Oto człowiek

Znak 3/2010

Cała ta sytuacja przywodziła na myśl jakby starożytny rynek, gdzie można było dostać wszystko i niemal wszystko zobaczyć. O co tu chodzi? Zaciekawiło mnie to widowisko, wciągnęło, nie wiadomo kiedy stałem się jego uczestnikiem.

Przyjechałem do Gdańska. Tanie linie lotnicze docierające od pewnego czasu także do Europy Wschodniej sprawiły, że ostatnio częściej latam na wschód niż na zachód. Praga, Wilno, niedawno Kraków, teraz Gdańsk – miasto Lecha Wałęsy i legendarnej „Solidarności”. Wczoraj zaliczyłem tylko lotnisko, dziś wyruszyłem do starego miasta. Na szerokim deptaku za tutejszym ratuszem zaciekawił mnie niekonwencjonalny tłum ludzi. Piątek, popołudnie, polskie miasto nad Bałtykiem, a tu przebierańcy w starozakonnych chałatach. Nie tyle takich jednak jak w żydowskich dzielnicach Londynu czy Nowego Jorku, ile raczej wzorowanych na starych sztychach ilustrujących Biblię. Wielu tych dziwnych „Żydów” (także kolorowo odziane kobiety) krążyło wśród współcześnie ubranych ludzi i krzyczało coś po polsku. Co ciekawe, wśród przebierańców byli także kuglarze, błazny… Cała ta sytuacja przywodziła na myśl jakby starożytny rynek, gdzie można było dostać wszystko i niemal wszystko zobaczyć. O co tu chodzi? Zaciekawiło mnie to widowisko, wciągnęło, nie wiadomo kiedy stałem się jego uczestnikiem.

Stacja I. Jezus na śmierć skazany

Nagle odezwał się mocny głos. Krotko ostrzyżony facet w białej todze i narzuconym na nią czerwonym płaszczu stanął na przedprożu efektownej szerokiej kamienicy i zaczął mówić. Jakiś teatr, pomyślałem. Dwóch żołnierzy w strojach rzymskich legionistów prowadziło pod ręce brodatego mężczyznę przypominającego wyglądem Jezusa z Nazaretu. Ten nie odzywał się, patrzył przed siebie, milczał. Odbywało się coś na kształt sądu. Mężczyzna w todze, pewnie Piłat, przewodniczył. Via dolorosa we współczesnym Gdańsku, dwa tysiące lat po tej prawdziwej z Jerozolimy. Dlaczego tutaj, dlaczego właśnie Gdańsk, czemu inscenizacja odbywa się w środku miasta, a nie gdzieś na obrzeżach, na miejscowej Kalwarii? Miałem wiele pytań i wątpliwości, chwilowo nie miał ich kto rozwiać.

Nagle kolorowy tłum przebierańcow zaczął wrzeszczeć: Barabasza, Barabasza, Barabasza… Przecież dobrze znam te słowa, co najmniej raz w roku słyszę w kościele to wezwanie, odczytywane w Niedzielę Palmową. Co innego jednak słyszeć monotonny tekst w zacisznej świątyni, a co innego krzyk tłumu, który przenika do trzewi, pali ci wnętrzności. Trochę się przestraszyłem. Znam prawdę, wiem, kto jest niewinny, a jednak moc tłumu jest potężna. Kiedy nie jesteś w większości, czujesz niepewność swojego zachowania, swojego myślenia. Czy to nie głupie? Przecież to tylko przedstawienie, złapałem się na myśli.

Po raz drugi krzyk tłumu wybił mnie z zamyślenia, kiedy Piłat mruknął coś pod nosem (potem domyśliłem się, że powiedział: „Ecce homo”). Może zresztą celowo mruknął te słowa niezrozumiale, żeby wrzaski protestujących były jeszcze bardziej wyraziste. A może my, bierna masa przyglądająca się temu theatrum, powinniśmy w tym momencie zaprotestować? Krzyknąć: nie, przecież nie masz racji, to Mesjasz, to Bóg, to nasz Zbawiciel! Może On tego dzisiaj ode mnie oczekiwał? Ode mnie, od ciebie, od wszystkich gapiów, zadowolonych z tego, że w nudny piątkowy, szary dzień nareszcie coś się dzieje.

Z ciekawością przyglądałem się kilkuletniemu chłopcu, ubranemu w dżinsy, ciepły bezrękawnik, stojącemu wśród tłumu krzyczących Żydów. On też krzyczał, wytykał palcem, podskakiwał na swoich krótkich nóżkach. Dlaczego to robił? Bawiło go to przedstawienie, a może spodobały mu się te okrzyki, to poczucie siły tkwiące w warkliwym, nieprzyjemnym tłumie? A może zwyczajnie się go obawiał…

Wokół postaci Jezusa, wśród demonstrantów kręciło się wielu fotoreporterów i kamerzystów. Sądząc po sprzęcie, na którym pracowali, musieli być profesjonalistami z miejscowych gazet, telewizji, stacji radiowych, agencji fotograficznych. Początkowo nie zwróciłem na nich uwagi. Zawsze gdy coś się dzieje, pojawiają się ludzie z aparatami, kamerami, mikrofonami, stając się niejako współkreatorami toczących się wydarzeń. Tu jednak byli jakoś irytujący. Po pierwsze, było ich bardzo wielu, jakby co najmniej prezydent wielkiego państwa zawitał niespodziewanie do Gdańska. Po drugie, wciskali się ze swoimi urządzeniami przed samo oblicze Chrystusa, pod stojącego na podwyższeniu Piłata, byli niemal tym samym co wrzeszczący faryzeusze. Irytująca była ich nachalność i wścibstwo. Ludzie co chwila syczeli ze zdenerwowania, że kolejny „fotopstryk” czy kamerzysta przeszkadza im w odbiorze przedstawienia. Właśnie – czy przedstawienia? Dlaczego dziennikarzom tak bardzo zależy na dobrym ujęciu? Przecież to nie Barack Obama ani krolowa brytyjska przyjechali do starego Gdańska, nawet nie Madonna ani U2. To jacyś nieznani aktorzy, a historia jest doskonale wszystkim znana. Więc po co tak blisko z obiektywem, po co rejestracja słów, które dla nikogo nie są nowe?

 

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama