Na przekór wszystkiemu

Śmierć bliskiej osoby, zmaganie się z nieuleczalną chorobą czy grzechem są doświadczeniami, które potrafią nawet najbardziej hardych i opanowanych ludzi zepchnąć na dno rozpaczy. Raczej nie pomogą wtedy słowa: „Weź swój krzyż! Zaufaj Panu, a wszystko będzie dobrze". List, 4/2008



Śmierć bliskiej osoby, zmaganie się z nieuleczalną chorobą czy grzechem są doświadczeniami, które potrafią nawet najbardziej hardych i opanowanych ludzi zepchnąć na dno rozpaczy. Przez otaczającą ich ciemność niezwykle trudno się przebić. Raczej nie pomogą wtedy słowa: „Weź swój krzyż! Zaufaj Panu, a wszystko będzie dobrze". Nie odważyłbym się nigdy nikomu tak powiedzieć.

Łatwość, z jaką pocieszamy innych i siebie równie banalnymi stwierdzeniami, może być usprawiedliwiona jedynie tym, że tak naprawdę nie wiemy, jak zachować się w takiej sytuacji. Cierpienie, zwłaszcza niezawinione, przerasta każdego z nas, nie zgadza się z naszym obrazem świata. Z doświadczenia wiem, że najbardziej odpowiednie w takim momencie jest milczenie i modlitwa. Powoływanie się na Jezusa, wskazywanie na krzyż, jakkolwiek może słuszne, najczęściej jest zbyt daleko idącym uproszczeniem, próbą usprawiedliwienia swojej czy też czyjejś sytuacji, co więcej, może się okazać krzywdzące i niebezpieczne.



Pozwolić sobie na ból


Kiedy spotyka nas cierpienie lub borykamy się z trudnościami, bardzo często uciekamy w fałszywy optymizm. Szukamy dla niego także religijnego uzasadnienia. „Jezus też cierpiał - mówimy - może nawet bardziej niż ja, ale w końcu zmartwychwstał". Traktujemy opowieść o tym, co się zdarzyło na Golgocie, jak kolejną historię z happy endem. Znamy ich przecież tak wiele: ktoś ciężko zachorował, stracił majątek, ale zły los się odwrócił… Sami również z niejednej opresji wyszliśmy cało. Z perspektywy lat wydaje nam się to oczywiste. Wystarczy tylko zacisnąć zęby i przetrwać najgorszy okres. „Wytrwał Jezus, wytrwam i ja" - próbujemy sami siebie przekonać. Skutek jest jednak odwrotny: chcemy uwolnić się od bólu, a w ostateczności stajemy się jego zakładnikami.



Motyl i skafander


Oglądałem ostatnio film „Motyl i skafander. Wywarł na mnie ogromne wrażenie. Jean Dominique Bauby, którego historia została w nim opowiedziana, miał wszystko: dom, rodzinę; był u szczytu kariery zawodowej. Pewnego dnia wybrał się w podróż wymarzonym sportowym samochodem. Gdy poczuł się słabo, nie zdążył nawet zjechać na pobocze - stracił przytomność. Kiedy obudził się w szpitalnym łóżku, musiał zmierzyć się z wyrokiem. Rozległy wylew doprowadził do całkowitego paraliżu, sprawne pozostało tylko jedno oko. W jednym momencie skończyło się dla niego życie, mimo że przecież żył nadal.
«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama