Z zakrętu na szczyt

Brak komentarzy: 0

MICHAŁ BONDYRA

publikacja 22.12.2014 23:46

Boisko jest dla nich szansą na powrót do piłki i normalności. Mimo amputacji. Szansą, którą zdeterminowani w walce wykorzystują w pełni, wdrapując się jak w Meksyku na piłkarski szczyt.

 

Kilka godzin po tym, jak Leo Messi strzelał swojego rekordowego 75. gola w piłkarskiej Lidze Mistrzów, rozmawiam z jego polskim odpowiednikiem – Bartkiem Łastowskim. Skromny nastolatek ze Szczecina był gwiazdą dopiero co zakończonych w meksykańskim Culiacán mistrzostw świata piłkarzy po amputacjach.

Messi gromi Argentynę

W przeciwieństwie do swoich starszych kolegów z reprezentacji Bartek nogi nie stracił. Po prostu od urodzenia nie wykształciła się tak, jak powinna. Strzelił pięć z ośmiu goli kadry na mundialu. To w dużej mierze dzięki niemu biało-czerwoni sensacyjnie otarli się o podium, przegrywając je o włos z Turcją. – Czujemy mały niedosyt, podium było blisko, bo przegraliśmy je jedną bramką. Mam nadzieję, że w kolejnym mundialu już się na nim znajdziemy – mówi 17-latek. Przydomek „Messi” dostał po swoim wielkim idolu. – Tak jak doskonały Argentyńczyk, Bartek jest mały, niepozorny, ale szybki i świetny technicznie, do tego genialnie drybluje – tłumaczy Mateusz Widłak, sprawca ampfutbolowego zamieszania w naszym kraju. Kto widział jego drugi, zwycięski gol z Argentyną, wie, o czym manager kadry mówi. – Swój rajd zaczął pod naszym polem karnym i po tym, jak przedryblował wszystkich przeciwników, uderzył z dystansu nie do obrony – zachwyca się. Zachwycały się też meksykańskie media. „Polski Messi rozgromił Argentynę” – pisano. – Przydomek do Bartka przylgnął do tego stopnia, że nazywają go tak nawet zawodnicy z przeciwnych drużyn – przyznaje Widłak. Szczecinianin zaczyna budzić zainteresowanie, niewiele mniejsze niż jego dużo słynniejszy idol. Szczególnie dotyczy to dziewczyn. – Po każdym meczu w Meksyku musieliśmy czekać, aż „Messi” zapozuje z nimi do wspólnego zdjęcia – śmieje się menedżer kadry, szybko zaznaczając, że sława młodej gwieździe z pewnością w głowie nie zawróci: „To bardzo poukładany chłopak, zresztą świadomy swoich niedostatków. Wie, że czeka go jeszcze sporo pracy”.

Muszę ostro zasuwać

Czwarte miejsce Polaków to była sensacja. Jeszcze dwa lata temu w debiutanckim dla naszych niepełnosprawnych piłkarzy mundialu ogromnym sukcesem była 11. lokata. W Meksyku zagrali ponad stan. – Graliśmy jak równy z równym z tuzami tej dyscypliny takimi jak Turcja czy Angola. Wyprzedziliśmy inne topowe ekipy: Uzbekistan, Brazylię czy Anglię. Patrząc na chłodno, to dla nas doskonały wynik – przyznaje Widłak. Niedawny student fizjoterapii na warszawskiej AWF pod wpływem filmu o brazylijskich piłkarzach po amputacjach postanowił zaszczepić Amp Futbol w Polsce. Ledwie cztery lata temu skontaktował się z angielską federacją. Potem założył stronę WWW, porozwieszał plakaty i dał ogłoszenie na Facebooku. Na pierwsze zgrupowanie w Warszawie przyjechało 13 osób. – Musieli się przełamać, bo większość z nich nosi na co dzień protezy. Teraz musieli się pokazać bez nich i to publicznie – wspominał dwa lata temu. Dziś w futbol o kulach gra ich 40. To i tak nic, w porównaniu do Turcji, gdzie zrzeszonych jest 500 zawodników, z profesjonalnymi kontraktami, a mecze 24 ekip podzielonych na dwie ligi kibice co tydzień śledzą w otwartej telewizji. W Polsce też powstały kluby. Na początku tego roku dwa: GKS Góra i Amp Futbol Kraków. Po kilku miesiącach dołączył Gryf Szczecin i Amp Futbol Warszawa. Lada chwila powstaną trzy kolejne w Poznaniu, Gdyni i Lublinie. – Klub w Górze był pierwszy. Założył go Rafał Bieńkowski, przed amputacją grający w okręgówce, dziś nasz podstawowy skrzydłowy – mówi. Gryfa z kolei tworzył Bartek Łastowski. – Formalnie nie mogłem tego zrobić, bo byłem niepełnoletni – śmieje się „Messi”. Treningi jednak prowadzi. Z siedmioma piłkarzami, takimi jak on. Bez jednej z nóg. – Spotykamy się raz w tygodniu, zwykle w weekendy – przyznaje. Podobnie jak jego rówieśnik z kadry Dawid Dobkowski „Messi” na co dzień gra z pełnosprawnymi piłkarzami. Dawid w Mazurze Ełk, Bartek w Old School FC. – To jest A klasa, koledzy i przeciwnicy są pełni podziwu, ale nie ma mowy o taryfie ulgowej z ich strony. Muszę ostro zasuwać – „Messi” nie pozostawia złudzeń.

Dziadek” dał się ponieść

Najbardziej otrzaskany na piłkarskich boiskach jest Tomek Miś. „Misiek” nie tak dawno grał jeszcze w trzeciej lidze na Śląsku. Wtedy zdarzył się wypadek. Cudem uszedł z życiem spod nadjeżdżającego pociągu. Nogi uratować mu się jednak nie udało. 35-latek z Bierunia to największy wojownik w zespole. – Nie boi się włożyć głowy tam, gdzie inni cofają nogę – kreśli jego charakterystykę Widłak. Na potwierdzenie opowiada o jego wyczynie z półfinału z Angolą. – Podczas meczu złamał żebro, mimo to wytrzymał i grał dalej – przyznaje. „Misiek” dołączył do kolegów w kwietniu zeszłego roku. W meczu z Francją zagrał też po raz pierwszy Marek Zdębski. On w przeciwieństwie do kolegów z pola ma sprawne obie nogi. Nie ma za to części ręki, którą trzeba było amputować po urazie. W kadrze mówią na niego „Dziadek”. Wszystko dlatego, że ma już 43 lata i nikt nie może równać się z nim wiekiem. Nikt nie jest też równie szalony jak on. I kto wie, czy to nie temperament pozbawił go szansy na tytuł najlepszego goalkeepera turnieju. – W meczu z Meksykiem zarobił czerwoną kartkę. My spotkanie przegraliśmy, a zamiast Marka wyróżniono Rosjanina – podsumowuje Widłak. – Dzięki temu jednak trafiliśmy na USA, a w bramce mógł zadebiutować Kuba – wyjaśnia po chwili bez żalu. Kuba „Jasiu” Jasiulewicz mógłby być synem „Dziadka”. Przed tym jak maszyna zmiażdżyła mu rękę, był siatkarzem warszawskiego AZS AWF. – Studiował i grał nawet w ekstraklasie – zaskakuje manager kadry. Przy doskonałej formie „Dziadka”, „Jasiu” na bluzę z nr 1 będzie jeszcze musiał poczekać. Ich obecność w kadrze to wartość dodana. Od razu wpasowali się w ekipę, która jak przyznaje trener Marek Dragosz to coś więcej niż wspaniali sportowcy. – To świetni ludzie. Nie traktuję ich jak niepełnosprawnych. To są herosi sportu, dlatego nie mam problemu, by na treningach od nich wymagać bardzo dużo – przyznaje. – Mam dla nich ogromny szacunek i jestem dumny, że mogę ich trenować – dodaje.

Wsparcie niegodne mistrzostw

Na wyjazd do Meksyku brakowało im 120 tys. zł. Siedemnaście razy tyle, co budżet, który w ostatniej chwili udało im się dopiąć, by wystartować w Kaliningradzie. Wtedy trzeba było opłacić autobus i ubezpieczenie. Teraz doszedł m.in. 24-godzinny przelot. – I tym razem dramatycznie walczyliśmy o każdą złotówkę. Udało nam się za pięć dwunasta. Wszystko dzięki kibicom, sponsorom i ministerstwu sportu – wylicza Mateusz Widłak, na którego barkach spoczywa organizacja i pozyskiwanie finansów. A PZPN? – pytam. – Oprócz tego, że pożyczyli nam stroje na mistrzostwa, w tym roku nie dostaliśmy od nich niczego – mówi. Kiedy włączam się do dyskusji na temat wsparcia ze strony PZPN na Twitterze, po krótkim czasie związek w odpowiedzi na zarzuty pisze tekst, w którym wymienia swoje działania na rzecz Amp Futbolu. – (…) w uznaniu za osiągnięty wynik w mistrzostwach świata, sprzęt który był pierwotnie wypożyczony, zostanie nieodpłatnie przekazany stowarzyszeniu. Wartość sprzętu to 60 tys. zł – czytam. Rzecznik PZPN Maciej Sawicki w tym samym tekście wspomina jeszcze o sprzęcie wartym 28 tys. zł przekazanym przez związek na przełomie 2013 i 2014 r. Jest też mowa o 10 tys. czeku, 20 tys. darowiźnie i 180 biletach na mecze kadry Adama Nawałki. Wszystko przekazane przed rokiem. – Poza publikacją w internecie nie mam żadnego sygnału o tym, że stroje, które PZPN pożyczył, staną się naszą własnością – przyznaje Widłak. A darowizny? – Rzeczywiście, dostaliśmy takie wsparcie, ale ono z roku na rok było mniejsze. W tym roku współpraca nie była kontynuowana. Na domiar złego w momencie zakupu biletów do Meksyku dowiedzieliśmy się, że dotacja z PZPN nie zostanie nam przyznana. Stąd te kłopoty z zebraniem wystarczających środków – Widłak nie kryje rozczarowania. Zachowanie PZPN jest co najmniej dziwne. Tym bardziej że jak pokazują światowe trendy, krajowe federacje ochoczo włączają się we współpracę z niepełnosprawnymi. Włodarze PZPN nie muszą zresztą daleko szukać. Na krajowym podwórku Polski Związek Koszykówki włączył bowiem w swoje struktury koszykarzy na wózkach. Dał im w ten sposób szanse na większe dotacje z ministerstwa sportu. A więc można. Olbrzymi sukces, pozytywny odbiór społeczny wart jest przekazania związkowych pieniędzy. Przez te 100 tys. zł najbogatszy polski związek naprawdę nie zbiednieje.

 

Pierwsza strona Poprzednia strona Następna strona Ostatnia strona

aktualna ocena | 5,0 |
głosujących | 2 |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super

Reklama

Reklama

Autopromocja