(Nie)spodziewany koniec lata

Tygodnik Powszechny 36/2011

Wspomnienia trzeba ze sobą zabrać, one skłaniają człowieka do wdzięczności za to, co już się stało. Pozwalają też mieć nadzieję, gdy się wydaje, że wszystko stracone.

 

A było tak fajnie. Dnie długie, słoneczne, noce krótkie i białe. Słodkie nicnierobienie. Chciało się być i żyć! Ale tam aż tak dobrze nie było. Lato mieliśmy przecież deszczowe, bywało chłodno, a nawet zimno, zwłaszcza nad morzem. Z Afryką również nie wyszło – rozruchy. Było tak i siak, jedni marzli, innych zalewał pot. Za to dawniej to były wakacje! Co prawda skromniejsze, ale o tyleż lepsze. Nawet na czarno-białych zdjęciach wypadają lepiej od obecnych, niby kolorowych...

Słuchając takich wakacyjnych wspomnień czy wynurzeń, warto przypomnieć taki oto szmonces. Syn, zdrowe chłopisko, namówił niemłodego już ojca na wyprawę w góry. Powiedzmy, na Kozi Wierch. Młody rwie do przodu, a starszy pan ledwie powłóczy nogami, ale jakoś tam na szczyt dotarli. Młody, zachwycony panoramą, rzecze: „Tato, popatrz, jak tam na dole pięknie!”. Na co ojciec: „Icek, skoro tam tak pięknie, to po jakie licho my tu wleźli?”.

Rzeczywiście, skoro to, co za nami, jest piękniejsze od tego, co dzisiaj, to mamy problem. Na dodatek nie koniec na tym, przed nami jeszcze trochę drogi, trochę krajobrazów, no i wciąż niemożliwy do przekroczenia horyzont. Dzieje się tak, jakbyśmy mieli wciąż pod górkę albo wciąż w głąb, w zależności od tego, z której strony na to nasze bytowanie-wędrowanie popatrzymy. Wróćmy zatem na Kozi Wierch. Najpierw, oczywiście jeśli idzie się z Gąsienicowej, czy Pięciu Stawów lub od Zawratu, trzeba jakoś przekroczyć prawie zawsze wietrzną i mokrą Kozią Przełęcz. Dla nowicjuszy zadanie raczej trudne.

Następnie w górę, na szczyt, powoli, uważnie, zlizując słony pot z warg i uważając, by nie zasolić oczu. Wreszcie szczyt. Wyrównać oddech, łyk wody, dwa-trzy kęsy czekolady, no i trzeba iść dalej, czyli wracać znowu w doliny. Nie sposób zamieszkać na szczycie. Choć czasami chciałoby się tam pozostać, jak chciało się onegdaj, „w owym czasie”, apostołom na górze Tabor. Nic z tego, niemożliwe jest niemożliwe nie dlatego, że zabronione, ale dlatego, że niepotrzebne. Niepotrzebne, gdyż najważniejsze wciąż przed nami. Stojąc na szczycie tej góry, na której stoimy, i wiedząc, że jest ona górą najwyższą, wiemy, że wyżej już pójść nie można. Ziemię mamy pod nogami, nad sobą otwartość Wszechświata. Cóż więc człowiekowi pozostaje innego, jak tylko ruszyć tam, w niebo, aż poza ten ostatni, jeśli takowy istnieje, horyzont, w tę, jeśli – znowu – istnieje, pustkę, o której astronomowie mówią, że jest próżnią, ale niestabilną. Niestabilna próżnia? Sprzeczność sama w sobie, a jednak nie tylko nie zwodzi to ludzkiego rozumu, przeciwnie, otwiera nowe, dotychczas nieznane możliwości.

Podobne przeżycia pewnie towarzyszą tym, którzy lubią podwodne wyprawy i zwiedzanie raf koralowych. Zanurzając się w wodę, rozpoczynają wędrówkę w głąb oceanu, ale też w głąb ciała ziemi, w materię. Końcem tej wędrówki mogłoby by być jądro Ziemi, gdyby udało się do niego wniknąć, ale nie tylko. Przecież podobną wyprawę podejmują ci, którzy wdzierają się w głąb atomu. Jednym słowem, w którą stronę się nie obrócimy, w którąkolwiek się udamy, ile horyzontów byśmy nie przekroczyli, wciąż pozostaje jeszcze coś, co jawi się jako większe od wszystkiego, co jest i co było. Ta względność wszystkiego może przerażać, choć nie powinna, jako że nie rodzi jej lekceważenie ani stworzenia, ani tym bardziej Stwórcy. Przeciwnie: ta względność, nieuchwytność jest przejawem bogactwa rzeczywistości. Przecież znakiem firmowym Stwórcy i stworzenia, ich wzajemnego odniesienia, czyli przymierza, jest tęcza.

Kiedy, jako ostatni z wczasowiczów, bo październikowi, będziemy wracać do domu, popatrzmy z okien pociągu czy auta na pola, jak się wiosennie zielenią. Wschodzi ozima pszenica i żyto, rozkrzewia się rzepak. Nie ma co czekać pół roku na kwiecień, wiosna już przyszła i ma się dobrze. Jeśli na coś ta wiosna czeka, to na zimę, na mrozy, bez zimowego uśpienia zboża nie wydadzą plonów.

Śmiercionośny, uciążliwy dla wielu stworzeń mróz jest opiekunem ozimin: nie tylko nie szkodzi im, ale sprzyja, pozwala wydać ziarno, a więc zarówno nakarmić oczekujących na chleb, jak też dać życie następnemu pokoleniu zbóż wszelakich. Poza zbożem, o przyjściu wiosny jesienią upewniają nas rozkwitające zimowity, tak łudząco przypominające krokusy. Przemyślna to roślina. Wiosną wydaje pokaźne, kilkucentymetrowej szerokości liście, a jesienią kwiaty lilaróż, różowe lub rzadziej białe. Nasiona tej rośliny rozwijają się pod ziemią i wychodzą na światło dzienne wiosną razem z liśćmi. Przedziwny sposób życia zimowitów, jakby przez całe życie bawiły się z porami roku w chowanego, podpowiada, zwłaszcza tym, którzy ciężko znoszą jesienno-zimowe ciemności, skuteczny sposób radzenia sobie z tą dolegliwością.

O skuteczności takiego sposobu na przeżycie opowiada również legenda o jaskółkach. Otóż, o ile inne ptaki, powiedzmy żurawie, gęsi i bociany, głośnym klęgorem, gęganiem i klekotaniem mówią pozostającym „do widzenia”, o tyle jaskółki znikają niepostrzeżenie, jakby zapadały się pod ziemię. Tymczasem nie pod ziemią one znikają, ale pod wodą. Wfruwają do jezior, osiadają na dnie i tam czekają przyjścia na powrót słońca. Nie uciekają do ciepłych krajów, a jedynie zmieniają sposób życia.

Zgasło ognisko i szumią knieje – może przynajmniej jedną zwrotkę harcerskiej piosenki potrafimy jeszcze zaśpiewać. Spojrzyj ostatni raz na dogasający ogień, na żarzące się w popiele węgle, radzi autor Jerzy Braun, ale najcenniejsze, co wyniesiesz z wakacyjnego obozu, nie należy do wspomnień. Wspomnienia trzeba jednak ze sobą zabrać, one skłaniają człowieka do wdzięczności za to, co już się stało. Pozwalają też mieć nadzieję wtedy, gdy się wydaje, że wszystko stracone, że pogasły już wszystkie ogniska i gwiazdy, wszystko obróciło się w popiół i nic nie jest w stanie przynieść ulgi, a tym bardziej ratunku.

Wtedy dobre wspomnienia zdają się mówić: jeśli coś już raz zaistniało, to może zaistnieć znowu, gdyż istniejące, choćby przeminęło, ma większe szanse na dalsze istnienie od nieistniejącego. Zabierając ze sobą przeszłość w dalszą życiową wędrówkę, ocalamy tym samym minione. Pod jednym wszak warunkiem. Chodzi o przyjaźń, mówi Braun, ona powinna rozweselić twoją duszę, gdyż jedynie życzliwe nastawienie do rzeczywistości pozwala na to, by ludzie i świat w nas się rozgościli. Dalej mówi piosenka, że przyjaźń jest darem od samego Boga. A to znaczy, że od Kogoś, kto pewne czyni niepewnym, a niepewne najtrwalszym, i nie ma w tym niczego bezbożnego. Przeciwnie, nie bez powodu przecież w te wakacje w Wiedniu nagrodzono ks. Tomasza Halika, człowieka, który ma odwagę twierdzić, że „co nie jest chwiejne, jest nietrwałe”.

Idzie jesień, długie wieczory, późne poranki, krótkie dni, czas więc na wędrówkę w te rejony świata, które nas zasmucają, pozbawiają odwagi, pewności, dobrego samopoczucia i czystego sumienia. Czasami aż przerażają. A nuż okaże się, że znowu usłyszymy nie tylko szum drzew, ale w głębinach tych ciemnych wód odnajdziemy coś więcej niż tylko jaskółki.
 

«« | « | 1 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama