Benedykt na ławie oskarżonych

Tygodnik Powszechny 17/2010

Papież przywiódł Kościół do zrozumienia, że pomoc ofiarom molestowania, publiczne potępienie nadużyć księży, ostra krytyka niegodziwych biskupów oraz zdecydowane reformy są konieczne w tej i w podobnych sytuacjach.

 

25 marca „New York Times” opublikował na pierwszej stronie artykuł sugerujący, że kard. Ratzinger jako prefekt Kongregacji Nauki Wiary świadomie hamował sankcje wobec księdza z Milwaukee wykorzystującego głuchonieme dzieci powierzone swojej opiece.

Przyjmując tę datę i kalumnie przeciw Benedyktowi XVI za amerykański „punkt zero” w najnowszej rundzie ataków ukazujących Kościół jako globalną zbrodniczą konspirację zboczeńców i ich pomocników z siedzibą w Rzymie, zapytajmy: jak wygląda stan rzeczy po tym, co początkowo zanosiło się na skandal podobnie niszczący, jak tzw. Długi Wielki Post Kościoła w USA przed ośmioma laty? [wybuchł wtedy skandal związany z ujawnieniem swoich historii przez ofiary molestowania księży z lat 60., 70. i 80; okazało się, że wielu biskupów nie usuwało księży pedofilów ze stanowisk, ale przenosiło z parafii do parafii, część diecezji musiała ogłosić bankructwo z powodu wysokości odszkodowań – red.]

Rok 2002 minął

W trakcie Długiego Wielkiego Postu media odegrały ważną rolę w wyciągnięciu na światło dzienne okropnych rzeczy, którym Kościół nie potrafił stawić czoła lub czynił to nieudolnie. Wstyd tamtego okresu wciąż boli, podobnie jak rany ofiar. Jednak rok 2010 to nie 2002, i to właśnie dzięki wydarzeniom sprzed ośmiu lat.

Pomimo ignorancji i tendencyjności, jaką wykazało się wielu dziennikarzy, fakty powoli wychodzą na jaw. Rozsądni ludzie, których percepcji nie wypacza toksyna antykatolicyzmu, widzą, że Kościół w USA i Kanadzie wykonał ogromny wysiłek dla likwidacji „zepsucia” (to sformułowanie Josepha Ratzingera z 2005 r.). Dzięki temu wysiłkowi można dzisiaj empirycznie wykazać, że Kościół jest dla młodych ludzi najbezpieczniejszym środowiskiem w Ameryce Północnej. Paraliżujący dźwięk werbli jednej okropnej historii za drugą, który rozbrzmiewał przez cały rok 2002, już się nie powtórzy. To, z czym teraz mamy do czynienia, jest w dużej mierze recyklingiem materiałów, zwykle przekazywanych do prasy przez adwokatów, których celem jest rozbudzenie publicznego dyskursu o spisku – co miałoby wpłynąć na decyzje sądów w sprawie tego, czy Watykan może znaleźć się w zasięgu amerykańskiego prawa.

Uświadomienie sobie przez poważnych katolików, że sprawy dramatycznie uległy zmianie, doprowadziło do dużo bardziej zdecydowanych wysiłków w reakcji na tak wypaczone przedstawienia problemu, jak to miało miejsce w „NYT”. Jednak świadomość, że rok 2002 minął, nie może przysłonić ważnych faktów. Pozostają rany do wyleczenia, na realizację czeka reforma formacji kapłańskiej, trzeba zająć się błędami biskupów. Oczekują wprowadzenia nowe normy wyboru biskupów oraz rozliczenie się z odpowiedzi na pytanie, dlaczego Watykan jeszcze przed przejęciem przez Ratzingera kontroli nad sprawą nadużyć seksualnych był zbyt powolny w reakcji na czyny księży i niewydolne działania hierarchów.

Przyjmując wszak, że Benedykt XVI zainicjował proces, który doprowadzi do podjęcia z całą mocą wszystkich tych problemów, można postawić pytanie: czy ci, którzy dziś najenergiczniej nagłaśniają kwestie nadużyć i złego zarządzania, są rzeczywiście zainteresowani bezpieczeństwem dzieci, czy też wykorzystują wypadki z przeszłości do podważenia moralnej wiarygodności Kościoła? To pytanie w 2002 r. wielu potraktowałoby słusznie jako unik. Ale dziś nie może już być w ten sposób odczytywane – z powodu działań, które Kościół podjął przez ostatnie lata.

Odpowiedź Watykanu

W ciągu pierwszych miesięcy Długiego Wielkiego Postu 2002 r. ani waszyngtońska nuncjatura, ani watykańska Kongregacja ds. Duchowieństwa nie wywiązywały się właściwie ze swoich zadań. Nuncjatura nie dostarczała Papieżowi szczegółowych informacji: w kwietniu, gdy kard. Bernard Law po raz pierwszy złożył rezygnację, Kuria Rzymska była co najmniej trzy miesiące do tyłu z raportami. Sprawę pogorszył prefekt Kongregacji ds. Duchowieństwa kard. Dario Castrillon Hoyos, który podczas prezentacji papieskiego listu do księży na Wielki Czwartek, na pytania o skandale seksualne odpowiedział, że Papież ma ważniejsze zmartwienia, np. pokój na Bliskim Wschodzie.

Od tamtych dni stan rzeczy się zmienił. Biuro prasowe Stolicy Apostolskiej, któremu wcześniej (za obecnego pontyfikatu) obce było szybkie reagowanie na sytuacje kryzysowe, w ostatnich tygodniach bez zwłoki udostępniało wiarygodne informacje i komentarze. Papieski marcowy „List do Kościoła w Irlandii” zademonstrował, że jego autor siłą przywiódł Kurię do zrozumienia, iż pomoc ofiarom, publiczne potępienie nadużyć księży, teologiczna ostra krytyka niegodziwych biskupów oraz zdecydowane reformy są konieczne w tej i w podobnych sytuacjach.

Nadal istnieją jednak sprawy, którymi Stolica Apostolska nie zajmuje się właściwie. Podczas Wielkiego Tygodnia można było mieć nadzieję, że przemówi Papież. Tymczasem w dwóch najbardziej pamiętnych momentach wystąpiły postaci drugoplanowe. W czasie liturgii Wielkiego Piątku kaznodzieja Domu Papieskiego o. Raniero Cantalamessa włączył do homilii komentarz, w którym wydawał się zgadzać z (żydowskim) przyjacielem, że ataki na Kościół były podobne do okropności historycznego antysemityzmu. Dwa dni później, na początku Mszy wielkanocnej, dziekan kolegium kardynalskiego kard. Angelo Sodano użył wyrażenia: „błahe plotki” na określenie tego, co było zdecydowanym atakiem na wiarygodność Kościoła. Pomimo tych niestosownych kroków wydaje się, że prawda wyszła na jaw, choć powoli i nie do końca. A najbardziej wpływową postacią w dziele przemiany postawy Kurii był obecny Papież.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama