Po prostu miał żyć

Przed ponad trzema laty dowiedziała się, że jej nienarodzone jeszcze dziecko ma cały szereg wad. Wbrew opinii wysokiej klasy specjalisty postanowiła urodzić. Adaś - choć nie jest zupełnie zdrowy - żyje i daje swojej mamie wiele radości. Jakby wynagradzając jej wszystkie trudności, jakie przeszła i jakie jeszcze ją czekają. Źródło, 11 marca 2007




Kiedy dowiedziała się Pani, że dziecko nie rozwija się prawidłowo?

W zasadzie już na początku pojawiły się problemy, co tydzień robiono mi USG. Mój ginekolog zapytał wprost, czy chcę podtrzymywać tę ciążę, czy też wolałabym ją zakończyć. Kiedy powiedziałam, że nie mam zamiaru jej usuwać, przepisał mi leki podtrzymujące ciążę.

W 12. tygodniu ciąży, podczas jednego z rutynowych USG wyczułam, że coś jest nie tak, bo lekarz nie wykonywał badania - jak to zwykle bywa - koło pięciu minut, ale ponad pół godziny. Pracuję w służbie zdrowia, więc wiedziałam, że coś jest nie w porządku i od razu zapytałam, co się dzieje.

Lekarz odpowiedział wyczerpująco na Pani pytanie?

Nie wprost. Powiedział, że obraz USG nie jest taki, jak powinien być, bo widać było obrzęk limfatyczny płodu. Stwierdził, że on pierwszy raz w życiu widzi coś podobnego. Zaczął wypytywać, ile mam lat i powiedział, że to jest prawdopodobnie zespół Downa. Dał mi do wyboru dwa ośrodki, do których miałam pojechać na amniopunkcję - w Warszawie i w Łodzi. Przypadek sprawił, że trafiłam do Warszawy, bo po prostu ten numer telefonu był pierwszy.

Tam, jeszcze przed badaniem amniopunkcji, diagnozował mnie wysokiej klasy specjalista, profesor. I wtedy dowiedziałam się, że zespół Downa dziecko ma na pewno, a co więcej - to się dopiero okaże. Poświęcił mi raptem trzy minuty, w ogóle ze mną nie rozmawiając - dyktował tylko pielęgniarce, że płód ma obrzęk limfatyczny i duże prawdopodobieństwo wad rozwojowych - do terminacji (czyli do usunięcia). Umówił mnie na oddział, gdzie pracuje i po prostu wyszedł. Pielęgniarka zainkasowała 300 zł i to było wszystko.

A co z amniopunkcją?

Właściwie wyglądało na to, że nie była doktorowi potrzebna, bo on diagnozę już postawił, nie mając cienia wątpliwości. Na szczęście pielęgniarka okazała mi trochę serca mówiąc, co mam robić. Od razu poszłam do wskazanego szpitala, bo z Bolesławca, gdzie mieszkam, jedzie się do Warszawy sześć godzin, a nie miałam nawet noclegu. Na miejscu, po pokazaniu małej karteczki, którą wypisała mi pielęgniarka, byłam traktowana jako pacjentka do usunięcia ciąży. Pani doktor, która mnie przyjmowała, szeptała do pielęgniarek, że profesor zlecił środki poronne.

Z profesorem spotkałam się dopiero następnego dnia. Przed południem, kiedy to właściwie wykonuje się wszelkie badania, nikt się mną nie interesował. Dopiero kiedy poszłam do profesora i przypomniałam mu się, zszedł ze mną na badania amniopunkcji. Powiedział, że lepiej dla mnie, gdybyśmy "pozbyli się płodu" teraz, w 12. tygodniu, bo za miesiąc (na wyniki amniopunkcji czeka się cztery tygodnie) będę już czuła ruchy i będzie mi trudniej się zdecydować.
«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...