Miłosierdzie potaniało

Tygodnik Powszechny 32/2011

Nie zasługuję, by wejść do nieba. Co nie znaczy, że nie mam się tam dobijać, choćby wypełniając odpusty. Muszę tylko pamiętać, że odpust opiera się na darze i łasce, a nie na zasługach i gwarancjach.

 

 

Tomasz Ponikło: Wykupuje sobie Ojciec ubezpieczenie na zbawienie?

Paweł Kozacki OP: Nie, bo jest to niemożliwe. A nie mam zwyczaju robić rzeczy absurdalnych.

Absurdalnych? Przecież mamy w Kościele trwającą od tysiąca lat – skracającą dystans do nieba – praktykę odpustów.

Nieszczęściem odpustów jest częste pojmowanie ich jako rzeczywistości handlowo-ubezpieczeniowej. To wynika i z nazewnictwa, i z historycznych przypadków ich nadużywania. Trzeba zatem zaznaczyć, że odpusty dotyczą darowania kary, a nie zbawienia.

Nazewnictwo i praktyka to kwestie zewnętrzne, a wewnątrz mamy metaforę skarbca. Korzystanie z odpustu to sięganie do skarbca zasług Chrystusa i wszystkich świętych.

Określenie „skarbiec” w średniowiecznej teologii nie niosło skojarzeń materialnych. Ta metafora wskazywała na wymiar duchowy. Największym skarbem jest Jezus Chrystus – ten, który dokonuje zbawienia, a co za tym idzie: jest jedynym jego dawcą. Czerpanie ze skarbca to czerpanie z Bożej miłości i odkupienia, które już się dokonało.

I mamy przepis, jak z niego czerpać, opieczętowany gwarancją skuteczności. Praktykowanie odpustów sprawia, że człowiek jest w takim stanie, jak w chwili otrzymania chrztu. Na wypadek śmierci oznacza to autostradę do nieba. Czemu więc przedzierać się okrężnymi drogami?

Przyjmując dar zbawienia od Chrystusa, powierzam się Mu. Chcę zaczerpnąć z Jego łaski, bo ufam w moc Jego zbawienia. Ale nie mogę sobie zapewnić żadnej gwarancji. Mechaniczne wykonywanie czynności odpustowych to ślepy zaułek. Instrumentalne podejście do łaski, na którą otwierają, to kupczenie świętością.

Żeby zaczerpnąć z Bożego skarbca, na miłość trzeba odpowiedzieć miłością. Poza zachowaniem form zewnętrznych rozstrzygające jest nastawienie wewnętrzne. Aby wypełnić odpust zupełny, człowiek musi być nie tylko w stanie łaski uświęcającej, ale wyrzec się wszelkiego przywiązania do grzechu. Nawet lekkiego! Chciałbym znaleźć kogoś takiego. Wiem po sobie, że pewne grzechy mam ochotę popełniać, bo niestety sprawiają mi przyjemność – spokojnie, nie będę się tu spowiadać. Chcę tylko wskazać na trudność skorzystania z odpustu zupełnego: muszę postawić Jezusa jako najwyższą wartość w życiu, oderwać się od grzechów. Nicpoń zachowujący wszelkie formy jest więc na przegranej pozycji, praktykując odpusty nawet co dnia. Nie mówiąc o intencji wykupienia sobie zbawienia.

Ależ niech Ojciec założy dobrą wolę u człowieka podejmującego odpusty.

Nikomu nie odmawiam dobrej woli, pokazuję tylko, o jak wysokich wymaganiach rozmawiamy.

Nie mam w sobie takiej śmiałości, takiej odpowiedzi na Jego miłość, żeby powiedzieć: jestem pewny zbawienia. Mam za to realne doświadczenie własnej grzeszności. Dlatego bardziej liczę na miłosierdzie Chrystusa niż na własne zasługi i niż na skrupulatnie nawet spełniane praktyki. Nie zasługuję, by wejść do nieba. Co wcale nie znaczy, że nie mam się tam dobijać, choćby wypełniając odpusty. Muszę tylko zawsze mieć świadomość, że odpust opiera się na darze i łasce, a nie na zasługach i gwarancjach.

Trzeba pomagać tej łasce, skoro jako chrześcijanom chodzi nam o dążenie do zbawienia.

Kiedy mówisz, że do czegoś dążysz, to w samych tych słowach uwzględniasz fakt, że nigdy nie wiesz, czy to coś osiągniesz. Nikt z nas sam o sobie nie może powiedzieć, że już tu i teraz ma zapewnione zbawienie – to postawa faryzeuszy. Jezus mocno ich piętnuje nie dlatego – jak my to postrzegamy – że byli dwulicowi, tylko za to, że ufność pokładali w swoich działaniach, w wypełnianiu prawa, a nie w Bogu. Bóg nie był dla nich dawcą zbawienia. Jego rolą było danie glejtu na ich świętość. To postawa samowystarczalności, samozbawienia. A przecież zbawienie to święty dar, nie jestem w stanie dojść do niego sam. Nie ogarniam skutków swoich grzechów, więc jak miałbym być w stanie sam je naprawić i odkupić? Jednocześnie wiedząc, że chcę być na wieczność z Bogiem, z całych sił serca, ciała, duszy – do tego dążę. Ale cokolwiek bym zrobił, potrzebuję dopełnienia ze strony Boga.

W XX w. kilku wybitnych teologów, m.in. Karl Rahner, Edward Schillebeckx, Henri de Lubac, wzięli odpusty na warsztat. Ten ostatni pisał, że „byłoby wielkim nieporozumieniem, przeciwnym jego intencjom, gdybyśmy cenili tę modlitwę wyłącznie ze względu na przywiązane do niej odpusty”, ale też „pogardzać odpustami dla samej tylko zasady znaczyłoby dać dowód pełnej pychy samowystarczalności i szkodzić naszej wierze”. Jak sobie radzić z odpustami współcześnie? Nie zajął się nimi Sobór Watykański II. Zajął się za to Paweł VI i w 1967 r. i niejako przywrócił do łask.

Odpusty są już którymś piętrem w rozwoju duchowym. Korzystam z odpustów jako ze środka, który jest mi dany, ale wartości którego – obawiam się – nie jestem w stanie wykorzystać. „Kto dziewięć piątków odprawi jak trzeba, ten będzie zbawiony i pójdzie do nieba”. Czy potrafię je odprawić jak trzeba? Dlatego dopełnienie swoich starań upatruję w Jezusie, który przecież stanowi źródło tej łaski zawartej w odpustach. Autorem mojego zbawienia jest Jezus, a nie żadna praktyka – nawet sakramenty.

 

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama