Nieodkryta spuścizna

Przeewodnik Katolicki 15/2011

Tragicznie przerwana prezydentura Lecha Kaczyńskiego należała do najbardziej wyrazistych światopoglądowo kadencji prezydenckich w polskiej historii najnowszej. Trudno było to jednak zauważyć w atmosferze ciągłych inwektyw, połajanek i kpin, jaką wytwarzano wokół głowy państwa

 

Jeśli za symbol demokracji mają uchodzić takie miejsca jak ateńska Agora czy Pnyks ze słynnymi dziesięcioma mówcami attyckimi, a poziom dyskusji w demokratycznym państwie, wprawdzie ma być żarliwy, ale kulturą przypominający raczej przyjazne debaty toczone przez perypatetyków przechadzających się w podcieniach Gymnásionu, to doprawdy w Polsce w okresie prezydentury śp. Lecha Kaczyńskiego mieliśmy do czynienia z drastycznym wykrzywieniem tego antycznego ideału.

W amoku szyderstw i kpin

Duża część tak zwanej klasy politycznej biernie przyglądała się, jak przeciwnicy prezydenta używają sobie na jego dobrym imieniu, bezwiednie upokarzając tym samym ponad 8 mln Polaków, którzy w II turze wyborów prezydenckich, w październiku 2005 r., właśnie Lecha Kaczyńskiego obdarzyli swoim obywatelskim zaufaniem, powierzając w jego ręce na kolejne pięć lat stery państwa. Przez te pięć lat byliśmy świadkami bezprzykładnej w ostatnim dwudziestoleciu fali ataków na urzędującego prezydenta.

Wyśmiewano go prawie za wszystko. Za sposób chodzenia i mówienia, za „nieuzasadnioną”, według niektórych polityków, chęć reprezentowania Polski w relacjach zagranicznych, za chęć „zajęcia” krzesła na europejskich salonach i za „bitwy” o samolot, jakie prezydent miał podobno toczyć. Nie słyszeliśmy głośnych protestów, gdy znani politycy opozycyjnej wobec obozu prezydenckiego partii insynuowali w niewybredny sposób rzekome problemy alkoholowe głowy państwa. Mimo że Lecha Kaczyńskiego nikt nigdy nie widział chwiejącego się nad grobami ofiar zbrodni katyńskiej z powodu „pourazowego zespołu przeciążeniowego goleni prawej”… Polskie elity polityczne okazały się też słabe i bierne, gdy polskiego prezydenta wykpiwały niemieckie media, porównując w 2007 r. do kartofla i szydząc z jego matki.

Dopiero wstrząśnięci niewyobrażalną katastrofą rządowego samolotu z Lechem Kaczyńskim i niemal setką innych wybitnych pasażerów na pokładzie, zaczęliśmy się kajać. Nagle zadano sobie pytanie, dlaczego media pokazywały prezydenta i jego otoczenie w krzywym kadrze, dlaczego przyzwalano na szyderstwa i wyśmiewanie urzędującego zwierzchnika państwa, z jakich powodów z telewizyjnych i prasowych relacji nazbyt często wycinano te relacje, które mogłyby ocieplić wizerunek Lecha Kaczyńskiego.

Cóż tu dopiero mówić o poznaniu tego, co prezydent Kaczyński miał do powiedzenia na temat Polski i wobec narodu, skoro medialna kampania skupiona była na – nietrudno to stwierdzić – propagandzie, agresji i nieistotnych mrzonkach. Były szef Gabinetu Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego, minister Maciej Łopiński napisał we wstępie do książki Warto być Polakiem: „Dla części z nas ta wizja (wizja Polski prezydenta Kaczyńskiego – przyp. red.) była i pozostanie inspiracją i źródłem nadziei, dla części stanie się ona raczej punktem odniesienia dla polemiki i krytyki. Okażemy jednak szacunek nie tylko zmarłemu prezydentowi, ale także Polsce i sobie nawzajem, jeśli postaramy się zobaczyć tę tragicznie przerwaną prezydenturę jako propozycję dla Rzeczypospolitej”.

Silne państwo

„To jest mój przekaz na dzisiaj: państwo polskie. Państwo, które od pięciu i pół wieku zwiemy Rzecząpospolitą. To wartość, na której dziś się trzeba koncentrować, która jest tak ważna, że od sprawności tej Rzeczypospolitej, tego właśnie państwa, zależy nasze przyszłe powodzenie” – mówił Lech Kaczyński 11 listopada 2009 r. Prezydent nie był etatystą. Jak większość Polaków doświadczonych w trudnych latach PRL-u, dostrzegał, ile zagrożeń niesie ze sobą wszechwładny aparat państwowy. Uważał jednak, że struktura państwa, jeśli tylko będzie przejrzysta, oparta na uczciwym prawie, demokratyczna i egalitarna, będzie miała szansę skupić wokół siebie większość obywateli, budujących w ramach państwa swoją pomyślność. „O sile państwa, o jakości i efektywności funkcjonowania jego instytucji decydują nie tylko przepisy i procedury. Nasz kraj potrzebuje kompetentnych, bezstronnych i lojalnych wobec państwa urzędników, o wysokich walorach moralnych i nowoczesnym myśleniu”. Dlatego tak ważna w politycznej działalności Lecha Kaczyńskiego była walka z biurokracją i korupcją – najcięższymi chorobami państwa.

Niektórzy zarzucali mu „socjalizm”, chcąc tę przypisywaną cechę skonfrontować z prawicowością prezydenta. Jeśli „socjalizmem” jest upominanie się o prawa ubogich, wyrzuconych na margines życia publicznego z powodu niskiego statusu materialnego, to istotnie prezydent był „socjalistą”. „Polsce potrzebna jest dziś ciężka praca – mówił 3 maja 2009 r. – nad uzdrowieniem państwa, które musi dawać ochronę słabszym i nie bać się silnych. Bo wobec Rzeczypospolitej, wobec Polski wszyscy obywatele są równi – niezależnie od tego, czy mają miliardy, czy jak większość z nas, Polaków, nie mają nic. Wszyscy są takimi samymi obywatelami”.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...