Rynek nie szkodzi służbie zdrowia

Przegląd Powszechny 4/2011

Polska była najsilniejsza wtedy, kiedy była państwem federalnym. Federalizm wcale nie oznaczał słabości. Oczywiście mieliśmy też piastowski okres państwa zasadniczo centralnego, chociaż on był krótki.

 

- Jakie było źródło sukcesu śląskiej kasy chorych?

- Przede wszystkim udało się ją utworzyć bez zbytniej ingerencji polityków. Wówczas nikt nie wiedział, jak ma ten system powstawać i mieliśmy wolną rękę. Poza tym miałem ośmioletnie doświadczenie lekarza wojewódzkiego w Katowicach i wiedziałem, jak funkcjonuje budżetowa służba zdrowia, co trzeba naprawić, znałem jej mankamenty. Zacząłem przygotowywać województwo do zmian, zanim zaczęły się reformy w 1999 roku. Zaczęliśmy liczyć koszty, przygotowywać do planowanego systemu struktury organizacyjne zakładów opieki zdrowotnej.

Wprowadziłem do służby zdrowia proste zasady rynkowe. Pragmatyzm przyświecał wszystkim działaniom. I to się obroniło. Nieraz wyklina się rynek za to, że jest bezduszny, że jest przeciwko pacjentom. Nie zgadzam się z tym zdaniem. Właśnie zasady rynkowe, a nie gangsterskie, nie oligarchiczne, uprzystępniły rynek usług zdrowotnych zwykłemu pacjentowi. Ten zwykły obywatel, nie ten bogaty, stawał się najcenniejszym podmiotem w tym systemie. Właśnie system rynkowy jest czasem bardziej egalitarny niż najbardziej egalitarne systemy polityczne.

- A czy ponowna centralizacja, jakiej dokonał rząd Millera, miała racjonalne podstawy czy po prostu była zastosowaniem się do starej zasady: „od nas świat się zaczyna”?

- Oficjalnie mówiono, że trzeba przywrócić kontrolę ministra nad systemem, że trzeba ujednolicić system. To minister miał mieć władzę nad pieniędzmi, a nie urzędnicy „w terenie”. Zastanawiano się też – jak podejrzewam – jak  to zrobić, żeby w siedemnastu kasach chorych ta sama firma wygrała przetarg na komputeryzację? Trudno. A jakie będzie to proste, gdy będzie jedna instytucja, prawda? Do takich prostych pobudek dobudowywano ideologię.

Zbyt scentralizowane państwo czasem wcale nie jest silne. Przypomnę, że Polska była najsilniejsza wtedy, kiedy była państwem federalnym. Federalizm wcale nie oznaczał słabości. Oczywiście mieliśmy też piastowski okres państwa zasadniczo centralnego, chociaż on był krótki. Jeśli pamięta się o kreatywności Polaków, o dużym poczuciu wolności, które cechuje nasz naród, to można zostawić Polakom więcej swobody. Natomiast władza centralna powinna stworzyć mechanizmy kontrolne. A więc wierność pewnym zasadom, uczciwość – to są warunki powstania silnego państwa, bo samo zagarnięcie władzy nic nie daje.

Byłem prezesem Narodowego Funduszu Zdrowia tylko przez rok. Nie zdążyłem zbyt wiele zrobić. Nie miałem poczucia, że rządzę tą instytucją, mimo że bardzo starałem się zmienić mechanizmy i zgłaszałem wiele propozycji. Ale decydent w systemie scentralizowanym ma iluzję władzy. Prezesowi wydaje się, że jak wydał decyzję, wydał rozporządzenie, to problem rozwiązał. A to nie tak. Na przykład ja zdecydowałem, że kierować na badania tomografii komputerowej może każdy lekarz; wydaję zarządzenie i myślę, że załatwiłem sprawę. Po roku, kiedy już nie byłem prezesem, jeden z lekarzy mówi: „Jak to byłoby dobrze, gdybyśmy mogli kierować na badania tomografii komputerowej”. To pokazuje, że to zarządzenie po roku jego obowiązywania dotarło tylko do części lekarzy. A więc to iluzja władzy: zarządziłem i jest dobrze. W rzeczywistości trzeba sprawdzić, czy to w ogóle weszło w życie. A może należy inaczej – zostawić decyzję „dołom”, bo tam ludzie lepiej tego dopilnują.

Oczywiście łatwo ulec takiej iluzji. Człowiek chodzi napuszony po korytarzach, kłaniają mu się ludzie, mówią, jaki on jest ważny, skoro załatwił jedną sprawę. A załatwił tylko jeden z tysiąca problemów. Dlatego musi powstać więcej ośrodków decyzyjnych, bo jeden człowiek w Warszawie to za mało. Ta centralizacja właściwie pogorszyła sytuację. System jest coraz bardziej nieludzki, coraz bardziej oddalony od pacjenta. Gdzieś tam podejmuje się decyzje, pacjenci błądzą, nie ma możliwości szybkiego reagowania na zdarzenia.

- Przywołał pan rok 1999. Gdyby się konsekwentnie trzymać tamtej linii, to dzisiaj bylibyśmy już w dwunastym roku reformy służby zdrowia i moglibyśmy wprowadzać drobne korekty, nawet z roku na rok, tak jak robią to Niemcy, których system działa efektywnie.

- Tak. My stworzyliśmy system inny niż niemiecki. Mało tego, bazowaliśmy na doświadczeniach reszty Europy. I staraliśmy się uniknąć tych problemów, które mają inne państwa, choćby Niemcy. Bo Niemcy też mają problemy i muszę powiedzieć, że kiedy na konferencji w Hamburgu prezentowałem model śląskiej kasy chorych, to usłyszałem od niemieckich dziennikarzy: „My przyjeżdżaliśmy do was uczyć wielu rzeczy: demokracji, zasad rynkowych, ale widzimy, że w tej chwili i od was możemy się czegoś nauczyć”. Niestety, wskutek zawiści i konfliktów małych interesów zniszczyliśmy ten system i Europa już nie ma się czego od nas uczyć. Oczywiście także wtedy w Polsce było różnie, ale przykład kilku dobrze działających kas zachęcał do pracy inne. Mówiono: „Skoro na Śląsku, skoro w Małopolsce może być tak, to dlaczego nie u nas?”. Ten system miał zdolność autonaprawy. I to nie poprzez rozkazy szefa, tylko dyrektor oddziału, który funkcjonował gorzej, mógł czuć się zagrożony i uznać, że powinien naśladować dobry przykład.

Wprowadziliśmy też system rejestru usług medycznych i kart chipowych, które ułatwiały identyfikację ubezpieczonych. To była innowacja w skali europejskiej. Firma produkująca te karty wybudowała nawet fabrykę blisko granicy, koło Drezna, bo wydawało się, że za chwilę trzeba będzie 40 milionów kart wyprodukować. Później ten system identyfikacji zniszczono po to, żeby wdrożyć rejestr usług medycznych w sposób scentralizowany. A de facto nie zrobiono nic. W tej chwili jesteśmy w ogonie Europy.

Centralizacja nie jest najlepszym rozwiązaniem. To iluzja, że minister w tej chwili może wiedzieć, co tak naprawdę dzieje się w opiece zdrowotnej. On czasem dowiaduje się z gazet, że dziewczynka zabłądziła w Puszczy Augustowskiej. A to, że sprawa wymagała interwencji ministra, to jest właściwie katastrofa systemu. To dziecko powinno być otoczone opieką w dobrze zorganizowanym systemie. Ingerencja ministra to nie tytuł do chwały.

 

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama