Prorocy i sekciarze

Tygodnik Powszechny 35/2011

W początkach chrześcijaństwa dopuszczało się do głosu wszystkich, bo pominięcie kogoś mogło oznaczać pominięcie głosu Ducha Świętego.

 

Tomasz Ponikło: Chrześcijanie szybko stanęli wobec wewnętrznych problemów, skoro już w Liście do Koryntian mamy wykaz trudności z fundamentami wiary...

Ks. Grzegorz Strzelczyk: Na ile apostołowie rozumieli Jezusa za czasów Jego nauczania? Spójrzmy na synów Zebedeusza, którzy chcieli się ustawić jako przyboczni Chrystusa, albo na sprzeczkę apostołów o to, kto z nich jest największy. Już pierwsi uczniowie mieli problemy z rozumieniem Jezusa. Możemy się tylko domyślać, jakie były między nimi napięcia. W Nowym Testamencie zostały tylko ślady, np. zdanie Pawła, że musiał się przeciwstawić Piotrowi, który zaczął udawać przed Żydami, że przejmuje się Prawem.

Widać, że niektórzy apostołowie zakładali polityczną wizję mesjanizmu, której Jezus wcale nie przyniósł. Jezus przerastał judaizm, co dla uczniów oznaczało rewolucję wobec tradycji, w której wyrośli. Rodziło się pytanie: czy przestrzeganie prawa zbawia? O tym są listy św. Pawła. Kościół doświadcza, że zbawia Jezus, co oznacza całkowity przewrót teologiczny.

Pierwszy spór wewnętrzny, który mamy dobrze udokumentowany, dotyczy postępowania wobec nawracających się Greków. Pierwotnie chrześcijanie do rozwiązywania takich problemów mieli wyłącznie Ducha Świętego, pamięć i zdrowy rozsądek. Musiało dochodzić do tarć, musiały iść iskry – choćby na tzw. soborze jerozolimskim. Dzieje Apostolskie opisują jego przebieg jako łagodny, ale z późniejszych przykładów wiemy, że wczesnochrześcijańskie spory były nad wyraz żywe.

Czy te spory – jeżeli nie mieli jeszcze punktu odniesienia, jakim jest Nowy Testament, a tak gorąco dyskutowali – wpłynęły na kształt Ewangelii?

W pewnych elementach taki wpływ widać, np. powracająca w słowach Jezusa polemika z judaizmem. Jan na konflikcie Jezusa z Żydami buduje napięcie, które narasta aż do śmierci Chrystusa. Widać też w listach Jana pierwsze polemiki z gnozą.

Trzeba pamiętać, że wczesna dyskusja toczy się jeszcze w łonie judaizmu. Świat helleński w I w. właściwie chrześcijaństwa nie zauważa, traktuje je jako sektę żydowską: Klaudiusz wygna Żydów z Rzymu, bo spierali się z powodu jakiegoś Chrestosa... Później chrześcijaństwo zacznie być lepiej rozpoznawane, co doprowadzi do dalszych konfrontacji: z filozofią grecką i jej różnorakimi nurtami, z kulturą helleńską, także w ówczesnej wersji „pop”, z mitologią...

Ludzie oderwali się od swojej tradycji, w nowych wspólnotach toczyli spory o podstawy wiary, w których często zapewne mało kto wiedział, po czyjej stronie się opowiedzieć, do tego doszły problemy zewnętrzne: spory z Żydami, kulturą grecką, potem jeszcze prześladowania... Jak ta religia przetrwała?

Pomijając czynnik nadprzyrodzony, możemy zauważyć, że chrześcijaństwo wnosi Dobrą Nowinę, która ostatecznie jest nauką o zbawieniu. Głosi odpuszczenie grzechów w Chrystusie: Bóg ci przebacza i daje dostęp do życia wiecznego, co pokazał przez zmartwychwstanie Jezusa. Jeśli oddasz mu siebie, masz szansę na uczestniczenie w tym nowym życiu, czyli na zbawienie. A chrzest jest tego rytualnym początkiem – włącza w śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa. Opisuje to Paweł (Rz 6), czyli w połowie I w. ta teologia była już dobrze sformułowana.

Poza tym chrześcijaństwo mówi, że świat jest dobry, co w kontekście poglądów dualistycznych było obroną świata materialnego. Chrześcijaństwo powiedziało ludziom, że ich codzienność, praca, rodzenie dzieci, ma znaczenie, ale głównie w perspektywie ostatecznej. To podziałało i na osoby pochłonięte codziennością, i na tych, którzy już nie chcieli żyć w tym świecie, doświadczając trudu i ucisku – wszyscy otrzymywali pozytywną perspektywę zbawienia.

Paradoksalnie jednak te same czynniki, które ułatwiały przyjęcie się chrześcijaństwa, były utrudnieniem w jego głoszeniu. Widać to, kiedy na areopagu Paweł usiłuje być filozofem. I zostaje wyśmiany w momencie, kiedy mówi o zmartwychwstaniu ciała. Słuchali go zapewne platonicy, dla których powrót do ciała po wyzwoleniu duszy w śmierci był absurdem.

Skoro głoszenie Ewangelii było tak trudne, kim wśród pierwszych chrześcijan był prorok?

We wczesnym chrześcijaństwie istniały prawdopodobnie dwie praktyki prorockie. Jedna, stricte charyzmatyczna, wiązała się z nauczaniem pod bezpośrednim natchnieniem Ducha Świętego. Nauczanie mogło dotyczyć czegokolwiek: funkcjonowania wspólnoty lub wyjaśnienia tekstu biblijnego. Druga praktyka to wędrowni prorocy-nauczyciele: chodzili od jednej wspólnoty do drugiej, spełniając funkcję wędrownych kaznodziejów, nauczając niejako niezależnie od przełożonych wspólnot. Ale już Nowy Testament zauważa, że ta praktyka niesie nadużycia, bo niektórzy po prostu objadają wspólnoty, więc trzeba to poddać regulacji. Instytucja ta zaniknie już w II w.

Inaczej będzie z proroctwem charyzmatycznym, choć i ono w III-IV w. znajdzie się w zaniku w głównym nurcie chrześcijaństwa. Niektórzy Ojcowie Kościoła mówili w IV i V wieku o końcu charyzmatów – myląc się przy tym kapitalnie. Rzeczywistość charyzmatyczna po prostu „przeniosła się” do życia zakonnego i pustelniczego. I Kościół nie stracił jej z oczu: choćby Tomasz z Akwinu w XIII w. w „Summie” omawia charyzmat proroctwa.

To dość niebezpieczny dar, bo jak rozpoznać prawdziwe natchnienie?

Już od Nowego Testamentu podstawą jest rozeznanie. Wspólnota nie powinna się podporządkować na ślepo prorokowi. Duch Święty nawet proroków poddaje odpowiedzialności pasterzy. Także w pierwotnej strukturze większą wagę niż prorocy mieli stabilni pasterze. Proroctwo na zgromadzeniu jest dopuszczone o tyle, o ile jest budujące, czyli najpierw podlega rozeznaniu. Duch Święty nie jest dany „prywatnie” jednej osobie, jest dany Kościołowi. Pierwotne gminy wobec nowych intuicji i natchnień zbierały się, modliły, dyskutowały. Potem, jeśli trzeba było, podejmowały wspólnotowo decyzję. Tradycja demokracji w chrześcijaństwie jest głęboko zakorzeniona, od początku decyzje podejmowano większością głosów. Tak też było z istotnymi rozstrzygnięciami dogmatycznymi.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • maly_kwiatek
    01.09.2011 14:26
    Wreszcie ktoś mądrze napisał o prorokowaniu i o tym, co często u proroków widać, zupełnie nie prorockiego, o tym co widać u tych, którzy kierując Kościołem, usiłują zamienić Kościół w swoje prywatne rancho, w którym Bogu jest wstęp wzbroniony.

    Nie ma w tych słowach ani grama nienawiści, jest za to światło, w którym jasno widać twardą i konkretną rzeczywistość Kościoła i katolików. Wszystkim nam brakuje pokory. Wszystkim brakuje, u biskupów ten brak najbardziej widać i najbardziej jest on brzemienny w skutki. Tu znowu dałbym za wzór Papieża Benedykta XVI, który wielokrotnie pokazał ludziom, ze niezależnie od swej mądrości, ma wielka pokorę wobec Boga.

    Ksiądz przypomina, że największym grzechem jest ignorowanie Boga, udawanie, że Go nie ma.

    Ludzie, którzy tak robią, mają skłonność do traktowania Kościoła jako prywatnego widzi mi się pań z Kurii, czasem ks. biskupa, a to właśnie jest grzech przeciw Duchowi Świętemu.

    Bóg zapłać księdzu za te inspiracje do myślenia i do modlitwy.Niech księdza Bóg prowadzi i daje księdzu Boskie Światło Ducha Świętego.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama