Walcząc zgodnie z sumieniem

Zeszyty Karmelitańskie 52/3/2010

"Wojska najemne są „"ambitne, niekarne, niewierne, odważne wobec przyjaciół, tchórzliwe wobec nieprzyjaciół, nie boją się Boga ani dotrzymują wiary ludziom"

 

Najemnik, pies wojny, żołnierz fortuny, kondotier. Te określenia nie cieszą się w powszechnym odbiorze dobrą sławą. Gdy je słyszymy, przychodzą nam często na myśl słowa Machiavellego, że wojska najemne są „ambitne, niekarne, niewierne, odważne wobec przyjaciół, tchórzliwe wobec nieprzyjaciół, nie boją się Boga ani dotrzymują wiary ludziom”. Wspominamy zatem najemników walczących w oddziałach flamandzkich, brabanckich i niemieckich, czy naszych słynnych Lisowczyków. Wszyscy oni sprzedawali swoje usługi za żołd czy – po prostu – za łupy wojenne. Zapominamy, że był czas, gdy dla żołnierza najemnego ważna była ideologia, a to, że walczył za pieniądze na frontach wielu państw, wynikało głównie z faktu tropienia tego samego, znienawidzonego wroga. Sowietów. Jednym z takich żołnierzy, „walczących zgodnie z sumieniem”, był najsłynniejszy polski najemnik XX wieku – Rafał Gan-Ganowicz.

Mao Tse Tung powiedział, że jak się chce słonia zabić, to można go zabić nawet szpilką, pod warunkiem, że da się ostateczną ilość ukłuć. Więc doszedłem do wniosku, że ja tego słonia czerwonego kłułem moją szpilką, czyli robiłem mój ludzki obowiązek. Ten słoń sczezł, do dzisiaj śmierdzi, smród roznosi się na całą Polskę, ale to, że on zdechł, tam jest jakaś moja mała zasługa. I z tego do końca życia będę dumny.

Słowa te Rafał wypowiedział na planie filmu Piotra Zarębskiego w 1996 roku, ale realizował tę myśl całym swoim życiem, od najmłodszych lat, od chwili, gdy „czerwony słoń” brutalnie wkroczył w jego dzieciństwo. A trwało ono krótko. Urodził się w 1932 roku i już jako siedmiolatek stracił matkę w zawierusze kampanii wrześniowej. Jego ojciec poległ w powstaniu warszawskim pięć lat później. W ten sposób jeden totalitaryzm zabrał mu rodzinę, drugi w tym czasie zabierał mu ojczyznę, a kilka lat później wyciągnął rękę i po Jego życie.

Kto widział przemarsz Armii Czerwonej pod koniec II wojny światowej, ten nigdy nie zapomni sowieckiego wandalizmu. Czego sowieciarz nie mógł ukraść, to niszczył... Dlaczego tak strasznie niszczyli? Czyżby pchała ich do tego zazdrość, że ktoś mógł żyć w warunkach, jakie oni, obywatele „przodującego kraju” widywali tylko w kinie?... A może jest to natura sowieckiego człowieka napędzanego wódką, jak silnik samochodu napędzany jest benzyną? Nie wiem. Ale barbarzyństwo sowieckie pamiętam... (...) Potem, będąc w krajach tak zwanych dzikich, porównywałem zachowanie się dzikusów autentycznych w dżungli z tłumem tej soldateski sowieckiej, i zauważyłem, że żądza niszczenia cudzego dobytku u prawdziwych dzikusów nie istnieje, a tam była na każdym kroku.

Po wojnie Gan-Ganowicz zaangażował się w działalność niepodległościową. Już jako kilkunastoletni chłopak działał w organizacji antykomunistycznej, podejmującej działania na kształt wojennego małego sabotażu. Dzień 24 czerwca 1950 roku spowodował największy przełom w Jego życiu. Tego dnia organizacja, w której działał, wpadła:

Czasy były stalinowskie. Prześladowano już nie tylko za czyny, ale i za słowa. Starano się zabijać myśli. Garstka młodzieży, walcząca o źdźbło prawdy za pomocą ulotek i napisów na murach zrujnowanej Warszawy, ryzykowała więcej niż życiem. Tortury były na porządku dziennym. Bałem się. Od tego momentu stawałem się tropioną zwierzyną.

Od tego momentu zaczyna się też swoista „życiowa epopeja” Rafała Gan-Ganowicza. W brawurowy sposób, podczepiony pod podwoziem kolejowego wagonu, przedostaje się do Berlina Zachodniego. Tam trafia do obozu dla uchodźców przy Rothemburgerstrasse 8, jedynego obozu dla cudzoziemców. Tu w towarzystwie m.in. żołnierzy AK, NSZ i II Korpusu, ludzi, którzy leczyli rany odniesione podczas ucieczki z kraju, ale także rany zadane w katowniach UB – „czerpał naukę o Polsce i świecie współczesnym (...)”, bo jak wspominał, obóz ten był dla nich wszystkich szkołą goryczy i tłumionej zemsty, a przede wszystkim – szkołą nienawiści do komunistów:

Były nocne rozmowy ludzi, którzy nie widzieli przed sobą normalnej przyszłości, ludzi z nienormalnego państwa, ofiar nienormalnego porządku na świecie. Żołnierze z Obozu Zwycięzców w obozie kierowanym przez zwyciężonych...

Wstąpił do oddziałów wartowniczych. Wybrał tę drogę w przekonaniu, że to zalążek kolejnych legionów, które zorganizowane przez Amerykanów pod dowództwem Władysława Andersa będą wyganiać komunistów z Polski. I rozczarował się. Okazało się, że była to zwykła półcywilna służba, jak mawiał – stróże nocni. Przeżył ciężki kryzys moralny, miał silny kompleks dezertera. Wyrzucał sobie, że w chwili, gdy jego koledzy są w Polsce prześladowani, często aresztowani i skazywani, on tkwi bezpiecznie na Zachodzie:

I zacząłem tracić nadzieję, że się w ogóle na coś przydam, że ta moja ucieczka, ta moja postawa, ta moja chęć przysłużenia się ojczyźnie nie zda się na nic, i że jestem skazany na taką wegetację albo na dorabianie się na Zachodzie. Nie miałem ku temu żadnych zamiarów... (...) Tak, że się nie najlepiej tam czułem, zwłaszcza że to było w Niemczech, (...) więc postarałem się o wyjazd w ramach oddziałów wartowniczych do Francji. Tym bardziej, że Francuzi nie chcieli u siebie innych narodowości, tylko Polaków.

We Francji skończył tajną podchorążówkę i otrzymał z rąk generała Andersa patent oficerski. W tamtym czasie, o czym niewiele się mówi do dziś, we Francji zorganizowano ściśle tajne szkolenia, przygotowujące kadrę oficerską na ewentualność podjęcia działań bojowych w Europie Wschodniej. Gan-Ganowicz został komandosem.

Ja chciałem wobec siebie mieć świadomość, że jestem uchodźcą politycznym, nie zarobkowym, że nie jestem na Zachodzie po to, żeby budować sobie egzystencję, tylko po to, żeby przydać się w walce, już nie powiem pięknie: „o ojczyznę”, ale w walce z Czerwonym... Całymi długimi latami czekałem na taki moment... Zapakują nas w samolot i zrzucą na spadochronach nad Polską... Nie doczekałem się, nie było takiej możliwości, a może nie było takiej potrzeby... Po paru latach – olśnienie! Z komunizmem walczyć można i trzeba wszędzie tam, gdzie ten rak zagraża jakiemuś społeczeństwu. Na międzynarodówkę komunistyczną – odpowiedzieć międzynarodówką antykomunistyczną. Walczyć, a nie kibicować!

 

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama