Życie jest ciekawsze niż fikcja

Życie duchowe 115/ Lato 2023 Życie duchowe 115/ Lato 2023

Z reżyserem i kompozytorem Dariuszem Reguckim rozmawia Stanisław Łucarz SJ

Jesteś znany jako reżyser filmów, w których starasz się pokazać Boga. By jednak „pokazać Boga”, najpierw trzeba jakoś samemu Go „zobaczyć”.

Dla mnie spotkanie z Panem Bogiem jest czymś bardzo intymnym, osobistym i konkretnym. W faktach mojego życia szukam odpowiedzi na pytanie, kim dla mnie jest Bóg. Bo nie jest tak, że oto dziś rozmawiasz z Dariuszem Reguckim – człowiekiem, który ma wiarę. Czasem jedynie ośmielę się coś powiedzieć o Bogu. Bo co to znaczy mieć wiarę? Czy to umiejętność przytaczania cytatów z Biblii? Mógłbym to robić, ale to by świadczyło jedynie o tym, że mam pewną wiedzę teologiczną. Ja wiem tyle, że kiedy wszystko waliło mi się na głowę, wówczas pomoc przyszła właśnie od Niego. Do dziś to we mnie rezonuje. To był konkret. Dla mnie w spotkaniu człowieka z Bogiem chodzi przede wszystkim o miłość, która przychodzi i dotyka tego, co boli najbardziej.

A jednak mówisz o sobie, że nie jesteś człowiekiem, „który ma wiarę”…

Jeśli definiowalibyśmy wiarę jako doświadczenie miłości Boga, a nie tylko jako praktyki pobożnościowe, to ja takie doświadczenie mam. Ale kiedy patrzę głęboko w siebie, w swoje serce, to zadaję sobie pytanie: Dlaczego mając takie doświadczenie życiowe czy rodzinne, zdarza mi się robić rzeczy, których nie wolno? I w tym znaczeniu mówię, że nie mam wiary, czyli wątpię, idę w poprzek tej drogi, którą On dla mnie przygotował. Stawiam w centrum moje ja z egoizmem i pychą. Z jednej strony chciałbym przeżywać ekstazę św. Franciszka z obrazu El Greco, a z drugiej – targają mną namiętności, kiedy wpatruję się w Szał uniesień Podkowińskiego. I co się dzieje? Pan Bóg mnie zdumiewa. Przychodzi do mnie w tych trudnych momentach i mówi: „Popatrz, to znowu Ja”. Przypomina mi, że jest. Bo dla mnie „zobaczyć Boga”, to doświadczać Go każdego dnia, bojując się ze swoim nie zawsze poukładanym życiem i swoimi wątpliwościami. Doświadczać w konkretach mojego życia i w sposób intelektualny, bo przecież „wiara i rozum się nie wykluczają”, że pozwolę sobie zacytować klasyka wiary i giganta intelektu Jana Pawła II.

Jak się zaczęła Twoja droga artystyczna?

Talent muzyczny dostrzegł we mnie jeden z nauczycieli, kiedy poszedłem do szkoły podstawowej. Mógł się jednak rozwinąć tylko dzięki mądrości moich rodziców. Posłuchali oni rady ludzi, którzy się na tym znali, i kupili mi instrument. Było to dla nich niesamowite wyrzeczenie, bo nie byli majętni, żyliśmy skromnie. Byli też pierwszymi nauczycielami, którzy podsuwali mi książki, mówili o malarstwie, historii. To uruchamiało wyobraźnię i tęsknotę za innym światem. Tak się to właśnie zaczęło i potoczyło.…

Szczególnie ważnym utworem w Twoim dorobku jest oratorium „Cracovia est” – „Kraków jest”.

Pragnienie skomponowania utworu o Krakowie zrodziło się we mnie, kiedy przed wielu laty, po dwuletnim pobycie za granicą, wróciłem z rodziną do Krakowa. Przechodząc jakiś czas później koło kościoła Mariackiego, zobaczyłem Rynek Główny przepięknie prześwietlony promieniami słońca. Nigdy nie zapomnę tej chwili. To było coś wręcz mistycznego. Wtedy właśnie pomyślałem: „Chciałbym namalować Kraków przy pomocy dźwięków, pokazać jego niesamowitą historię. Tę, która jest zawarta w jego murach, która sięga tak głęboko i daleko w przestrzeń i czas”. To było moje ogromne pragnienie: opowiedzieć o tym mieście – najeżdżanym, zdobywanym, odradzającym się na nowo, w którym zmieniała się scenografia, ale ludzie tak samo jak dziś tęsknili i pragnęli, kochali, zdradzali i umierali. Mieście wybitnych twórców i Bożych szaleńców.

Po wielu latach dostałem propozycję skomponowania oratorium na 750. rocznicę lokacji miasta na prawie magdeburskim, która przypadała w 2007 roku. To było dla mnie niesamowite wydarzenie. Światowa prapremiera tego utworu, pod dyrekcją Piotra Sułkowskiego, dyrektora artystycznego Opery Krakowskiej, odbyła się na Rynku Głównym, z udziałem ponad dwustu artystów z Opery Krakowskiej i Państwowej Ogólnokształcącej Szkoły Muzycznej im. Fryderyka Chopina. Orkiestra, chóry, soliści: Beata Czernecka, Zbigniew Wodecki, Andrzej Gaździcki…

Kraków jest we mnie bardzo mocno wpisany, choć urodziłem się w Miechowie. Ale moja mama kochała Kraków, bardzo dużo nam o nim opowiadała, podsuwała książki na temat jego dziejów. Często tu przyjeżdżaliśmy: Wawel, Planty, Sukiennice, Lasek Wolski, Barbakan. Ta atmosfera miasta i jego historii była we mnie obecna od dzieciństwa.

Stąd też zapewne łaciński tytuł.

Język jest nośnikiem kultury, w nim zawarta jest nasza przeszłość. Greka czy łacina to pewien kod kulturowy. Łacina, obejmująca swym zasięgiem całą średniowieczną Europę, to również nasze dziedzictwo. Ale tytuł Cracovia est ma też inne konotacje. Mówi o czymś stałym: na ruchomych piaskach i bagniskach zbudowano coś solidnego i bardzo mocnego. Mam na myśli duchowe źródła miasta, a tu od razu przychodzi skojarzenie ze św. Stanisławem, biskupem i męczennikiem, królową Jadwigą czy św. Albertem Chmielowskim.

Ponadgodzinny utwór został oparty na różnych tekstach, w tym na obszernym fragmencie o czasie z Księgi Koheleta. Skąd ten wybór?

Mędrzec Kohelet, III wiek przed Chrystusem, mówi, że jesteśmy na tym świecie tylko przechodniami, że wszystko przemija, ale zadaje też podstawowe pytania: Po co człowiek żyje? Z czego czerpać radość i satysfakcję? Wplotłem te słowa w oratorium, bo dla mnie szukanie odpowiedzi na te pytania cały czas jest aktualne. Warto szukać odpowiedzi na rodzące się w nas pytania, sięgając do mądrości czasów przeszłych. To studnia, z której możesz zaczerpnąć i wydobyć jakiś skarb. Wystarczy tylko z tego skorzystać.

Kolejny taki skarb to słowa „Iustitia sine misericordia crudelitas est” z „Kroniki Polski” Wincentego Kadłubka.

Te słowa mówią jasno, że „sprawiedliwość bez miłosierdzia jest okrucieństwem”. Wielu z nas myśli, że zna odpowiedź na wszystkie pytania i ma „jedynie słuszną” koncepcję na życie. Ale w tym wszystkim często zawiera się osąd innych i twierdzenie: tylko ja jestem mądry, inni niczego nie rozumieją, nic nie wiedzą. To droga donikąd, bo antagonizuje ludzi w społeczeństwie, ale też w rodzinach. Miłosierdzie mówi temu: „stop”. Sprawia, że zatrzymuję się i dostrzegam w drugim człowieka takiego jak ja, który ma prawo myśleć inaczej i popełniać błędy. Uznałem, że przesłanie zawarte w tych łacińskich słowach jest niezmiernie istotne w ukazaniu historii miasta stanowiącego tak wielki tygiel narodowościowy i kulturowy, w którym ścierały się różne „dobra”. To przypomnienie, by nie osądzać, a realizując „swoje dobro”, nie zapomnieć o szukaniu dobra wspólnego. Miłosierdzie Boże mnie fascynuje, bo uszyte jest z materiału, któremu na imię miłość Jezusowa – Caritas Christi.

Na końcu oratorium przywołujesz słowa: „Santo subito!”, które tak ściśle łączymy z Janem Pawłem II. To dla mnie próba ukazania, że historia to nie tylko upływ czasu i zmienne koleje losu, ale także interwencje Boga oraz wolne wybory osób, które Go głoszą i w szczególny sposób czynią widocznym?

Nie można opowiedzieć historii tego miasta bez odwołania się do postaci Jana Pawła II, który był w Krakowie biskupem, metropolitą, kardynałem i miał wpływ na to miasto, a później jako papież także na losy Polski i całego świata. Wprowadził też Święto Miłosierdzia, więc jakże o nim nie opowiedzieć. Jan Paweł II rzeczywiście jest dla mnie taką – jak powiedziałeś – „interwencją” Boga, który wybiera Karola Wojtyłę i mówi: dzisiaj wskazuję na ciebie, ty będziesz widocznym znakiem mojej obecności, mojej miłości, urzędu nauczycielskiego.

Kiedyś w Rzymie miałem zaszczyt rozmawiać z papieżem Janem Pawłem II. Powiedziałem mu wtedy: „Ojcze Święty, boję się”. Odpowiedział mi to, co tak często mówił nam wszystkim: „Nie bój się”. I to jego „Nie bój się” jest dla mnie bardzo ważne do dziś, bo daje nadzieję w świecie, w którym jej brak. Tak wielu ludzi cierpi z powodu samotności, tak wiele jest samobójstw, ludzie nie radzą sobie z życiem. Uciekamy w wirtualną rzeczywistość, bojąc się dotknąć dłoni drugiego człowieka. Nie chcę tu dawać prostych recept, bo nie mam kompetencji, a sytuacja jest skomplikowana, ale prawdą jest, że kiedy odcinamy się od korzeni, to jest nam po prostu trudniej. Nie chodzi o to, by być bez grzechu. Nieraz właśnie tak ludzie myślą: jestem do niczego, bez przerwy piję, robię straszne rzeczy, Pan Bóg na pewno się nade mną nie ulituje. Lepiej już zapić ten lęk i smutek… Beznadzieja. A Jan Paweł II dawał nadzieję i – jak mówiłem – nie sposób opowiedzieć historii Krakowa bez niego.

Czy film „Bóg w Krakowie” jest próbą ukazania Boga, ale już w sposób bardziej jednoznaczny?

Obok tej ogromnej chęci opisania historii Krakowa za pomocą dźwięków, o której mówiłem, chciałem też zrobić o Krakowie film fabularny. Opowiedzieć to miasto przez pewne historie, ale tak by Kraków był ich równorzędnym bohaterem. Pokazać jego piękno. I znów po jakimś czasie dostałem propozycję nakręcenia filmu, który ukazałby Kraków sakralny. To było spełnienie kolejnego marzenia. Jak zawsze trzymałem się swojej zasady, że film nie będzie moralitetem, ale wychodząc od jakieś historii prawdziwej, opowie o konkretnych osobach i dotknie miejsc ważnych dla miasta. A takich miejsc w sakralnym Krakowie mamy wiele, bo jest tu – jeśli się nie mylę – około stu parafii, wielu świętych i błogosławionych.

Scenariusze Twoich filmów – „Boga w Krakowie”, „Karoliny” i „Opiekuna” – mają w tle prawdziwe wydarzenia. Nie wymyślasz tych historii, tylko nadajesz im formę artystyczną przemawiającą do serca dzisiejszego widza. Tymczasem zdecydowana większość współczesnych filmów jest czystą fikcją, co gorsza – dyktowaną ideologią.

Rzeczywiście staram się w moich filmach pokazywać historie, które naprawdę się wydarzyły. To znaczy stają się one dla mnie pewną inspiracją, którą później przekładam na język filmu. Trzeba im bowiem nadać formę, rytm, tempo, napisać dialogi. Ale życie jest dla mnie zawsze ciekawsze niż fikcja. Mało kto z nas zdaje sobie sprawę, że historia mojego czy twojego życia jest znakomitym scenariuszem na fantastyczny film, który przykułby uwagę widzów i osiągnął wysoki box office.

Konstrukcje ideologiczne, które proponowane są współczesnemu człowiekowi, z gruntu rzeczy nie są oparte na Bogu. One mówią, że Boga nie ma. Gott ist tot – „Bóg nie żyje” – ogłosił Nietzsche. Ale pustkę po Nim trzeba czymś wypełnić… Stąd mamy różne ideologie, tyle że one zawsze się kompromitują: komunizm, faszyzm itd. A dzisiaj? Wystarczy popatrzeć na statystyki, jak wielu ludzi żyje w permanentnej samotności i w lęku przed dniem jutrzejszym. Zagubiliśmy się, straciliśmy z oczu nasze źródło i fundament – naszą tożsamość. Prawda staje się tylko pewnym konstruktem umysłu i znaczy dla każdego z nas coś innego. W tym zideologizowanym świecie ludziom nie tyle odradza się zadawania fundamentalnych pytań, ile wręcz zabrania się tego. Nie wolno pytać, po co i dlaczego człowiek żyje, skąd się wziął, jaki sens ma życie. To dotyka mnie najbardziej, i jako twórcę, i jako człowieka. Te pytania trzeba sobie ciągle zadawać i szukać na nie odpowiedzi. Zadawali je już nasi przodkowie w jaskiniach, rysując wyobrażenia boga i szukając odpowiedzi na tajemnicę życia i śmierci.

Nie dajmy się wmanewrować w algorytmy sztucznej inteligencji i sztuczki macherów ideologicznych. Nikt nie ma prawa mieszać nam w głowach. Pamiętam o tym jako twórca i wyznaczam sobie granice, których nie wolno mi przekroczyć. Jedną z nich jest zadawanie cierpienia drugiemu czy pogarda. Chcę robić filmy dotykające czasu, w którym żyję, pokazujące mój ogląd człowieka Anno Domini 2023, ale bez osądzania go i krzywdzenia. Ktoś za sto lat na nasze „tu i teraz” popatrzy inaczej, ale pewne wartości są zawsze aktualne.

Jak zatem pokazać w filmie Boga?

Jak pokazać Boga? Jak Go przetworzyć, w dobrym tego słowa znaczeniu, na język artystyczny? Tym, co staram się robić w mojej pracy scenarzysty i reżysera, jest pokazywanie Boga poprzez przypowieść, pewną historię konkretnego człowieka. Absolutnie obce jest mi moralizowanie czy kaznodziejskie pouczanie albo przedstawianie Boga jako wielkiego maga, który będzie spełniał moje zachcianki. Obce jest mi też myślenie i głoszenie dobrej nowiny o wiecznym potępieniu. To zaprzeczenie istoty Boga, który stworzył człowieka z miłości i kocha go takim, jakim on jest. Na początku Ewangelii św. Mateusza mamy rodowód Jezusa. Pada w nim wiele imion i w dłuższym fragmencie wymienia się, kto był czyim synem. Długo nie rozumiałem sensu tego wymieniania. Zastanawiałem się, po co tyle tego wszystkiego. I przyszło olśnienie, że to właśnie jest historia! Ewangelista opisuje konkretne rody, podaje konkretne osoby, pisze, kto następował po kim, bo to jest historia prawdziwa. Bóg jest Bogiem historii świata, Narodu Wybranego, ale także mojej. To znaczy ma coś ważnego do powiedzenia mnie, tobie, każdemu. To nie jest postać z zamierzchłych czasów pokryta patyną. To cały czas jest żywa historia.

Oczywiście takie spojrzenie to nie tylko sprawa wiary, ale także otwarcie intelektualne, które pozwala nam odkryć zupełnie inną perspektywę naszego życia. Kiedy widzę Jego działanie, to wiem, że to nie jest historia zmyślona, bo ona mnie dotyka, porusza: boli albo daje szczęście. Takiego Boga chcę pokazywać w filmie, przez prawdziwe historie, te, które dotykają ciebie i mnie. Bez indoktrynacji i bez moralizowania, wzbudzając refleksję: a jeśli jesteś?

Tworząc scenariusze, piszesz je dla konkretnych aktorów. Zwykle najpierw powstaje scenariusz, a później szuka się aktorów. U Ciebie na pierwszym miejscu stoi osoba, relacja z nią, nie rola.

To prawda, już na etapie pisania scenariusza każdą rolę przypisuję określonemu aktorowi. Lepiej mi się pisze, kiedy widzę określoną postać, jej mimikę, język ciała. Bo idee ideami, ale film musi być zrealizowany zgodnie z prawidłami sztuki filmowej. Nie można nic ściemniać, bo widz jest wyczulony na każdy fałsz i chce zobaczyć profesjonalnie zrealizowany film z ciekawie opowiedzianą historią. Dla mnie ważne jest, by aktor nie odgrywał roli, ale kreował postać. Warsztat jest rzeczą podstawową, ale potrzebne jest też to „coś”. Dlatego przedstawiając filmowego bohatera, zawsze dokładnie buduję jego przeszłość, sięgając czasem do dwóch pokoleń w tył. Robię też głęboki rys psychologiczny, pomagając aktorowi wejść w postać, zbudować z nią – jak mówisz – relację. Bardzo mi zależy, by aktor wszedł w moje myślenie i odnalazł tę postać, o którą mi chodzi. W pracy zależy mi na budowaniu mojej relacji z aktorem i aktora z postacią, bo chciałbym robić rzeczy ważne, osadzone w realiach, dotykające życia i zadające fundamentalne pytania. Tak też przedstawiam tę pracę aktorom i tylko raz mi się zdarzyło, że ktoś odmówił przyjęcia roli.

Relacje są w życiu bardzo ważne. Miałem kiedyś zaszczyt i przywilej zrobić dokument na temat pierwszej encykliki Jana Pawła II Redemptor hominis, w której padają słowa: „Człowiek jest drogą Kościoła”. To zdanie mną wstrząsnęło. Nie mogłem nad nim przejść obojętnie. „Człowiek jest drogą Kościoła” – to znaczy, że Bóg chce relacji z człowiekiem, nie z ideą czy ideologią. Wtedy też w sposób szczególny dotarło do mnie, że Bóg jest osobą, kimś realnym, z kim mogę porozmawiać na każdy temat. Co więcej – jest moim Stwórcą, dał mi życie z miłości, a skoro tak, to chce, bym się tą miłością dzielił, dawał ją innym, mówił, skąd ją mam. Człowiek jest stworzony do bycia z drugim, do relacji, bo chce kochać i być kochanym.

Jeśli w filmie pokazujemy ludzi, którzy budują relacje, zadają ważne pytania, ich historie osadzone są w tu i teraz, to taki film ma dużą moc, przemówi do widza, wyzwoli emocje, bo w każdym z nas jest tęsknota za miłością, za dobrem, za pięknem i radością… I artysta jest też po to, by świat w ten sposób przetwarzać i ukazywać. Sztuka może i powinna prowokować, ale na końcu powinna promować estetykę, dobro i piękno.

„Piękno zbawi świat” – pisał Dostojewski. Tymczasem dzisiejsza sztuka częściej gloryfikuje brzydotę.

Bardzo często sprowadza się do szokowania. A czym można szokować? Gwałtem, morderstwem, seksem, agresją, szpetotą, bólem… To się najłatwiej sprzedaje. Jest w człowieku pragnienie podglądania przez dziurkę od klucza i napawanie swoich złych instynktów cierpieniem innych. Nigdy tego nie zrozumiem. Chyba nie wszyscy wiedzą, że słowa Dostojewskiego o pięknie, które zbawi świat, odnoszą się do transcendencji, bo wyrażenie „zbawi świat” odsyła do Boga. Książę Myszkin, główny bohater Idioty Dostojewskiego, który wypowiada te słowa, jest figurą Jezusa, a więc mamy tu chrześcijańską wizję świata. Dostojewski, mówiąc, że „piękno zbawi świat”, miał na myśli Boga, bo tylko Bóg może zbawić świat. I to metafizyczne odniesienie ważne jest dla twórczości artystycznej. Zapominając o nim, artysta i każdy człowiek próbuje koncepcję zbawienia i piękna zastąpić różnymi ideologiami i substytutami. A wtedy nasze życie staje się uboższe, bo jest skoncentrowane tylko na teraz, bez pierwiastka eschatologii antropologicznej.

Kanony piękna są różne i zmieniają się, piękno ma różne oblicza, ale ważne jest, by wiedzieć, z czego wyrasta, i dopuszczać myśl, że może pochodzić od Boga. Do miłości, dobra i piękna stworzył także nas. A z czego miłość jest? Z miodu, mleka, łez? Jaki ma kolor? To można pięknie opisywać w działaniach artystycznych, ale nie w sposób infantylny, banalny albo głupi i wulgarny.

Kiedyś zapytano Bułata Okudżawę, którą ze swoich pieśni uważa za najlepszą. Odpowiedział, że ma takie dwie: „Pierwsza to ta, którą wciąż piszę, druga – ta, którą napiszę kiedyś”. Czy Ty także w ten sposób patrzysz na swoją twórczość?

Jestem bardzo przywiązany do tego, co już zrobiłem, ale jest też we mnie pragnienie, by każdy kolejny utwór był lepszy, doskonalszy, jeśli chodzi o treść i formę. By cały czas następował progres, więc w tym punkcie zgadzam się z Bułatem Okudżawą.

Nad czym obecnie pracujesz?

Od kilkunastu lat zgłębiam kwestię tajemnicy niezawinionego cierpienia. Jest szansa, że powstanie na ten temat dramat muzyczny. Chciałbym zrobić go w konwencji wagnerowskiej, byłaby to więc duża rzecz: połączenie teatru, filharmonii i multimediów, dwa zespoły artystów, ogromna scena, rozbudowana scenografia. To bardzo frapujące móc coś takiego pisać. Zobaczymy, jak to się będzie rozwijać. Mam producenta, który chce realizować mój scenariusz filmu poświęconego starości – współczesny dramat, ale z elementami komedii i pokazany przez pryzmat relacji staruszka i malutkiej dziewczynki. Jest duża szansa, że wejdzie do produkcji. Poza tym chciałbym wystawić rock operę – scenariusz do niej napisałem wiele lat temu, nie było jednak dotąd czasu, by go dokończyć. Marzy mi się też serial familijny, komedia z elementami filmu sensacji i duży film o św. Szarbelu. Napisałem też z moim przyjacielem dwa scenariusze pełnometrażowych filmów fabularnych. Jeden z nich to dramat mistyczny z elementami horroru nawiązujący do Apokalipsy. Zobaczymy, co z tego uda się zrealizować. Poważni producenci pilnie poszukiwani…

Tworzysz dla siebie czy dla widza?

Na pewno tworzę z potrzeby serca i chęci podzielenia się swoim oglądem świata, sensów, marzeń i pragnień z innymi. W mojej twórczości, oprócz tych wszystkich wzniosłych i ważnych spraw, o których tu mówiliśmy, nie zapominam nigdy, że tworzę film czy komponuję muzykę dla mojego widza i słuchacza, czyli wracam do relacji, o których mówiliśmy wcześniej. Czy to w teatrze, czy w filharmonii, czy w kinie chcę się z nim spotkać, usiąść i wspólnie… No właśnie, co? Najgłośniej krzyczy cisza, więc czasem zapraszam, byśmy posiedzieli razem w milczeniu. Jako twórca zachęcam wszystkich, którzy uczynili mi ten zaszczyt i przyjęli moje zaproszenie do zapoznania się z moją twórczością, do afirmacji życia, a nie kontemplowania smutku, i mówię im, że każdy z nas jest osobnym dziełem sztuki i kimś wyjątkowym.

Takie działania twórcze uprawiam i taką sztukę chcę tworzyć, z ogromnym szacunkiem dla inteligencji i wrażliwości odbiorcy, ale nie bojąc się dotykania spraw trudnych i kontrowersyjnych. Chciałbym na zakończenie przytoczyć fragment wiersza ks. Wojciecha Węgrzyniaka: „żeby narodził się Bóg / nie trzeba się przygotowywać / wystarczy zaczekać aż bosko-ludzkie «Fiat» dojrzeje”. Myślę, że właśnie o to chodzi: byśmy dali sobie czas, ponieważ – jak mówi przywoływany przeze mnie wcześniej Kohelet – „wszystko ma swój czas”. Zapraszam Cię więc, mój widzu, mój słuchaczu, usiądź ze mną w fotelu i zaczekaj, „aż bosko-ludzkie «Fiat» dojrzeje”…


Dariusz Regucki niezależny twórca, zajmuje się scenopisarstwem, reżyserią i komponowaniem muzyki. Zrealizował ponad sto dwadzieścia projektów muzycznych i filmowych w Polsce i za granicą: edukacyjnych/fabularnych (krótki metraż), dokumentów, dokumentów fabularyzowanych, a także trzy pełnometrażowe kinowe fabuły – Karolina, Bóg w Krakowie, Opiekun. Autor wyjątkowych i spektakularnych dzieł, jak skomponowanie i reżyseria oratorium Cracovia est. Za swoją twórczość otrzymał wiele nagród na festiwalach filmowych.

 

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...