Mój koniec świata (2)

Przewodnik Katolicki 34/2011

Lutowiska były miejscem spotkania trzech religii, kultur i żywiołów narodowych. Śladami po nich są urokliwe greckokatolickie cerkiewki, polski kościół rzymskokatolicki oraz jeden z dwóch największych w Bieszczadach kirkutów.

 

Skwar lipcowej niedzieli sprawił, że główna droga wijąca się serpentyną przez całe Lutowiska zrobiła się w południe, na dłuższą chwilę, zupełnie pusta. Stojąc w najniżej chyba położonym miejscu tej wsi – pomiędzy Urzędem Gminy a szkołą – miałem wrażenie, że każdy mój okrzyk wzniesiony w tej topograficznej niecce odbiłby się echem od odległych skalnych scenografii. Idąc wzdłuż poszarzałej szosy, natrafiłem nagle na intrygujący drogowskaz z niebieską Gwiazdą Dawida: „Kirkut – 200 metrów”. I jak tu nie skręcić? Według informacji przewodnikowych cmentarz żydowski w Lutowiskach należy do największych zachowanych w Bieszczadach nekropolii wyznawców judaizmu. Większa liczebnie była tylko gmina mojżeszowa w Lesku, a i tam jedynie do dziś zachował się większy niż w Lutowiskach kirkut. Ten w Lutowiskach miał według badaczy ponad tysiąc pochówków, które upamiętniało pierwotnie tyleż samo macew. Do dziś na cmentarzu tym zachowało się 500 reliktów tych charakterystycznych wysmukłych steli z kamienia.

Żydowski majątek

Droga na cmentarz wiedzie za szkolnym boiskiem, następnie zaczyna piąć się stromo w górę. Idzie się właściwie ścieżką, pośród soczyście zielonej trawy i wonnych ziół, zmorzonych parującą jeszcze od poranka rosą. Sama nekropolia położona jest na dużej stromiźnie. Robi osobliwe i przejmujące wrażenie. Na kilkuhektarowym terenie, okolonym sielskim drewnianym płotem, panuje zupełna cisza. Wieś w dole zdaje się spać, uprażona słoneczną spiekotą. Cicho gwarzą jedynie z rzadka przelatujące ptaki. Denerwuje pobrzękiwanie natarczywych końskich much, których ugryzień się obawiam. Na cmentarzu jest znacznie bardziej duszno niż w dole wsi. Zżęta pewnie kilkanaście dni wcześniej, nadgniła trawa wydziela oszałamiający zapach. Chodzę niemal po omacku pośród wyszczerbionych kamiennych płyt z tajemnymi znakami hebrajskiego alfabetu, badając opuszkami palców szorstkość tych wiekowych mogił. Wokół pną się pędy dzikiego bzu i olszyny, przykrywające utrwaloną w macewach dawną świetność gminy żydowskiej w Lutowiskach. Niektóre z grobów zachowały charakterystyczne dla żydowskiej sztuki sepulkralnej motywy: lwy i jelenie – pojawiające się tylko na nagrobkach męskich, urodziwe ptaki, zdobiące mogiły Żydówek oraz – najbardziej kunsztowne – symbole roślinne. Najstarszy zachowany nagrobek nosi datę 5 kislew roku 5557, czyli 5 grudnia 1796 r., najmłodszy zaś – 20 adar I roku 5700, czyli 29 lutego 1940 r. Później Żydów tutejszych dotknęła hekatomba Holokaustu. Na cmentarzu nikogo już nie pochowano.

Ciekawe jest, że Lutowiska, które założone zostały w XVI w. jako wieś na prawie wołoskim przez Piotra Kmitę Sobieńskiego, hrabiego na Wiśniczu, ostatecznie, po wiekach, znalazły się w rękach Żydów. W 1896 r. hr. Stanisław Konarski sprzedał bowiem majątek Lutowiska Mendlowi Randowi. Dziadek tego kupca był jeszcze ubogim XIX-wiecznym komiwojażerem. Tymczasem Mendel stał się najbogatszym kupcem nad górnym Sanem, skupiając w swych włościach kilka wsi, w tym Lutowiska. Jego gospodarzenie nie spodobało się jednak miejscowej ludności. Zwolnił wielu parobków i pracowników, zlikwidował piękny ogród i zasypał stawy oraz wyciął stare drzewa. Ostatecznie Mendel Rand musiał ratować się ucieczką do Palestyny. Groziły mu bowiem dwie sprawy sądowe. Pierwsza za stosowanie fałszywych miar, a druga za obrazę duchowieństwa katolickiego. Mendel miał bowiem powiedzieć, że jego konie mają bogatsze nakrycia niż uniccy popi ornaty. Po ucieczce Mendla własność majątku Lutowiska przeszła na jego licznych spadkobierców, którzy utrzymali ją przez cały okres II Rzeczypospolitej, aż do II wojny światowej. Duża część tej wpływowej żydowskiej rodziny spoczywa na miejscowym kirkucie, z którego urzekający widok rozpościera się na całe Lutowiska.

Ubodzy, gorliwi ludzie

W tę samą niedzielę, wybrałem się – dzięki mojej gospodyni, Barbarze Trzasce, która jako jedna z kilku osób w Lutowiskach prowadzi pokoje gościnne – na I Bieszczadzkie Święto Jagody. Nie spodziewałem się, że ta lokalna impreza ściągnie do sąsiedniej wsi Dwernik tysiące uczestników. Najpierw była Msza św. w wypełnionym po brzegi drewnianym kościółku. Do Dwernika trafił on po przebudowie w latach 60. XX w. Wcześniej był cerkiewką greckokatolicką w Lutowiskach. Po Mszy św. uczestnicy Święta Jagody przemieścili się na rozległą polanę. Pośród skocznych śpiewów i muzyki ludowych kapel, zarówno z tych stron, jak i z Ukrainy, dynamicznie przebiegał festyn. Można było kupić lokalne wyroby wędliniarskie, podziwiać jazdę konną, potańczyć przy ludowej muzyce, a nade wszystko posmakować licznych specjałów przygotowanych na bazie jagód, zwanych tu też borówkami. Ludność tutejsza często utrzymuje się z ich zbierania i sprzedaży. Kilka lokalnych organizacji przygotowało więc ciasta jagodowe, koktajle, schab z jagodami, placki i inne smakołyki, którymi szybko umorusały się na buziach biegające wszędzie dzieci i które dostojnie smakowali członkowie komisji konkursowej, za kilka godzin mającej ogłosić zwycięzcę tej kulinarnej, jagodowej konkurencji. Zanim jury ogłosiło swój werdykt, dosiadłem się do jednego z uczestników tego konkursowego „trybunału” – dwernickiego proboszcza.

Kapłan z zaangażowaniem opowiedział mi o pokornym i pełnym wiary życiu swoich parafian. Dwernik, położony po lewej stronie Sanu, był po wojnie niemal zupełnie ogołocony z budynków. Sprowadzona tutaj ludność w ramach akcji przesiedleńczej pochodziła z różnych stron. – Byli to ludzie zróżnicowani, o słabszej i mocniejszej wierze – opowiada proboszcz z Dwernika. A zatem i akcja duszpasterska musiała być różnorodna. – Ludzie są tu bardziej powściągliwi, nie tak wylewni jak ludność po drugiej stronie Sanu – opowiada kapłan. – Ale mimo że często są ubodzy i żyją bardzo skromnie, bardzo dbają o swoją parafię. Mam w parafii jedynie 566 dusz, a w samym Dwerniku tylko 187 osób, ale ludzie ci gorliwie utrzymują aż trzy świątynie parafialne – dodaje z wdzięcznością ksiądz proboszcz.

Żeby zrozumieć tutejszych ludzi, trzeba tu być dłużej, ot choćby od 2004 r., bo wtedy mój rozmówca – który już od 23 lat jest kapłanem w archidiecezji przemyskiej – rozpoczął swoją posługę w Dwerniku, jednej z największych powierzchniowo, a jednocześnie najsłabiej zasiedlonych parafii. Także wierni przyglądają się uważnie swojemu duszpasterzowi i w wielu rozmowach ze mną bardzo go chwalą: że serdeczny, mający zrozumienie dla ludzkiej biedy i kłopotów, gorliwy i tak pięknie Mszę św. odprawia. A biedy i problemów na tych ziemiach nie brakuje. Do największych należy brak pracy i, niestety, alkohol. Pod koniec rozmowy, gdy proszę proboszcza o podanie nazwiska, pada odpowiedź: „Bieszczad, ksiądz Zenon Bieszczad. Nie może być inaczej, skoro jesteśmy w Bieszczadach, to i ksiądz Bieszczad musiał się tu znaleźć”. 

Na straży granicy

Gmina Lutowiska, podobnie, jak położona w jej obrębie dwernicka parafia, to największa terytorialnie spośród wszystkich 2479 polskich gmin. Jest jednocześnie najbardziej skrajnie na południowym wschodzie położoną polską gminą i najsłabiej zaludnioną. Aż trudno uwierzyć, że na obszarze prawie 50 tys. ha mieszka jedynie nieco ponad 2 tys. osób. Połowa linii granicznej gminy to granica państwowa Rzeczypospolitej Polskiej ze Słowacją i Ukrainą. Linia oddzielająca Lutowiska od Ukrainy jest jednocześnie odcinkiem wschodniej granicy Unii Europejskiej. Trudno nie wybrać się w takie miejsce, będąc w przygranicznej miejscowości.

Z pomocą przychodzi kapitan Straży Granicznej Piotr Mielcarek, zastępca komendanta Straży Granicznej w Czarnej Górnej, miejscowości sąsiadującej z Lutowiskami. Terenowym, wytrzymałym Land Roverem jedziemy w kierunku granicy. Piaszczyste drogi pomiędzy połoninami majaczącymi w oddali nadają tej eskapadzie posmaku swoistego safari. Dla kapitana to zapewne żadne novum, wszak w służbie tej pracuje już 20 lat i granicę na tym odcinku zna jak własną kieszeń.

Przeciskając się sprawnie samochodem terenowym po nierównej drodze, docieramy do znaku granicznego nr 352. Znajduje się on zaledwie kilka kilometrów od Lutowisk, w Żurawinie. Cisza, szum drzew, rozległe pofalowane wzgórza – widok przygraniczny koi i uspokaja. Gdzieś tam hen na wschód rozciąga się rozległa Ukraina, inny, nieznany świat. Przypominają o tym dwa słupki graniczne – pierwszy w biało-czerwonych, polskich barwach narodowych, drugi, dwadzieścia metrów dalej – ukraiński, więc niebiesko-żółty, z nieco złowrogim ukraińskim trójzębem na cokole. Pomiędzy nimi niski, biały podest – to oznaczenie właściwego przebiegu granicy, która rzeczywiście jest cienką linią. Turysta, by nie narazić się na zarzut nielegalnego przekroczenia granicy, nie powinien przekraczać 12-metrowej strefy przed tą linią. Placówka Straży Granicznej w Czarnej Górnej patroluje 15-kilometrowy odcinek granicy.

Jak opowiada kpt. Mielcarek, strażnicy graniczni muszą mieć oczy i uszy szeroko otwarte. Unijna granica jest bowiem miejscem, w którym ciągle podejmowane są próby nielegalnych przekroczeń. Nie od dziś wiadomo, że procederem takich przerzutów trudnią się zarówno po stronie ukraińskiej, jak i polskiej zorganizowane grupy. Angażują one przewodników, dobrze znających teren, którzy próbują przeprowadzać do Polski uchodźców z państw azjatyckich i wschodnioeuropejskich. Polska Straż Graniczna dobrze sobie radzi z takimi problemami. Kpt. Mielcarek opowiada o dramatach ludzi, którzy dużo ryzykują, wybierając się w taką desperacką i nielegalną podróż. Wspomina na przykład rodzinę afgańską z pięciorgiem małych dzieci, którzy, całkowicie odwodnieni, wegetowali w rejonie przygranicznym przez kilkanaście godzin. Matka dzieci miała 25 lat, a najstarsze dziecko już 9. Straż Graniczna w takich przypadkach nie tylko chroni granicę, ale też często ratuje życie takim nielegalnym uchodźcom, którzy mogliby zginąć z wychłodzenia, odwodnienia, albo ataku dzikiego zwierzęcia. A niedźwiedzi i wilków w tych rejonach nie brakuje.

Praktyczna ochrona granicy odbywa się na różne sposoby. Strażnicy dysponują specjalistycznym sprzętem nokto- i termowizyjnym, patrolują teren w umundurowaniu i bez, w samochodzie, na rowerach, konno i pieszo. W strefie przygranicznej można natrafić na poczciwie wyglądającego turystę z plecakiem, który pogwarzy z nami miło na szlaku, by zorientować się jakim językiem mówimy, czy zachowujemy się swobodnie, czy też budzimy jakieś wątpliwości. Niekiedy nie zorientujemy się nawet, że ów turysta we flanelowej koszuli i dżinsach jest funkcjonariuszem. Strażnicy graniczni cieszą się wśród ludności dużym poważaniem, a o tym, że są oddani swojej pracy, świadczy choćby postawa kpt. Piotra Mielcarka, który poświęca mi tak dużo czasu, prowadząc w miejsce na polsko-ukraińskiej granicy, które na długo zapamiętam.

*

Lutowiska pożegnały mnie ciszą rześkiego, bieszczadzkiego świtu. Gdy o siódmej rano piąłem się stromym chodnikiem w kierunku przystanku autobusowego, mlecznobiała attyka mgieł zasłaniała stalowo lśniące dachy Beskidów Wschodnich. Z perspektywy okna czystego, zadbanego autobusu, żegnałem się z pięknymi przełęczami, zagubionymi w wąwozach domami, nieruchomym pejzażem tej najbardziej na południowy wschód wysuniętej polskiej gminy, której urok, życzliwość mieszkańców i świeżość powietrza zapewne będę często, z rozrzewnieniem, wspominać.       
 

«« | « | 1 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama