ONZ, polityka i prawa człowieka

Przez pewien czas po upadku żelaznej kurtyny zachowywaliśmy się na Zachodzie, jakbyśmy ciągle śpiewali: „we are the champions”, „we are the world”; wydawało się nam, że uosabiamy intencje całej społeczności międzynarodowej, która może jest słaba, może niedomaga, ale my potrafi my ją niejako wyręczyć. Znak, 12/2008



Ponieważ nasza rozmowa ma dotyczyć spraw z pogranicza polityki międzynarodowej i ochrony praw człowieka, chciałbym rozpocząć od pytania o ostatnie zmiany w świecie. Trudno bowiem oprzeć się wrażeniu, że do listy tradycyjnych czynników, które mają wpływ na poszanowanie praw człowieka, takich jak konflikty etniczne lub interesy państw trzecich, doszły zjawiska nowe: terroryzm w skali dotąd niespotykanej lub problem tzw. państw upadłych. Czy dostrzega Pan takie fenomeny, charakterystyczne dla ostatnich kilku, kilkunastu lat?

Na początku lat 90. świat zaczął się zmieniać w sposób bardzo obiecujący. Panował wówczas ogromny optymizm w odniesieniu do upowszechniania praw człowieka poza zachodnim obszarem kulturowym. Przedtem główną przeszkodą był blok komunistyczny, za którego plecami chowały się niektóre kraje Trzeciego Świata. To wszystko runęło: najpierw prezydent Jimmy Carter trafił w dziesiątkę swoją kampanią na rzecz praw człowieka.

Przy pomocy kilku zaledwie przemówień zepchnął komunizm do głębokiej defensywy. Ten, w warstwie ideologicznej, nigdy już się nie odrodził. Uznano, że kiedy żelazna kurtyna upadła, rozpoczął się nowy etap w dziejach popularyzowania idei praw człowieka. Szybko przyjęto kilka ważnych dokumentów: w 1991 roku na spotkaniu KBWE w Moskwie, w którym brałem udział, przyjęto klauzulę, iż prawa człowieka „są przedmiotem uzasadnionej troski wszystkich państw członkowskich KBWE”.

Później ta zasada została przeniesiona na szczebel uniwersalny: taki sam zapis znalazł się w Deklaracji Wiedeńskiej i Programie Działania – dokumentach przyjętych na zakończenie II Światowej Konferencji Praw Człowieka w 1993 roku. Swego czasu miałem w zwyczaju mówić, że lata 90. to „dekada tsunami”: prawa człowieka, niczym wielka fala tsunami, wdarły się na powierzchnię życia międzynarodowego: był to wielki pochód i tryumf tej koncepcji, ale również przejmowania przez kolejne kraje standardów w tej dziedzinie.

Prawa człowieka były ważnym tematem podczas wszelkiego rodzaju rozmów i spotkań. W Organizacji Narodów Zjednoczonych trwała nieustająca kampania na ich rzecz. Ogromną, pozytywną rolę odegrali Amerykanie: administracja Billa Clintona była wyjątkowo uwrażliwiona na te zagadnienia. W tym czasie Stany Zjednoczone i Europa Zachodnia bardzo wiele uczyniły dla upowszechnienia zasady uniwersalizmu praw człowieka, którą wcześniej kwestionowano z uwagi na podział świata na „trzy światy”. Choć zasada ta jeszcze w 1948 roku została wpisana do preambuły Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka, to de facto jej nie akceptowano. Po upadku komunizmu Zachód wymusił na reszcie świata jej uznanie.

Było to ważne między innymi dlatego, że w owym czasie popularność zyskiwała koncepcja „wartości azjatyckich”. Szybko rozwijające się państwa Azji Wschodniej uznały, że prawa człowieka są przez Zachód używane jako narzędzie dywersji, zagrażające stabilności ich społeczeństw i rozwojowi gospodarczemu. Poparły je też państwa, które z zasady sprzeciwiały się demokracji i zachodniemu modelowi życia. Z udziałem kilkunastu krajów z Azji, Afryki i Ameryki Łacińskiej powstała tzw. like-minded group – blok państw niechętnych upowszechnianiu praw człowieka.

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama