Szklana pułapka

Tryby 8/17/2012

Byłem wyautowanym społecznie menelem. Chodziłem po melinach, piłem jakieś czary. Nawet wtedy, gdy po 16 latach małżeństwa urodził mi się wyczekiwany syn. Dziś spłacam dług.

 

Piotr ma 63 lata. Przez 30 lat puszka piwa i kieliszek wódki były dla niego ważniejsze od rodziny, przyjaciół, prestiżowej pracy i wyznawanych wartości. Decyzję o leczeniu podjął 24 października 1996 r. Pięcioletni syn powiedział mu, że chce mieć normalną rodzinę. Szok. Odwyk. Terapia. Trzeźwienie. I świadomość, że rak picia pozostanie w nim do końca życia.

– Mój ojciec też był alkoholikiem. Jako dziecko widziałem pijany dom i przemoc, bo tata często bił moją mamę. Przyrzekałem sobie, jak wiele osób w podobnej sytuacji, że w moim życiu taka sytuacja nigdy się nie powtórzy, zresztą działałem w harcerstwie. Pilnowałem mamy, żeby nic jej się nie stało. Mimo to zacząłem pić. Pierwszy raz, gdy miałem 16 lat – opowiada Piotr, trzeźwiejący alkoholik, od (ilu?) terapeuta uzależnień i współwłaściciel ośrodka leczenia alkoholików TERRA w Grzebielinie koło Wrocławia.

Zaczęło się, oczywiście, niewinnie – od piwa, o którym niektórzy mówią z uśmieszkiem, że to nie alkohol. Niedługo potem Piotr pił już na harcerskich obozach i pozwolił sobie na “pierwsze duże, oficjalne picie” po balu maturalnym. – Wtedy pierwszy raz przyszedłem do domu bardzo pijany – wspomina. – A moi rodzice nie wyciągnęli z tego żadnych konsekwencji. Nawet mama nic nie powiedziała, choć wiem, że na pewno bardzo z tego powodu cierpiała.

Po skończeniu studiów Piotr pracował jako wychowawca i nauczyciel wf-u w szkole. Był szanowany i lubiany w lokalnym środowisku, udzielał się jako społecznik. Ożenił się w wieku 25 lat. Już wtedy alkohol był (nieuświadomionym) problemem. – Piłem ciągami i klinowałem, czyli kiedy byłem na tęgim kacu i miałem wyrzuty sumienia, piłem dalej, bo to przynosiło mi ulgę. Chodziłem taki skacowany i nieświeży do pracy. Dostawałem sygnały, że coś jest ze mną nie tak, ale to lekceważyłem. Zresztą, były lata 70. i przecież wtedy pili prawie wszyscy, takie było towarzystwo. Nie byłem typem awanturnika, wręcz przeciwnie, po procentach stawałem się duszą towarzystwa, opowiadałem świetne kawały, super tańczyłem. Ale klinowałem już na okrągło, miałem dwutygodniowe ciągi, a potem z trudem dochodziłem do siebie. Było poczucie winy, wyczerpanie fizyczne, składanie obietnic, a gdy wróciłem do jako takiej równowagi przychodziła myśl, że przecież nie jest ze mną aż tak źle…

Zaczęły się małżeńskie problemy. Piotr zostawił szkołę i otworzył sklep. Wytrzymał osiem miesięcy. A potem równia pochyła. – Spałem po melinach, piłem jakieś czary i na kredyt, robiłem długi.

www.sxc.hu   www.sxc.hu Gdy ktoś mi mówił: “Spójrz na siebie, co ty ze sobą robisz?”, obrażałem się i z dumą alkoholika odpowiadałem, że sam sobie poradzę. Byłem wyautowany społecznie. Nie stanąłem na wysokości zadania nawet wtedy, gdy po 16 latach małżeństwa moja żona zaszła w ciążę. Osiem miesięcy leżała na podtrzymaniu, bo dziecko było zagrożone, a ja włóczyłem się jak menel. Kiedy urodził się Jaś, nawet nie pojechałem po nich do szpitala, tylko wysłałem szwagra. Po wielu latach od tego wydarzenia żona wyznała mi, że miała nadzieję, że będzie wtedy zasłana różami, a była zalana łzami.

Wszystko zmieniło się, kiedy mały Jaś miał pięć lat. W domu wywiązała się karczemna awantura. Piotr postanowił zerwać z nałogiem pod wpływem swojego jedynego syna, który przedwcześnie dorosłym tonem powiedział mu, że marzy o  trzeźwym, normalnym tacie.

Leczenie z choroby alkoholowej zbiegło się w czasie z informacją o nowotworze. Raka jelita udało się pokonać. Z rakiem picia walczy do dziś, bo alkoholikiem zostaje się na całe życie.

Po pięciu latach trzeźwego życia osoba uzależniona sama może zostać terapeutą. Taka była droga Piotra. Ukończył studium terapii uzależnień i socjoterapię. Założył pierwszy klub AA w powiecie. – Moja praca jest misją. Każdy uzależniony jest dla mnie wyzwaniem. Spłacam w ten sposób dług wobec ludzi, którzy mi kiedyśmy pomogli. Marzyłem, że jak wygram w totka, to otworzę ośrodek terapeutyczny. W totka nie wygrałem, ale trzy lata temu do mnie i mojej żony, która także zajmuje się pracą z osobami uzależnionymi, przyszli ludzie szukający wspólników. Wspólnie udało nam się stworzyć ośrodek, w którym inni wracają na właściwą drogę. Mamy dobre statystyki, bo połowa leczących się u nas pacjentów nie wraca do picia. Jestem teraz najszczęśliwszym facetem na świecie. Pan Bóg czuwał nade mną i Jemu to zawdzięczam. W odpowiednim momencie klepnął mnie w ramię i powiedział: “Facet, otrząśnij się”.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...