Nie żyliśmy u Pana Boga za piecem

Zofia Milska-Wrzosińska: Nie wierzę w błyskawiczne przełożenia pomiędzy zmianą sytuacji ekonomicznej czy politycznej a stanem zdrowia psychicznego społeczeństwa. Tygodnik Powszechny, 24 maja 2009


„Tygodnik Powszechny”: Statystyki Ministerstwa Zdrowia pokazują, że rośnie liczba Polaków, którzy wymagają specjalistycznej opieki psychiatrów, psychologów i psychoterapeutów. Dlaczego?

Zofia Milska-Wrzosińska: Z dużą ostrożnością interpretowałabym te dane. Statystyki nie kwestionuję, ale dane te oznaczają tyle, że większa liczba osób decyduje się na szukanie pomocy – co jest korzystną tendencją – i że można je zdiagnozować i leczyć – a nie że pogorszył się stan psychiczny Polaków.

Pozostaję w kontakcie z psychoterapeutami z bardzo różnych ośrodków, dzwonią do nas ludzie z odległych części kraju, z małych miejscowości. Przyjeżdżają na superwizję psychoterapeuci z całej Polski. Idea roku 1989 jako cezury, od której zaczęły narastać problemy psychiczne Polaków, mnie nie przekonuje. Nie wierzę w błyskawiczne przełożenia pomiędzy zmianą sytuacji ekonomicznej czy politycznej a trwałym stanem zdrowia psychicznego społeczeństwa.

Ale statystyki nie pozostawiają wątpliwości: coś się wydarzyło. Bardzo łatwo to sobie wytłumaczyć: nie wszyscy rzuceni na głęboką wodę gospodarki wolnorynkowej wyszli z tej próby bez szwanku.

Zgoda. Ale zdarzyło się też coś innego. Od lat 70. stopniowo zmienia się nasz stosunek do zdrowia psychicznego. Wizyta u psychologa czy psychoterapeuty, nawet u psychiatry, nie jest już zdarzeniem trzymanym w ścisłej tajemnicy, skazującym na wykluczenie czy ostracyzm środowiskowy.

Więcej, ukształtowały się pewne zachowania, które pozwalają czasem przenieść odpowiedzialność z rodziców, partnera czy instytucji na psychoterapeutów. Mąż zdradza żonę, ona nie wystawia mu walizki za drzwi w porywie furii, tylko mówi: „Nie wniosę pozwu o rozwód, ale pójdziesz na terapię”.

Tak jakby zdrada była skutkiem choroby psychicznej, a nie czyjąś decyzją. W szkole społecznej niedopilnowane dziecko źle się zachowuje, rodzice słyszą od dyrekcji: „Nie wyrzucimy go pod warunkiem podjęcia terapii”. Pomoc specjalistyczna jest wielką szansą, ale czasem staje się alibi dla obu stron.

Część psychologów twierdzi, że najwięcej zdiagnozowanych przypadków ADHD notuje się w miejscach, gdzie pracują specjaliści od tego schorzenia. Ale w związku z tym powstaje pytanie: czy statystyki rzeczywiście pokazują, że coś złego dzieje się w nas, czy też diagnostyka jest lepsza niż kiedyś?

100 lat temu opieka stomatologiczna nie istniała, choć można sądzić, że zęby psuły się wówczas tak samo, jak psują się teraz, bo cukier był już rozpowszechniony. Ludzie jakoś żyli z tymi bolesnymi, sczerniałymi zębami. Mam wrażenie, że podobnie jest z psychoterapią i psychiatrią. One wydobyły na wierzch sprawy, z którymi borykaliśmy się od dawna. Choćby depresję. Kiedyś ludzie przyjmowali po prostu za naturalne, że człowiek bywa zrozpaczony i bezwolny.

Teraz próbują ten stan wyleczyć, opanować. Proszę mnie dobrze zrozumieć, nie zamierzam udowadniać, że rozwój opieki psychiatrycznej jest niepotrzebny – wręcz przeciwnie, mamy wieloletnie zaniedbania w tym obszarze. Ale nie ma wystarczającego uzasadnienia teza, że po 1989 r. jesteśmy bardziej chorzy, bo zostaliśmy wydani na pastwę dotkliwszych niż wcześniej stresorów i czynników niszczących nasze zdrowie psychiczne, bo teraz musimy rywalizować o sukces od wczesnego dzieciństwa, a kiedyś żyliśmy sobie jak u Pana Boga za piecem.

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama