Lubię to!

Tygodnik Powszechny 42/2011

Sprowadzanie Kościoła do kurnika oraz wrzeszczących i niespełnionych życiowo duchownych jest krzywdzące. Obcy jest mi taki obraz, bo Kościół w Polsce to mój dom, miejsce, w którym czuję się kochana i rozumiana

 

Wylanie pomyj na kogoś lub coś zawsze robi wrażenie i powoduje reakcję. Tylko jaką? Nic poza agresją do głowy mi nie przychodzi. W tekście „Lubię to?” („TP” nr 40/11) ks. Artur Stopka próbuje zmierzyć się z pytaniem: „czy w Polsce rozpocznie się nowa ewangelizacja, czy będzie trwać mała stabilizacja?”. Jednak zamiast konstruktywnej refleksji, serwuje kipiący od krzywdzących porównań profil Kościoła w Polsce. Szkoda, że nie znalazł miejsca na kilka wersów o tym, co dobre.

Uśmiech

Źle się czułam, czytając ten artykuł, zwłaszcza gdy autor, posługując się wyznaniem ks. Wojciecha Drozdowicza z ankiety „Raport o Kościele”, przyrównał Kościół do kurnika, a księży do hodowców drobiu. „Główną troską hodowcy drobiu jest dbałość o to, żeby kury nie uciekły z kurnika”. Cytowany kapłan „marzy o powrocie do duszpasterzowania”, do owczarni. Ks. Stopka dodaje: „pasterzowanie, do którego tęskni ks. Drozdowicz, polega nie na wpychaniu wszystkich w jeden szablon, z brutalnym obcinaniem wszelkich wystających z niego przejawów kreatywności, ale na umiejętnym prowadzeniu stada, złożonego w dużej części z owiec krnąbrnych (...)”.

Pominę „krnąbrne owce”, bo w moim odczuciu epitet zdradza stosunek piszącego do świeckich, ale nie popuszczę generalizowania o „obcinaniu wszelkich przejawów kreatywności”. Gdyby tak było, w mojej prawie 10-tysięcznej parafii archikatedralnej Chrystusa Króla nie widziałabym uśmiechniętych twarzy dzieci z rodzin dysfunkcyjnych i ubogich, które co sobotę biegną do parafialnej salki, bo czeka tam na nie ciepło i miłość ks. Michała. Nie byłoby wolontariuszy, którzy pomagają tym dzieciom zmierzyć się z „matmą, polakiem” i dylematami życia szkolnego. Nie byłoby energii na zgaszonych samotnością twarzach emerytek, które ks. Michał zaangażował w pomoc i wyjazdy z dziećmi. Nie byłoby Mszy w lesie, tańców przy góralskiej kapeli, zjeżdżania na oponach po śniegu, a potem zakochania się wszystkich uczestników w Bogu. Nie byłoby pękającej w szwach salki na katechezach dla dorosłych, gorących dyskusji, wyprostowanych poranionych życiorysów.

Ma ks. Stopka rację, że pasterz w przypowieści o owcach „miał na twarzy uśmiech, a nie wyraz ponury, zły i pełen niezadowolenia”. Księża Jerzy, Tomasz, Marek, Stanisław, Michał i inni, którzy mnie prowadzili i prowadzą, zarażają tym Jezusowym uśmiechem. Więcej – rzucą wszystko, jeśli trzeba oddać czas innym. Ale gdybym nie widziała czasem na ich twarzach zmarszczonych z poirytowania brwi, przestaliby być wiarygodni.

Faktem jest, że u części Polaków (ks. Stopka upiera się, że u dużej części, choć refleksje snuje na podstawie „odczuć, a nie badań”) Kościół budzi złe skojarzenia. Ale czy postrzegają go aż „jako opresywną instytucję”, która „usiłuje zakazami i nakazami im ustawić szczegóły życia łącznie z meblowaniem sypialni”? Czy Kościół rzeczywiście ma „skwaszone oblicze niespełnionego życiowo duchownego, który własne niepowodzenia wetuje sobie wrzeszcząc na parafian”? Ilekroć jestem w domu parafialnym, widzę na trzech piętrach pełne sale. Czy wszystkich tych ludzi proboszcz „zagonił (...) do stada kijem i wrzaskiem”? Czy przyszli oglądać jego „skwaszone oblicze”? Żeby jechać na rekolekcje z moim proboszczem, i posłuchać także o „sypialni”, małżonkowie ustawiają się w kolejce na dwa lata przed terminem wyjazdu! Tak też jest w Kościele.

Iskra

„Kościół w Polsce nie wie, jak nową ewangelizację ugryźć” – pisze ks. Stopka. Kłopot w tym, że Kościół powszechny, na czele ze Stolicą Apostolską, nie wie, jak to „ugryźć”. Dlatego Benedykt XVI powołał niedawno Radę ds. Nowej Ewangelizacji.

Autor twierdzi, że „mnożą się pokusy powierzchownego rozumienia pojęcia nowej ewangelizacji”, i łatwiej dowiedzieć się od specjalistów, czym ona nie jest, niż czym jest. Nie wiem, z jakimi specjalistami rozmawia ks. Stopka. Mnie udało się wymienić ostatnio myśli z br. Aloisem, przeorem Wspólnoty z Taizé, abp. Lorisem Capovillą, byłym sekretarzem Jana XXIII, i abp. Jo?o Bráz de Aviz, przewodniczącym jednej z watykańskich dykasterii, oraz kard. Christophem Schönbornem. Wszyscy kwestie nowej ewangelizacji rozumieli tak samo i łączyli je dziwnym trafem z Polską. Jednomyślnie twierdzili, że polski Kościół jest żywy, trwa mimo burz i trudności, jak choćby upolitycznione Radio Maryja. Byli przekonani, że iskra nadziei dla Kościoła powszechnego przychodzi z Polski. Że nowa ewangelizacja, rozumiana w Kościołach europejskich jako zryw i nowy sposób mówienia o Chrystusie, w Polsce nabiera dodatkowego odcienia.

Nasz Kościół nie broni się przed tradycją i nieco ten europejski huraoptymizm tonuje, np. promując Boże Miłosierdzie (tak mówi metropolita Wiednia). Młodzi Niemcy, Portugalczycy, Francuzi i Holendrzy rumienią się ze wstydu, kiedy widzą w czasie Spotkań Młodzieży w Taizé polskich rówieśników, którzy klękają przed tabernakulum na oba kolana. Podobnie kiedy słyszą, że Polacy chodzą na niedzielne Msze i czynią znak krzyża przed jedzeniem.

Takiej nowej ewangelizacji, jak twierdzili „moi” specjaliści, potrzebuje zlaicyzowana Europa: powrotu do źródeł. Ponieważ ks. Stopka nie chciał „się wymądrzać, (...) czy w kontekście tego, co dzieje się na Zachodzie, polski katolik powinien żywić obawy, że czeka go to samo”, zrobię to za niego. Bo właśnie zakończył się II Kongres Miłosierdzia Bożego w Krakowie. Pomijam, że na palcach jednej ręki można wyliczyć media, które o tym wspomniały. Szkoda, bo w Sanktuarium w Łagiewnikach odpowiedź na pytanie o obawy sama się pisała. Siedziałam w tłumie między Japończykami, Koreańczykami, Niemcami, Włochami, Kolumbijczykami, Indonezyjczykami. Trudno było pohamować wzruszenie, kiedy zaczęli odmawiać w języku polskim koronkę do Miłosierdzia. Bez ściągi. I nie chodzi tu o mesjanizm, narodową dumę, ale o fakty: ci ludzie twierdzili, że Boga spotkali dzięki Polsce, dzięki naszemu Kościołowi, Faustynie, Papieżowi, księżom.
 

Wybierał łobuzów

Mogłabym spierać się z ks. Stopką o wiele jeszcze spraw. Nie zgadzam się chociażby ze stwierdzeniem, że nowa ewangelizacja przyrównywana do remontu nie ma sensu. Pisze autor, że „w remoncie chodzi o konserwację tego, co jest”, szczególnie „jeśli przeprowadzają go dotychczasowi mieszkańcy”. Kiedy w domu decyduję się na remont, nie ograniczam się do odświeżenia zabrudzonych ścian, ale kreślimy z mężem z rozmachem wizję nowego wnętrza. Pojawia się nowa przestrzeń, szerszy horyzont.

By mówić o nowej ewangelizacji, potrzeba definicji Kościoła. Świadomości, że wspólnota, którą założył Chrystus, nie była święta. Powołując apostołów, nie wybierał intelektualistów z gotowym programem ewangelizacji. Na płótnie Caravaggia „Powołanie św. Mateusza” widzimy Chrystusa wchodzącego do knajpy i wskazującego na najpodlejszego łapsudrę. Mateusz odrywa wzrok od gry w karty i wina, pyta: „mnie wybierasz?”. Jestem przekonana, że Mateusz (podobnie jak Paweł i inni) nieraz wrzasnął i zrobił ponurą minę. I bawił się na przyjęciu – może nie kurialnym (nie wiem, czemu ks. Stopka czyni z tego zarzut księżom?). Ale też nieraz podniósł leżącego i porwał tłumy.

Za ewangelizację, za porwanie innych, odpowiedzialni jesteśmy wszyscy. Także ja. Także ks. Stopka. Bo nie chodzi o program na papierze, o wytyczne Episkopatu, ale o blask szaleństwa w naszych oczach na punkcie Jezusa. Taki blask widziałam w oczach jednego z członków wspólnoty Cenacolo, który wyszedł w czasie wspomnianego Kongresu na podium na krakowskim rynku i mówił o swojej śmierci, o „gniciu od wewnątrz”, o narkotykach, agresji. Dzięki ludziom Kościoła spotkał Jezusa. W oczach s. Elwiry, założycielki Cenacolo, zobaczył to, za czym tęsknił: miłość, akceptację. To go porwało.

I na koniec: liczba użytkowników na Face­booku pod hasłem „Kościół katolicki” rośnie. Miliony „lubi to” także na portalu Benedykta XVI, Caritasu, ŚDM, wspólnot. Ja też „to lubię!”.

Joanna Bątkiewicz-Brożek jest dziennikarką „Gościa Niedzielnego”.


 

«« | « | 1 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • wojtek303
    21.10.2011 10:50
    Tez bylem w Taize i to raczej Polacy powinni sie wstydzic, ze ich tak tam malo jezdzi.
    To wlasnie Niemcy moga byc zrodlem odrodzenia w Kosciele bo ich najwiecej bylo i widac bylo ich pragnienie duchowosci.
    Wspolnota w Taize pomaga odnalezc droge do Jezusa w nas samych, a w Polsce duchowosc opiera sie na odmawianiu koronek, rozanca i innych zewnetrznych formulek i wkuwaniu katechizmu przez mlodych ludzi na lekcji religii.
  • karimenoi
    21.10.2011 13:43
    Autorka ma żal do ks. Stopki, który, wg niej, generalizuje obraz Kościoła w Polsce. Ona robi wg mnie inny błąd - na podstawie doświadczeń z jedną aktywną parafią formułuje wniosek, że tak właśnie wygląda twarz Kościoła w Polsce. Prawda, jak zawsze, leży pośrodku - pewnie ani nie jest tak źle jak pisze ks. Stopka, ani tak dobrze, jak chciałaby autorka "Gościa Niedzielnego"
  • nastolatka
    21.10.2011 14:40
    Nie zgadzam sie po czesci z Toba Wojtek, ja nie bylam na Taize i wiele moich znajomych tez nie bylo chociaz by chceili ale nie stac nas na takie wyjazdy tym bardziej ze sa one co roku, jestesmy mlodzi nie zarabiamy jestesmy na utrzymaniu rodzicow. Odnajdywac droge do Jezusa mozna bez wyjazdow na spotkania Taize, mozna takze tutaj wyjezdzajac na rozne czuwania, rekolekcje,pielgrzymki ,kursy SNE chociaz niestety tez sa sporo trzeba na to wydac pieniedzy , kazdy droge do Jezusa inaczej odnajduje kazdy w swoim czasie ,kazdego inaczej Duch Sw dotyka, Ja jedank inaczej widze duchowosc W polsce u nas mlodych w prawie kazdej juz parafi jest Msza dla mlodziezy na ktorej sa rozna pantonimy, spiewy tance,jest uwilebianie Boga tancem spiewem,,O katechizacji jak dla mnie to wielka tragedia, poniewaz jak ja widze religie i niektorzy ks ją poprostu olewaja , nie ucza katechizmu o Bogu tez nie mowia,
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama