Nowa nadzieja jedności

W drodze 4/2010

Benedykt XVI zwrócił się ku tym chrześcijańskim wyznaniom i odłamom, z którymi porozumienie doktrynalne wydaje się najbardziej możliwe. Postanowił wyjść im naprzeciw.

Kiedy w 1958 roku papieżem wybrany został patriarcha Wenecji kardynał Angelo Giuseppe Roncalli, watykaniści prognozowali, że będzie to pontyfikat przejściowy, krótkie interludium między dwoma dłuższymi okresami panowania innych biskupów Rzymu. Przesądzać o tym miał zaawansowany wiek nowo wybranego zwierzchnika Kościoła. Podczas konklawe Jan XXIII miał bowiem 77 lat. Komentatorzy w jednym się nie pomylili: ten pontyfikat rzeczywiście nie trwał długo, bo zaledwie pięć lat. Nie przewidywali jednak, że będzie on tak brzemienny w skutki. Sędziwy hierarcha zwołał bowiem Sobór Watykański II – najważniejsze wydarzenie w dwudziestowiecznych dziejach Kościoła.

Podobne opinie o „przejściowym pontyfikacie” pojawiły się w momencie wyboru Benedykta XVI. 78-letni kardynał Joseph Ratzinger okazał się bowiem najstarszym papieżem elektem w ostatnim stuleciu. A jednak wszystko wskazuje na to, że nie przemknie on jak meteor po nieboskłonie historii Kościoła, a jego pontyfikat nie będzie traktowany przez badaczy jedynie jako antrakt między dwoma znaczącymi odsłonami dziejów chrześcijaństwa.

Bractwo Kapłańskie św. Piusa X i ręka wyciągnięta do zgody

Przez większą część swojego kapłańskiego życia Joseph Ratzinger zajmował się bardziej uprawianiem teologii niż posługą duszpasterską. Nie inaczej jest także z jego pontyfikatem. W porównaniu z Janem Pawłem II w rozkładzie zajęć Benedykta XVI znajdziemy mniej pielgrzymek, mniej audiencji, mniejszą aktywność publiczną. Wynika to nie tylko z predyspozycji i charakteru papieża, lecz także z jego wieku (podczas konklawe w 2005 roku Joseph Ratzinger był o 20 lat starszy niż Karol Wojtyła w 1978 roku).

Benedykt nie ma już tyle sił. Nie jest tak aktywny jak jego poprzednik. Koncentruje się raczej na kilku sprawach, które uważa za szczególnie ważne i w których – jako teolog – czuje się kompetentny. Można powiedzieć, że jako papież kontynuuje swą posługę teologiczną, którą prowadził wcześniej jako profesor i kardynał. Wyrazem tego są choćby jego dwie pierwsze – stricte teologiczne – encykliki Deus caritas est i Spe salvi (poświęcone cnotom teologalnym: miłości i nadziei) oraz dzieło chrystologiczne Jezus z Nazaretu.

Dla każdego jednak, kto śledził dorobek pisarski Josepha Ratzingera, widoczna jest pewna zmiana akcentów, jaka dokonała się w jego twórczości po wyborze na papieża. Pełniąc funkcję prefekta Kongregacji Nauki Wiary, występował często jako strażnik ortodoksji, defensor fidei, obrońca czystości doktryny. W jego wypowiedziach nierzadko można było usłyszeć ton krytyki i ostrzeżenie przed błędnymi poglądami i naukami. Wielu komentatorów zarzucało mu, że jak na chrześcijanina jest zbyt pesymistycznie nastawiony do ludzkiej natury i możliwości człowieka. Wynikało to jednak z odczytania charyzmatu instytucji, którą wówczas kierował. Dostał mianowicie od Jana Pawła II zadanie strzeżenia integralności i nienaruszalności depozytu wiary, która była atakowana z wielu stron, i starał się ze swoich obowiązków jak najlepiej wywiązać.

Po objęciu tronu Piotrowego zmienił się jednak charyzmat jego posługi. Głównym zadaniem św. Piotra, zgodnie ze słowami samego Chrystusa, było „umacnianie braci w wierze”. Następcy apostoła, jeśli chcą być wierni swemu powołaniu, muszą wziąć te słowa głęboko do serca. Tak też się stało z Benedyktem XVI, którego encykliki, książki i homilie nabrały rysu w większym stopniu afirmującego chrześcijaństwo, podnoszącego ludzi na duchu i niosącego nadzieję.

Nie oznacza to, że zmienił się krytyczny osąd niektórych aspektów współczesności. Z chwilą wyboru na papieża pojawiły się natomiast w zasięgu Josepha Ratzingera nowe instrumenty oddziaływania, z których postanowił skorzystać. Ujawniły się one zwłaszcza w tym obszarze, z którym dotychczas jego nazwisko nie było kojarzone. Jeszcze jako kardynał wielokrotnie podkreślał, że jedną z największych przeszkód w głoszeniu Ewangelii na wszystkich kontynentach jest zgorszenie podziału. Chrześcijanie, którzy mają dawać światu wzór jedności i miłości, są głęboko podzieleni i negatywnie do siebie nastawieni. Zamiast dawać świadectwo, są antyświadectwem.

Jan Paweł II zrobił bardzo wiele, by doprowadzić do jedności między podzielonymi chrześcijanami, ale Benedykt XVI poszedł na tej drodze jeszcze dalej. Jego wzrok pobiegł ku tym chrześcijańskim wyznaniom i odłamom, którym teologicznie najbliżej do katolicyzmu i z którymi porozumienie doktrynalne wydaje się najbardziej możliwe. Postanowił więc wyjść im naprzeciw, wykonać gest dobrej woli, pójść na ustępstwa (oczywiście nie w kwestiach teologicznych, ale dyscyplinarnych, personalnych czy symbolicznych).

Najwięcej rozgłosu na świecie zdobyła tzw. sprawa lefebrystów, czyli kwestia zdjęcia ekskomuniki z czterech biskupów Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X, którzy zostali wyświęceni w 1988 roku bez zgody Stolicy Apostolskiej. W szumie medialnym, jaki powstał po ujawnieniu bagatelizującej Holocaust wypowiedzi jednego z owych hierarchów, uwadze opinii publicznej umknęła podstawowa intencja Benedykta XVI. Otóż papież pragnął zażegnać największą schizmę, jaka powstała w XX wieku w Kościele katolickim. Dążył do uregulowania statusu nie tylko nieposłusznych kapłanów, lecz także pół miliona wiernych, którzy korzystają z posługi duszpasterskiej Bractwa.

 

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama