Odkryjmy dla siebie naprotechnologię

Przewodnik Katolicki 35/2011

Jeśli ktoś jeszcze nie słyszał o naprotechnologii, to czas najwyższy, aby nadrobił zaległości. Warto bowiem wiedzieć o niej jak najwięcej. Dlaczego? Bo to po prostu dobra, naturalna metoda rozpoznawania płodności dbająca o zdrowie kobiety.

 

NaProTECHNOLOGY (Natural Procreative Technology), czyli Technologia Naturalnej Prokreacji, to pełna nazwa tej stosunkowo młodej gałęzi medycyny. Jej twórcą jest prof. Thomas Hilgers z Omaha w stanie Nebraska w USA. Będąc studentem ostatnich lat medycyny, zafascynował się przesłaniem z encykliki Humanae vitae (O zasadach moralnych w dziedzinie przekazywania życia ludzkiego) papieża Pawła VI, co zainspirowało go do poszukiwań etycznej alternatywy dla współczesnej medycyny zajmującej się ludzką płodnością. I tak od 30 lat rozwija on naprotechnologię uważaną za katolicką odpowiedź na obecne od wielu lat tendencje „nowoczesnej” ginekologii związane z medycyną reprodukcyjną i technikami wspomaganego rozrodu.

Wokół kobiecego cyklu

Prof. Hilgers przez lata swoich poszukiwań i badań naukowych wypracował pewien schemat postępowania diagnostycznego i leczniczego. − Wspomaga on naturalną płodność kobiety, leczy przyczyny niepłodności i doprowadza do poczęcia w sposób naturalny, bez żadnych ingerencji – podkreśla Ewa Jurczyk, instruktorka modelu Creightona z Mysłowic. To właśnie tzw. model Creightona, który polega na obserwacji różnych biologicznych markerów, czyli oznak płodności jest podstawą w naprotechnologii. − Takim głównym markerem jest obserwowany przez kobietę śluz szyjkowy. Wszystkie swoje obserwacje nanosi ona na specjalną kartę, która pozwala później na monitorowanie jej okresów płodnych i niepłodnych w cyklu, jak też ginekologicznego stanu zdrowia. Dzięki temu możliwa jest również w naprotechnologii diagnostyka oraz kontrolowanie przebiegu i efektów leczenia – tłumaczy Agnieszka Juszczyk, instruktorka z Tarnowa, dodając, że w naprotechnologii nie ma mowy o żadnej dowolności w leczeniu. − Wszystko tutaj dzieje się w zależności od tego, jak przebiega cykl u danej kobiety. Wykorzystane są przy tym także najnowocześniejsze osiągnięcia chirurgii – przekonuje.

Pierwsza twarz naprotechnologii

Naprotechnologia dotarła do Polski w grudniu 2008 r., kiedy to w Lublinie rozpoczął się pierwszy kurs dla instruktorów. Uczestniczyło w nim ok. 20 osób z całego kraju. Kolejne osoby wyjeżdżały na szkolenia organizowane przez Amerykanów także do Irlandii i Wielkiej Brytanii. Obecnie w Polsce działa ok. 50 instruktorów i ciągle szkolą się kolejni. Najpierw pracują oni pod okiem doświadczonych opiekunów i dopiero po zdaniu egzaminów samodzielnie prowadzą pary małżeńskie mające kłopoty z poczęciem dziecka lub pragnące nauczyć się dobrej, naturalnej metody rozpoznawania płodności. − Instruktorzy są pierwszą „twarzą” naprotechnologii, pierwszym kontaktem pary próbującej dowiedzieć się czegokolwiek o tej metodzie i o modelu Creightona – zaznacza Edyta Bałazińska z Poznania, zaangażowana w tworzenie fundacji skupiającej instruktorów.

Rola instruktorów w naprotechnologii jest niezwykle ważna, stąd więc, jak podkreśla Bałazińska, potrzeba wsparcia ich pracy przez fundację, która obecnie jest na etapie rejestracji. – Chcemy im pomóc między innymi przez dystrybucję kart służących do obserwacji wydawanych w języku polskim oraz wszelkich innych materiałów potrzebnych do pracy z parami. W tej chwili są one sprowadzane z USA lub z Irlandii, co zwiększa ich koszty – wyjaśnia, dodając, że statutowym celem fundacji jest wspieranie wszelkich idei i działań promujących życie ludzkie od jego poczęcia do naturalnej śmierci.

Zaraz po mężu

Jak podkreśla inna z instruktorek, Mirosława Szymaniak z podpoznańskiego Puszczykowa, rola instruktora nie ogranicza się jednak do uczenia samej metody obserwacji. – Towarzyszymy w pewien sposób małżonkom w ich drodze zmierzającej do uzyskania potomstwa. A to, co najbardziej mnie cieszy w tej pracy, to fakt, że po mężu zwykle jestem pierwszą osobą, która dowiaduje się o poczęciu dziecka – dodaje z uśmiechem.

A jakie kroki powinno podjąć małżeństwo, które zainteresowane jest naprotechnologią? Należy zacząć od cyklu spotkań z wybranym przez siebie instruktorem (ich wykaz można znaleźć na stronach internetowych poświęconych naprotechnologii). Niestety, jak na razie niektórych małżonków czeka duża odległość do pokonania, bowiem najwięcej instruktorów pracuje w Małopolsce i na Śląsku. Silnym ośrodkiem naprotechnologii jest również Lublin i Warszawa. − Pierwsze spotkanie to tak zwana sesja wprowadzająca. Następnie małżonkowie decydujący się na przystąpienie do programu otrzymują materiały do nauki. Podejmują równocześnie zobowiązanie do odbycia serii spotkań, bowiem bardzo ważne jest, aby dobrze nauczyli się obserwacji cyklu kobiety – wyjaśnia pani Mirka, dodając, że niektóre ze spotkań mogą się odbywać również za pośrednictwem internetu. W tym czasie oboje małżonkowie uczą się rozpoznawać swoją płodność. − Od par często słyszę, że spotkania z instruktorem są dla nich „odbarczające”. Skupiając się na obserwacji i widząc dla siebie nową nadzieję, zapominają o problemie, jaki mają z poczęciem dziecka, i szczególnie kobieta rzeczywiście odpręża się psychiczne – przekonuje instruktorka.

Po około trzech cyklach para rozpoczyna spotkania z lekarzem konsultantem medycznym NaProTECHNOLOGY, który na podstawie karty obserwacji oraz przeprowadzonych badań decyduje o dalszej diagnostyce i w razie potrzeby proponuje konkretne leczenie. Osobą prowadzącą małżonków wciąż jednak pozostaje instruktor.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • Marcin
    05.09.2011 12:04
    Ta cała naprotechnologia wcale nie jest "złotym środkiem" na bezpłodność! :-( Oboje z żoną przeszliśmy już wszystkie etapy "leczenia" (zaczynaliśmy, gdy jeszcze mało kto w Polsce o niej słyszał) i dalej nie jest w stanie nam nikt powiedzieć co jest przyczyną naszego braku potomstwa! Nie mówi się też jasno, iż jest to naprawdę kosztowna metoda sama wizyta u lekarza 250 zł u instruktorki 100zł i do tego bardzo kosztowne badania oraz leki! Nie mówię, ze założenia jej są złe, bo na pewno starają się zdiagnozować przyczynę, ale nie dają zawsze odpowiedzi! Chciałbym, żeby skoro uważają to metodę za tak uczciwą wszystko jasno i bez mydlenia oczu było powiedziane! I nie jestem tutaj wyjątkiem! Również znajoma para małżeńska dalej nie ma stwierdzonej przyczyny, choć także przeszli prawie wszystko co owa metoda zaleca! :-( Skoro stawiamy sprawę jasno to trzeba też powiedzieć wszystkie minusy owej metody!
  • Kasia
    06.09.2011 22:52
    Znam osobiście trzy małżeństwa które dzięki naprotechnologii mają dzieci. Czyli sukcesy są. Nie oznacza to oczywiście, że jest to metoda która sprawdzi się w przypadku każdej pary, ale przynajmniej kiedy nie może pomóc mówi: pomyślcie o adopcji a nie in vitro. Jakieś pieniądze rozumiałe że trzeba wydać na leczenie przy pomocy napro. Ale przecież nic nie ma za darmo. A co to za koszty 250, 100 zł w porównaniu z grubymi tysiącami za próbę in vitro. O moralnych różnicach już nie wspominając.
  • Aliria
    07.09.2011 23:51
    Komu się, że tak powiem kolokwialnie "chlapnie" ten będzie CHWALIŁ. Tak jest z lekarzami każdej specjalności.Ktoś wylicza pary,które dzięki napro mają dzieci a ja mogę wyliczać takie (nie wyłączając siebie) , które nie mają mimo usilnych poszukiwań metodą napro i wciąż nie znają przyczyny.
    Lekarz po ostatnim punkcie diagnostyki czyli laparoskopi rozkłada ręce i jasno przyznaje, że więcej się spodziewał po wyniku operacji a tu nadal nie wiadomo o o co chodzi i frasobliwym tonem stwierdza, że nie potrafi powiedzieć czy my te dzieci będziemy mieć czy nie.Ja muszę więc ze smutkirm przyznać, że CZAR PRYSŁ i cudowność metody nie zdała egzaminu.
    A co do badań i kosztów to nie chce mi się wyliczać wszystkich, które się ponosi robiąc badania, testy z krwi od 500-700zł na alergie pokarmowe, zastosowanie się do diety, w której się okazuje , że niewiele co możesz jeść i trzeba się zaopatrywać w specjalne produkty dużo droższe niż normalne. i przypisywane np. leki sprowadzane z Irlandii, bo nie sa dostępne w Polsce. Czy to jest finansowa alternatywa dla in vitro ja pytam?przy założeniu, że leczenie potrwa dłużej?
  • Anita33
    16.03.2012 18:12
    Po 2 letnim leczeniu metodą naprotechnologii, mogę stwierdzić, że jest to dobra metoda jeśli chodzi o diagnostykę. Ale myślę, że to kwestia podejścia lekarza, nie musi być naprotechnologiem, żeby starać się znaleźć przyczynę. Bardzo często pod presją czasu i oczekiwań pacjentów lekarze skracają tą drogę, który lekarz ponad 2 lata leczy i nie kieruje na inseminację, czy też in vitro? Często lekarzom brakuje cierpliwości w szukaniu problemu. Ale do rzeczy, zostałam zdiagnozowana i niestety nic z tego nie wynika, brak przyczyny, brak ciąży... Zdarza się... Nie mam żalu do metody, do lekarza prowadzącego, starał się, w sumie in vitro to też 50% szans, jednym się udaje innym nie. Co do kwestii finansowych, przez ten czas kosztowało sporo myślę, że można spokojnie porównać do 1-2 prób in vitro.
    Trochę nie podoba mi się przypisywanie tej metodzie pewnego rodzaju ideologii, może nawet podpierania się wiarą? - nie wiem jak to właściwie ująć - lekarze i instruktorzy, tak samo jak inni zarabiają na tym pieniądze, nie są to organizacje non-profit. Czy spróbowałabym jeszcze raz naprotechnologi, nie mając tych dwóch lat za sobą, pewnie tak... nie zaprzeczam, że wpływ na decyzję, ma również to, że jest to metoda zgodna z nauką Kościoła.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama