Między wzniosłością a wykluczeniem

Znak 6/2010

Podczas żałoby narodowej, kiedy tylko czułem, że media swoim nachalnym przesłaniem mnie zatruwają, rezygnowałem z nich. Zaś u tych moich pacjentów, którzy hipnotycznie zastygali w fotelu przed telewizorem, następował proces jakiejś wewnętrznej dewastacji.

 

Panie Profesorze, co się z nami działo w ciągu ostatnich trzech tygodni, które mijają właśnie od katastrofy pod Smoleńskiem? Pytamy Pana jako lekarza, terapeutę…

Trudno tu o jednoznaczność. Każdy przeżywał ten okres inaczej – i byłoby rzeczą ryzykowną czynić podmiotem tej sytuacji całe społeczeństwo. Łatwiej byłoby spojrzeć na to wszystko z perspektywy żałoby jednostkowej. I tak: pierwszą i najgłębszą reakcją było swego rodzaju porażenie informacją o katastrofie – niedowierzanie, trwoga i osłupienie, które to przeżycia były udziałem wszystkich. Potem nastał czas szczególnie prawdziwy i ważny: autentyczna osobista żałoba, rozpacz bądź smutek – w zależności od „emocjonalnej odległości” pomiędzy nami a ofiarami. Czuliśmy stratę, podobnie jak wtedy, kiedy tracimy kogoś bliskiego. Wprawdzie nie zawsze lubiliśmy tych, których zginęli, były to jednak osoby nam bliskie – w takim sensie, w jakim bliscy są nam ci, którzy codziennie goszczą na ekranach telewizorów w naszych domach. Tak często bywali z nami, że nawet ci, których nie interesuje polityka, poczuli, że odszedł ktoś dla nich ważny.

Jeszcze później, w czasie oficjalnej żałoby narodowej, rozpoczął się bardziej złożony proces, w którym istotną rolę odgrywał już wątek horyzontalny: oto stoję w grupie jako jedna z tysięcy osób, które zapalają świeczkę pod Pałacem Prezydenckim. Dla jednych było to głębokie przeżycie egzystencjalne, czasem wręcz transcendentne: smoleńska katastrofa kazała im w skupieniu i samotności myśleć o kruchości życia albo o rozpaczy, którą odczuwali, tracąc kogoś bliskiego. Dla innych ważniejszy był sam motyw bycia razem, często nawet nieuświadomione poczucie społecznej jedności jako cząstki bezimiennego tłumu. W żałobie ulgę przynosi zwykle uczucie wzniosłości – i ono się właśnie w tym momencie pojawiało. Jeszcze inni próbowali się dystansować do swych uczuć.

Jednak niezależnie od charakteru przeżyć i sposobu ich wyrażania pozostaje fundamentalne pytanie: czy dajemy innym prawo do wyboru własnej drogi, czy też uważamy, że sposób przeżywania czasu żałoby jest zarazem świadectwem moralności i patriotyzmu? Jeśli czyjeś przeżycia były inne niż moje, to czy mam prawo mu zarzucać, że na przykład nie dość głęboko cierpi albo nie dość wyraźnie to cierpienie ujawnia? Nawet teraz czuję pewien niepokój, czy przypadkiem nie naruszam jakiegoś tabu, czy nie znajdzie się ktoś, kto po przeczytaniu tych słów powie, że nie jestem „prawdziwym Polakiem”. Pytanie o to, kto zasługuje, a kto nie zasługuje na to miano, wprowadza bardzo niebezpieczny społecznie dyskurs wykluczenia. A właśnie wykluczenie stało się chyba tym ostatnim etapem obiegu emocji po smoleńskiej katastrofie: tym, którzy zapalili świeczki na Krakowskim Przedmieściu, groził odruch lekceważenia ze strony tych, którzy tego nie zrobili. Ci, którzy nie dołączyli do wielotysięcznego tłumu, byli narażeni na zarzut, że nie są dość wrażliwi i patriotyczni.

Osoby występujące w filmie Ewy Stankiewicz i Jana Pospieszalskiego Solidarni 2010, nie miały wątpliwości, że tam, pod Pałacem Prezydenckim, powtórzyło się to, co wydarzyło się w trakcie pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski albo w sierpniu 1980 roku: Polska jest tutaj.

Po ogłoszeniu decyzji o pochowku prezydenta na Wawelu odbywały się w Krakowie dwie równoległe demonstracje. Najpierw pod kurią gromadzili się przeciwnicy tej decyzji, a wkrótce potem dołączali do nich jej zwolennicy, którzy przyszli na Franciszkańską spod kościoła Dominikanów. Poruszyło mnie, że ta druga grupa – po odśpiewaniu hymnu narodowego i odmówieniu modlitwy „Zdrowaś Mario” – zaczęła skandować: „Polska jest tutaj”, wskazując na siebie. W ten sposób spor o Wawel zasłonił, „przetrącił” społeczną żałobę. Doszło do przekroczenia pewnej granicy, która powinna pozostać uszanowana. Jestem uwrażliwiony na ksenofobiczny i nacjonalistyczny wymiar takich sytuacji i kiedy zdałem sobie sprawę, że ludzie, którzy skandują: „Polska jest tutaj”, przyszli spod szczególnie mi bliskiego kościoła Ojców Dominikanów, przestraszyłem się. Pomyślałem: jeśli takie rzeczy mogą krzyczeć ludzie spod Dominikanów, to czego mogę się spodziewać po cynicznych politykach lub dziennikarzach szukających sensacji?

Do filmu Solidarni 2010 jeszcze wrócimy. Teraz jednak spróbujmy dalej analizować sytuację po katastrofie. Ważnym elementem tego okresu był lęk o stan i przyszłość polskiego państwa. Pojawiały się w związku z tym rozmaite teorie spiskowe…

Jest czymś zupełnie naturalnym, że jeśli coś nas porusza emocjonalnie, nie wytrzymujemy zbyt długo na poziomie zagadki. Zaczynamy pytać, dlaczego rozbił się samolot prezydencki. I przyjmujemy rożne teorie – w zależności od tego, co nam podpowiadają nasze uprzedzenia. Jedni powiedzą zatem, że mieliśmy do czynienia z zamachem na naszą niepodległość, drudzy – że któryś z pasażerów (w domyśle: prezydent) wymusił na załodze decyzję o lądowaniu. Jako psychiatra rozumiem ów mechanizm, dzięki któremu rodzą się takie teorie, jednak jako obywatel – głęboko nad tym boleję.

Mając to wszystko na uwadze, od początku uważałem, że im szybciej uda się wyjaśnić przyczynę katastrofy pod Smoleńskiem, tym lepiej. Teraz już nie wierzę, że oficjalna wersja zostanie przyjęta przez wszystkich. Zbyt długo uprzedzenia rządziły naszymi umysłami.

 

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama