„Nikogo nie sądziłeś”

W obliczu cudzego bólu trudno znaleźć słowa. Kimże jestem, bym ośmielał się w obliczu cierpiącego bronić Boga? Tygodnik Powszechny, 14 grudnia 2008


Nazwę ją Łucja. Miała dziewiętnaście lat, blond włosy, drobną figurę, ogniki w oczach i apetyt na życie. I raka kości. Walka o życie, kilka chemii, szpitale, w końcu wyrok. Zostało kilka tygodni. Przyjęła to zadziwiająco spokojnie. Przynajmniej odjęto jej straszliwą niepewność walczącego o życie. Poczuła się wolna i spokojna. Prosiła, by nie przedłużać uporczywie jej życia. Najbardziej martwiła się o rodziców. Chciała umierać religijnie, otoczona modlącą się rodziną. Zaplanowała pogrzeb. I poprosiła o namaszczenie chorych.

Po wizycie księdza jej spokój znikł. Łzy, bunt, strach. Usłyszała, że nie ma pewności, czy już sobie zasłużyła na niebo. Że, z drugiej strony, to jest najlepszy dla niej moment na śmierć, skoro teraz Bóg ją zabiera. Potem jeszcze sąsiadka jej powiedziała, że wybrańcy Boży umierają młodo. I tego dnia Łucja się zbuntowała. Zrezygnowała z Boga, który zabierze ją tak wcześnie i nie pozwoli się cieszyć młodością, miłością, rodziną, macierzyństwem, życiem po prostu. Z takim Bogiem nie chciała współpracować.

Umarła tydzień później. Rozpaczy rodziców jestem tylko w stanie się domyślać. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że ów ksiądz chciał tylko dobrze, że nie przewidział skutków tego, co powiedział. I że, jeśli je poznał, gorzko żałuje. Ale boję się, iż chciał w obliczu przedwczesnej śmierci bronić Boga. Bo ksiądz ten – i może to jest najstraszniejsze – doktrynalnie miał rację.

Nikt z nas nie może być pewny swego zbawienia, może mieć tylko pewność wiary, opartą na Krzyżu Chrystusa. Nikt z nas nie wie, kiedy mu przyjdzie umrzeć i co jest dla niego tutaj najlepsze. Ale nie wystarczy mieć rację, trzeba jeszcze widzieć, j a k ją mieć.

Starotestamentalna Księga Hioba ma w sobie dwie wizje Boga. Pierwszą znajdziemy w początku i zakończeniu pisanymi prozą. Bóg przedstawiony jest jak orientalny władca chwalący się swoim sługą Hiobem przed szatanem (co on tam robi?). Przyzwala na próbę wierności sługi, dopuszcza klęskę finansową, śmierć dzieci, haniebną chorobę. Jakby Hiob był pionkiem na boskiej szachownicy, wystawionym na zbicie dla kaprysu. Podobne tony pobrzmiewają w zakończeniu Księgi. Bóg restytuuje z nawiązką posiadłości Hioba, a nawet przymnaża mu dzieci.

Tylko co z tymi, które zginęły? Pewnie były mniej piękne i zdolne niż te nowe, ale czy ich życie było bez wartości? Straszny byłby taki Bóg. Tej prymitywnej wizji przeciwstawia się inna, z głównej, poetyckiej części. Tam Hiob odmawia przystania na Boga-tyrana i broni Boga prawdziwego, który nie może istnieć przeciwko człowiekowi. Nie może Go zrozumieć, ale nie może się zgodzić na wizję wszechmocnego satrapy.

Z początku Hiob przyjmuje próby niezłomnie. Pęka w nim coś dopiero przy wizycie przyjaciół. Ci najpierw zachowują się po ludzku, płacząc i milcząc wespół, ale potem, gdy Hiob otwiera swoje usta do skargi (cierpiący jak nikt inny pragnie kogoś, kto go wysłucha i przyjmie jego ból), zaczynają polemizować i bronić Boga.

Nie miejsce tu na streszczanie ich debat. Warto tylko zauważyć, że coraz bardziej się od siebie oddalają, z przyjaciół stają się przeciwnikami. W końcu Hiob wybucha: „Z Bogiem chcę się prawować, bo wy jesteście obrońcami kłamstwa, nieudolni z was lekarze! (...) Czy Boga chcecie fałszem bronić albo kłamstwem go osłaniać? Czy w Jego imieniu występujecie? Orędownikami Bożymi jesteście?” (13, 3-8).

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama