznie arcybiskup przyjął tylko trzyosobową delegację kolejarzy. Kiedy poprosił ich o wylegitymowanie się, ci stanowczo odmówili. Dwaj stwierdzili, że reprezentują Front Jedności Narodu i są niewierzącymi. Delegaci wypowiedzieli się na temat aktualnej sytuacji, zaznaczając, że „państwo polskie jest młode, potrzebuje zgodnej współpracy. List pasterski rozbija społeczeństwo, jątrzy przeciwko władzy”. Twierdzili, że „nikomu nie zabrania się chodzenia do kościoła, nawet niższym – partyjnym. Dlatego uważają, że list jest krzywdzący i przybywają protestować”. Stanowczo żądali więc „zaprzestania jątrzenia i skłócania społeczeństwa”. W odpowiedzi abp Baraniak oświadczył, że „również jest za pokojem i zgodą w społeczeństwie, ale ze względu na prześladowanie Kościoła w Polsce nie może milczeć. Nie będzie takich listów, gdy nie dojdzie do zniewag Matki Boskiej. Państwo musi uznać prawo ludzi wierzących do zewnętrznego ujawniania swych przekonań religijnych”. Delegacja, wysłuchawszy odpowiedzi arcybiskupa, „próbowała jeszcze coś niedorzecznego powiedzieć i pożegnawszy się opuściła dom arcybiskupi”. Próba przekonania ich, że się mylą, była bezcelowa, zebrani recytowali wyuczoną lekcję, choć widać było, że często bez wewnętrznego przekonania. Kilka innych delegacji przyjęli biskupi pomocniczy. Tymczasem samochodami podwożono następne delegacje. W holu pałacu zgromadziło się znów około 50 osób, które domagały się spotkania z arcybiskupem i odmawiały opuszczenia gmachu. Zostały więc około godz. 12.00 przyjęte przez bp. Tadeusza Ettera. Spotkanie odbyło się w trzech grupach. Za każdym razem biskup zaczynał od pochwalenia Pana Boga, co przybyli zbywali milczeniem. Następnie prosił zebranych o przedstawienie się, co niektórzy robili, reszta jednak stanowczo zaprotestowała przeciwko legitymowaniu ich. Wtedy bp Etter stwierdził: „Ponieważ nie chcecie przedstawić się, nie wiem kogo mam przed sobą i kogo reprezentujecie. Ale sądzę, że mogę was uważać za Polaków [obecni głośno potwierdzili, że są Polakami]. Wobec tego będę mówić do was jak do Polaków, bez względu na to, kim jesteście i kogo reprezentujecie. Cały świat wie, że Matka Boska Częstochowska jest największą świętością narodową Polaków i że Polacy słyną w świecie jako obrońcy Maryi (…) wiedział też o tym Hitler i chociaż Narodowi naszemu wyrządził tyle krzywd, to jednak nie ważył się tknąć obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej. Znieważona Ona została w ostatnich tygodniach i to przez naszych braci Polaków. Co byście powiedzieli, gdyby ktoś znieważył waszą matkę? Gdybyście nie stanęli w jej obronie, inni powiedzieliby, że jesteście dziećmi wyrodnymi, biskupi musieli stanąć w obronie znieważonej Matki Boskiej Częstochowskiej – jako biskupi i jako Polacy”. Zebrani krzyczeli, że nie było zniewagi i domagali się odwołania listu. Na to bp Etter stwierdził: „Jeśli nie chcecie takich listów pasterskich (…) i macie jakiś wpływ i znaczenie u tych, którzy was przysłali, powiedzcie im, aby nie znieważano naszych świętości, a gdy nie będzie zniewag – nie będzie też takich listów pasterskich. Czy przyrzekacie, że to powtórzycie waszym mocodawcom?”. Część zgromadzonych potwierdziła, inni natomiast zaprzeczyli, że zostali przez kogoś przysłani. Przebieg wszystkich spotkań był podobny: odmowa przedstawienia się i recytacja wyuczonych formułek protestacyjnych. Jak stwierdzają świadkowie rozmów, część delegatów była pod wpływem alkoholu. Przyjmowanie kolejnych nie miało więc sensu, zgromadzonym pod pałacem ludziom oświadczono, że spotkań z biskupami już nie będzie. Akcja była jednak kontynuowana również następnego dnia, 28 września. Od rana zaczęły napływać kolejne delegacje. Także tym razem przywożono je samochodami. Do zebranych wyszło dwóch przedstawicieli kurii, którzy oświadczyli, że bram nie otworzą. Następnie inny pracownik kurii przekazał zebranym informację, że arcybiskup ich nie przyjmie, jest to bowiem zorganizowana akcja ze strony partii, a nie spontaniczny odruch oburzonego społeczeństwa. Nie zniechęcało to jednak zgromadzonych, których liczba systematycznie rosła i w południe osiągnęła tysiąc osób. W opinii władz kościelnych, chcący odejść byli zawracani przez kierujących akcją. Wokół krążyły patrole milicyjne. Po raz trzeci wyszedł do nich duchowny, podkreślając, że „przyszli oni ze złymi intencjami, że są niewierzący, że Kościół ich nie wysłał i w związku z tym abp Baraniak ich nie przyjmie. Około godz. 12.25 zgromadzeni – po wzniesieniu okrzyków potępiających biskupów i odśpiewaniu hymnu państwowego, rozeszli się”.

Z perspektywy partii

Nieco inaczej, za to bardziej patetycznie, sytuację opisano w partyjnym sprawozdaniu, według którego „z czasem zgromadzenie przekształciło się w spontaniczną manifestację, w czasie której wznoszono krzyki przeciwko abp. Baraniakowi, jego listowi pasterskiemu oraz hasła solidaryzujące się z władzą ludową”. Trwało to kilka godzin, następnie postanowiono udać się do poznańskich dziekanów, by na ich ręce złożyć protest. Udało się tam 29 delegacji (160 osób). W tym czasie księża starali się rozmawiać z oczekującymi i skłaniać ich do zastanowienia się nad swym postępowaniem. Początkowo przynosiło to nawet pewne efekty i niektórzy delegaci postanowili wrócić do domu. Jednak nad poprawnością postawy zgromadzonych czuwali nadzorcy partyjni, zmuszający wahających się do pozostania na miejscu. Mimo niepowodzenia akcja kontynuowana była także 29 września. Od rana na teren Ostrowa Tumskiego przybyło 120 delegacji, liczących ponad 900 osób. Także i tym razem nie zostały one przyjęte. Podobna sytuacja miała miejsce 30 września, choć liczba uczestników znacznie zmalała: pod pałac arcybiskupi przybyło bowiem tylko 18 delegacji (77 osób). Akcja wysyłania delegatów do dziekanów była prowadzona także poza Poznaniem. Do dnia 30 września 56 zorganizowanych grup odwiedziło 23 dziekanów (na 31 ogółem). W tym dniu przed pałacem arcybiskupa zgromadziło się już niewiele osób i na tym protesty w tym miejscu się zakończyły. Akcja partyjna nie przyniosła oczekiwanych rezultatów. Nadzorujący Kościół funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa, którzy w dniu 25 września kontrolowali kościoły w całej archidiecezji, donosili, że ogromna większość proboszczów, czasem wbrew składanym podczas rozmów z władzą deklaracjom, zdecydowała się na odczytanie całego listu, niektórzy nawet dołączyli do niego swój komentarz, w którym jeszcze wzmocnili jego wymowę. Słuchający listu wierni solidaryzowali się z abp. Baraniakiem i Kościołem, głośno komentując działania władz. Nikt też nie miał wątpliwości, w jaki sposób rekrutowano protestujące delegacje i jak wyglądała rzeczywista spontaniczność manifestacji partyjnych. O tym, że delegacje nie wyrażały poglądów zbiorowości, które rzekomo reprezentowały, najlepiej świadczy wypowiedź jednego z jej uczestników, który w prywatnej rozmowie z księżmi podkreślił, że zastraszonych ludzi zmuszono do takiej aktywności, grożąc kłopotami w pracy, ale on może zaświadczyć, że zdecydowana większość archidiecezjan myśli tak, jak ich kapłani i też protestuje przeciwko szykanom, jakie spotykają Jasnogórską Królową.

Społeczne reperkusje

W poszczególnych zakładach pracy osoby, które zgodziły się wziąć udział w partyjnej rozgrywce, były izolowane, doświadczając niechęci ze strony kolegów. Pracownicy poznańskiego „Pometu” chcieli nawet wysłać prawdziwą delegację, by powiedziała arcypasterzowi, że ta wcześniejsza nie miała prawa wypowiadać się w imieniu załogi. Akcja protestacyjna nie przyniosła więc oczekiwanych przez władze efektów i po trzech dniach została zaprzestana. Odpowiedzią wiernych na partyjną prowokację była Msza św. w poznańskiej farze. Nabożeństwo zgromadziło tysiące uczestników, którzy – nie mieszcząc się w świątyni – stali w okolicznych ulicach. Orszak biskupów i księży miał wręcz trudności z przejściem do kościoła. Po homilii rozległy się owacyjne oklaski i okrzyki na cześć arcybiskupa, którego odważny list oddawał ducha zgromadzonych. Była to najlepsza nagroda dla abp. Baraniaka, który bardzo głęboko, boleśnie przeżywał całe zdarzenie. Jego autorytet w społeczeństwie zdecydowanie wzrósł, był bowiem teraz postrzegany jako bezkompromisowy obrońca wiary. Trudno zrozumieć optymizm partyjnych sprawozdań, w których władze utwierdzały się same w przekonaniu, że społeczeństwo podziela ich poglądy na temat stosunków państwo–Kościół. Po raz kolejny okazało się przecież, że sięganie do starych metod w walce z religią nie przyniosło sukcesu. W budującej oficjalnie od dwudziestu lat socjalizm Polsce przywiązanie do religii i Kościoła było nadal równie silne, jak na początku tego procesu. 

Prof. Stanisław Jankowiak - historyk,  pracownik naukowo-dydaktyczny Instytutu Historii UAM w Poznaniu; naczelnik Oddziałowego Biura Edukacji Publicznej IPN w Poznaniu w latach 2000–2006.

 

«« | « | 1 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama