Z wdzięczności dla Maryi…

Przewodnik Katolicki 38/2010

Nie bez przyczyny Matka Boska Częstochowska jest patronką dnia moich urodzin…

 

Obchody 90-lecia Pana urodzin są świętowaniem miłości do sakralnej muzyki, poprzez którą wyraża Pan umiłowanie Boga. Gdyby nuty można zamienić na pełne wdzięczności słowa…

– Opowiedziałyby, że życie jest świętem, jeśli tylko jest się dobrym człowiekiem, ma się oddanych przyjaciół i potrafi się zaufać mocy Bożej łaski, bo to właśnie wiara i modlitwa najbardziej mnie duchowo umacniają.

Czym jest dla Pana wiara?

– Postrzegam ją jako otwarcie się na dobroć Boga, który podarowuje spokój ducha, aby żyć w zgodzie z własnym sumieniem, a jednocześnie nie osądzać innych. Poza tym nie mamy do tego prawa, bo każdy z nas jest tak samo grzeszny. Kościół nie jest zgromadzeniem ludzi świętych, tylko świeckich, którzy powinni tworzyć wspólnotę opartą na współzależności – świadomości, że jesteśmy sobie potrzebni, musimy się nawzajem doceniać i sobie służyć, co nie ma nic wspólnego z uzależnieniem od drugiego człowieka. O byciu „człowiekiem” decyduje nie tylko kultura osobista, ale i „kultura serca”…

Wiara, którą chcę się dzielić poprzez swoją twórczość, jest pozbawiona fanatyzmu. To bardziej stan spokoju i duchowego dialogu.

Jakimi słowami najczęściej zwraca się Pan do Boga?

– Panie, obdarz mnie pokorą, silną wolą i umiejętnością zaparcia się siebie. Gardzę sprawami, które nie znajdują źródła w Tobie; uciekam przed ciszą, która Ciebie nie szuka. Twoja radość ogarnia mnie płomieniem niegasnącym…

Pokora oznacza „stanąć przy drzwiach”, zapukać i czekać, aż ktoś otworzy… A jeśli mowa o „płomieniu” – szczególnie „radosnym” wydaje mi się zdarzenie z czasów, gdy uczęszczałem do poznańskiego Gimnazjum św. Marii Magdaleny. Podczas jednej ze szkolnych gali, jako chórzysta, śpiewałem krakowiaka z opery Stanisława Moniuszki. W pewnej chwili ogarnęło mnie takie szczęście, że podszedłem do profesora Władysława Drzewieckiego, obróciłem się plecami do publiczności, i wraz z nim zacząłem dyrygować chórem…

…A po wojnie zastąpił Pan prof. Drzewieckiego i sam nauczał śpiewu…

– Zupełnie nie spodziewałem się takiego obrotu spraw. Byłem wtedy studentem konserwatorium Wyższej Szkoły Muzycznej. Ze względu na mój stosunkowo młody wiek przysłano profesora z Wągrowca, który „miał zaprowadzić porządek”. Nakazał uczyć „Międzynarodówki”, czego nie uczyniłem, bo było to niezgodne z moimi przekonaniami religijnymi – jak mawiała moja babcia Franciszka – „nie można ciągnąć Boga za nóżki, a diabła za różki”. Gdy dyrektor gimnazjum dowiedział się o tym, określił mnie jako „element wywrotowy”. Odtąd już nie miałem prawa nauczać.

Zameldował o moim „występku” panu Dobosiewiczowi – bezwzględnemu kuratorowi szkolnemu, który mógł mnie oskarżyć o występek przeciw prawu, za co – znając metody działania ówczesnych władz – można było stracić życie. Uratowała mnie... sąsiedztwo – mieszkałem „przez ścianę” z księdzem prałatem Leonem Skórnickim, prefektem, który po wojnie uczył we wspomnianym gimnazjum. Przez ponad trzy tygodnie, ilekroć przychodził do mnie pan Dobosiewicz, prałat „krył mnie”, mówiąc, że nie ma mnie w domu. Z czasem wszystko ucichło i pomyślnie wyszedłem z opresji… I choć sobie wtedy tego nie uświadamiałem, dzisiaj jestem pewny, że była to zasługa opieki Najświętszej Maryi Panny, której obecność nieustannie odczuwam.

Kiedy tej obecności doświadcza Pan najpełniej?

– Maryjnej łasce zawdzięczam właściwie całe swoje życie. Pamiętam kilka sytuacji, które pozwoliły mi to najgłębiej odczuć. Przygotowywaliśmy premierę Mszy w kościele pw. Wszystkich Świętych na Grobli w Poznaniu – „Missa Brevis” Giovanniego da Palestriny. Mieliśmy zaśpiewać podczas jednej Eucharystii. Byliśmy jednak tak rozśpiewani, że postanowiliśmy jeszcze zaśpiewać na kolejnym nabożeństwie. Tuż przed jego zakończeniem drzwi kościoła nagle się otworzyły i do świątyni wbiegli ludzie z uniesionymi rękami, po czym upadli na kolana i zaczęli głośno płakać. Nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Jak się później okazało, były to łzy szczęścia rodziców z powodu ocalonego życia swoich dzieci – chórzystów; trolejbus, którym większość z nas miała wracać do domów, wpadł w poślizg, a następnie zsunął się do rzeki – wszyscy jego pasażerowie zginęli.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama