Mów po ludzku

Więź 2-3/2011

Język Kościoła musi dotrzeć z orędziem zbawienia do wszystkich ludzi. Osobiście – oczywiście, gdy to jest możliwe – usiłuję poznać człowieka, do którego mówię, i jego świat. Ma to decydujący wpływ na treść mojego kazania, na język, którym tę treść przekazuję, jak i na odbiór słuchającego.

 

Konrad Sawicki

Czy w urząd biskupa wpisany jest ten specyficzny język, na który tak wielu narzeka?

Bp Edward Dajczak

Raczej nie. Każda grupa społeczna – politycy, ludzie biznesu itd. – wytwarza swój własny język, który odznacza się pewną hermetycznością i poza tą grupą nie jest w pełni komunikatywny. Biskupi nie są wyjątkiem od tej reguły. Dodatkowo dochodzą jeszcze cechy indywidualne mówiącej osoby. Tym, co charakteryzuje język biskupów, jest tendencja, żeby mówić ex cathedra, w sposób bardzo oficjalny, a to utrudnia komunikację.

Język Kościoła musi dotrzeć z orędziem zbawienia do wszystkich ludzi. Osobiście – oczywiście, gdy to jest możliwe – usiłuję poznać człowieka, do którego mówię, i jego świat. Ma to decydujący wpływ na treść mojego kazania, na język, którym tę treść przekazuję, jak i na odbiór słuchającego. Kiedy staję przed grupą ludzi młodych, używam innego języka niż przy spotkaniu z grupą pięćdziesięciolatków. Jeszcze inaczej jest, gdy mówię w niedzielę podczas Eucharystii – w kościele są tak różni ludzie, że styl trzeba niejako uśredniać. Jednak jeśli odbiorcy tworzą w miarę jednorodną grupę, to trzeba dostosowywać do nich język i argumenty, by mogli zrozumieć przesłanie Ewangelii i realizować je w ich własnym życiu. Głosząc Ewangelię, ciągle muszę szukać właściwego języka.

Sawicki

Jak daleko biskup – duchowny o poważnym autorytecie i następca apostołów – może pójść za odbiorcą? Odbiorcy bywają różni, nieprzewidywalni, czasem wręcz wrogo nastawieni do Kościoła.

Bp Dajczak

Nie trzeba iść za daleko. Moje doświadczenia z Przystanku Woodstock pokazują, że ludzie, którzy tam przyjeżdżają, absolutnie nie chcą, by duchowny mówił do nich ich slangowym językiem, co więcej, takie zachowanie ich irytuje. Wiem od księży pracujących na Przystanku Jezus, że to nie jest tylko moje odczucie, ale również doświadczenie tych duchownych, którzy idą na pole namiotowe i rozmawiają z młodymi. Ci młodzi ludzie nie tolerują żargonu teologicznego, gdy tylko go usłyszą, zaraz rzucają: „Mów po ludzku”. To bardzo charakterystyczny zwrot, którym domagają się komunikatywności. Wielu z nich to ludzie będący na obrzeżach Kościoła – trochę zdystansowani, krytyczni, posuwający się czasem aż do postawy atakującej. Wyraźnie oczekują języka, który umożliwi im dialog, więc nie wchodzi tutaj w grę maniera kaznodziejska, w której często zapominamy, że pewne słowa nie są już dzisiaj zrozumiałe. Zresztą ta zasada dotyczy nie tylko Przystanku Woodstock, ale obejmuje też ludzi, których na co dzień spotykamy w Kościele.

Biskup „incognito”

Bp Dajczak

W diecezji zielonogórsko-gorzowskiej, gdzie przez kilkanaście lat byłem biskupem pomocniczym, czasami w niedzielę, bez sutanny jak zwykły parafianin, wchodziłem do nawy kościoła. Potrafiłem być na czterech Mszach świętych z rzędu, by przyjrzeć się reakcjom ludzi i samemu doświadczyć Kościoła z drugiej strony. Siadałem na przykład na Mszach porannych między dorosłymi albo na Mszach wieczornych stawałem pod chórem, gdzie gromadzą się młodzi, i obserwowałem ich zachowania. Po reakcjach starszych widać było, kiedy kazanie ich męczyło: zaczynali się wtedy wiercić i niecierpliwić. Młodzi natomiast poszturchiwali się nawzajem i szeptem pytali: „Ty, co on chce powiedzieć?” albo „O co mu chodzi?”. W tych pytaniach najczęściej nie było słychać złej woli ani złośliwości, był to jednak dla mnie wyraźny sygnał wskazujący, że „stary” język kaznodziejski wymaga pilnej korekty.

Sawicki

Czy te kazania były naprawdę niezrozumiałe?

Bp Dajczak

To jest właśnie ciekawe. Powiedziałbym, że z reguły to były niezłe kazania – ale już nie dla tego pokolenia. I nie dotyczy to tylko bardzo młodych. Doświadczałem tego również na rekolekcjach w większych ośrodkach akademickich w Polsce. Odkryłem wówczas, że potrzebna jest taka forma przekazu, która podtrzymuje pewne emocjonalne napięcie, ma wartkość, ale jednocześnie jest pozbawiona patosu i tanich wzruszeń. Młodzi nie zawsze chcą show. Po rekolekcjach przysyłali mi maile, w których dziękowali za spokojną formę przekazu – mówiłem formą medytacyjną i to im odpowiadało. Ale w tej formie jest też pewne niebezpieczeństwo – trzeba uważać, by nią nie uśpić! Argumenty muszą być przekazywane w sposób spokojny, ale równocześnie powinny trzymać słuchaczy w delikatnym napięciu. Pamiętajmy, że to jest pokolenie akcji, wychowywane na wartkości i szybkiej informacji. Dlatego kazanie nie może być zbyt długie i musi zawierać mocne punkty, które co chwilę pobudzają do myślenia. Niezwykle cenne są świadectwa.

 

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...