Za wszystko chwalę Pana Boga

Niedziela 16/2010

Kiedy zebranie się skończyło, biskup ordynariusz Karol Wojtyła powiedział mi po cichu: – Dziś nie zostałeś uhonorowany, ale wnet będziesz biskupem. Nic mu na to nie odpowiedziałem, bo i co miałem mówić. Na początku stycznia 1970 r. dostałem zawiadomienie, abym zgłosił się do prymasa Stefana Wyszyńskiego w Warszawie.

 

KS. INF. IRENEUSZ SKUBIŚ: – Życie Księdza Biskupa to życie świadka – świadka historii Polski, historii Kościoła, świadka Jezusa Chrystusa. Prosimy o kilka słów na temat swojej przeszłości kapłańskiej jako członka Zgromadzenia Księży Misjonarzy św. Wincentego à Paulo.

BP ALBIN MAŁYSIAK: – Święcenia kapłańskie otrzymałem 1 maja 1941 r. Miały się one odbyć 3 maja, ale ktoś życzliwy z ówczesnego magistratu zgłosił się do księdza rektora, doradzając, żeby je przełożyć na 1 maja, bo władze niemieckie mogłyby to uznać za prowokację – 3 maja to święto narodowe Polski.

Ze wstąpieniem do Zgromadzenia Księży Misjonarzy było tak: Gdy miałem 11 lat, po ukończeniu szkoły podstawowej w miejscu mojego urodzenia – w Koconiu k. Żywca, stanąłem przed decyzją podjęcia nauki w szkole średniej. Ojciec mój, za radą nauczycielki Stefanii Duźniakównej, z którą żyliśmy w przyjaźni, zadecydował, że najlepszą dla mnie szkołą będzie Małe Seminarium Księży Misjonarzy w Krakowie.

Z Krakowa, z tzw. Nowej Wsi, po 4 latach zawieziono nas do Wilna, gdzie była V i VI klasa przedwojennego gimnazjum. Z największym sentymentem wspominam tę szkołę, w której uczono nas porządnie, szczególnie historii, literatury, geografii, matematyki – nie bawiono się w politykę, tylko solidnie uczono. Równocześnie dołożono nam nowicjat. Było więc także dużo modlitwy, trzeba było wcześnie wstawać na rozmyślanie w kaplicy – pół godziny w milczeniu. Były też ćwiczenia pokutne, np. rano po wstaniu trzeba było ucałować posadzkę i wypowiedzieć słowa: „Benedicta sit Sancta Trinitas nunc et in saecula saeculorum” – Niech będzie błogosławiona Trójca Przenajświętsza teraz i przez wszystkie wieki wieków. Było to ostre, ale w efekcie wspaniałe wprowadzanie nas w życie religijne i oddawanie chwały Panu Bogu od wczesnego rana.

– Wiemy, że został Ksiądz Biskup odznaczony zaszczytnym medalem „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”. Jaka historia wiąże się z tym odznaczeniem?

– W listopadzie 1943 r. w Szczawnicy jako kapelan Zakładu Helclów (ośrodek dla osób niedołężnych i starszych) szedłem odprawić nabożeństwo wieczorne. Gdy dotarłem do budynku, zobaczyłem w kącie wystraszonego człowieka, który rozpaczliwie prosił o ratunek. Miałem świadomość, czym grozi ratowanie Żyda, nie można było jednak nie reagować. W porozumieniu z siostrą przełożoną Bronisławą Wilemską, szarytką, postanowiliśmy ukryć tego człowieka w niedużym pokoiku na terenie Zakładu. Umożliwiliśmy mu umycie się, daliśmy czyste ubranie, nakarmiliśmy go – był bardzo wygłodzony – i poprosiliśmy, by siedział cicho, bo w każdej chwili mogą wejść Niemcy. Na drugi dzień rano pobiegłem do magistratu. Pracowało tam wielu życzliwych Polaków, którzy starali się pomagać. Mówię, że potrzebuję dla kogoś fałszywych dokumentów. Poinstruowali mnie, że najpierw powinienem dostarczyć im fikcyjną metrykę z kancelarii rzymskokatolickiej – bez tego nic nie da się zrobić. Miałem koło Nowego Targu serdecznego przyjaciela – ks. Wolnego. Pojechałem do niego i poprosiłem o taką metrykę. Dał mi ją od razu, chociaż dla niego było to również niebezpieczne – gdyby prawda wyszła na jaw, czekał go obóz albo rozstrzelanie. Z metryką s. Wilemska zgłosiła się do Rady Miejskiej, prosząc o wyrobienie temu człowiekowi tzw. kenkarty, czyli karty rozpoznawczej. Oczywiście, nie mówiło się nikomu, że jest Żydem. W ciągu kilku dni sprawę udało się załatwić. Mając kenkartę, człowiek ten mógł już swobodnie poruszać się po Krakowie. Całą wojnę przebywał w Zakładzie Helclów, gdzie miał ciepłe mieszkanie, jedzenie i pełnię opieki lekarskiej. Kiedy wojna się skończyła, poszedł w świat. Daliśmy mu nazwisko Henryk Juański.

Z s. Wilemską ukrywałem 5 osób narodowości żydowskiej: 3 mężczyzn i 2 kobiety. Po wojnie ślad po mężczyznach zaginął – nawet się nie pożegnali i nie podziękowali, a potem nigdy nie pisali. Bardzo pięknie zachowały się natomiast kobiety: Helena Kachel (takie nazwisko jej daliśmy) i Katarzyna Styczeń. Były to osoby z wyższym wykształceniem, jak się później okazało, z majętnych rodzin. Codziennie chodziły do kaplicy, choć podkreślaliśmy, że zostały wychowane w innej wierze i nie muszą tego czynić.

Rodzina p. Kachel – córka z mężem – przyjechała później podziękować, choć komunikacja wtedy nie była łatwa. Również krewni drugiej Żydówki przyjechali podziękować. Chcieli mi nawet dać jakieś pieniądze za to ukrywanie – oczywiście, nie wziąłem. Po prostu zobaczyłem człowieka niewinnie prześladowanego, któremu groziła śmierć, i jako chrześcijanin udzieliłem mu pomocy.

W 1991 r. zgłosiła się do mnie p. Maria Rolicka z Nowego Jorku, której matkę uratowałem, i prosiła, abym napisał do władz państwa Izrael o tym, jak ratowałem Żydów. Rok później, w związku z trwającą w Ameryce nagonką na Polaków, ponowiła prośbę, argumentując, że to jest mój obowiązek wobec historii.

 

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama