Rosyjska ruletka

Niedziela 15/2011

Obchody 70. rocznicy zbrodni katyńskiej były rozpisane pod dyktando Rosji. Po katastrofie smoleńskiej Putin również podyktował, jak ma wyglądać śledztwo

 

Wciągu kilku najbliższych miesięcy możemy usłyszeć pierwsze zarzuty dotyczące wątku organizacyjnego wizyty Prezydenta RP w Katyniu 10 kwietnia 2010 r. Patrząc na rolę, jaką odegrały w przygotowywaniu wizyty Kancelaria Premiera, MON oraz MSZ, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że na ławie oskarżonych może zasiąść reprezentacja tych resortów.

Katyń bez Kaczyńskiego

O tym, że między Kancelarią Premiera a  Kancelarią Prezydenta trwała wojna podjazdowa, wiedzieliśmy już od dawna. – Gra o osłabienie i ośmieszenie Prezydenta toczyła się w najlepsze. Nie przypuszczaliśmy jednak, że będziemy musieli walczyć nie tylko o krzesło w Brukseli, ale także podczas uroczystości 70. rocznicy zbrodni w Katyniu – mówi „Niedzieli” Adam Kwiatkowski, były pracownik Kancelarii Prezydenta RP.

Nikt nie spodziewał się, że w tę polityczną przepychankę włączy się też rosyjska dyplomacja, a rząd i MSZ zaczną grać z Putinem do jednej bramki, czyli przyczyniać się do osłabienia pozycji Lecha Kaczyńskiego.

Pierwszoplanowy cel był wzniosły. Premier Rosji zaprosił premiera Tuska do wspólnych obchodów w Katyniu. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie małe... ale. – Putin nie chce być w Katyniu tego dnia, co Lech Kaczyński – mówił 11 lutego 2010 r. Andrzej Kremer, wiceszef polskiego MSZ. Nieobecność prezydenta Kaczyńskiego była jednak na rękę rządowi. Premier Tusk po spotkaniu z premierem Putinem mógłby przecież ogłosić sukces swojej polityki wschodniej.

Po kilku tygodniach przepychanek problem nagle zniknął, gdy tylko dyplomacja ustaliła rozdzielenie wizyt – Tusk z Putinem będzie 7 kwietnia, a prezydent Kaczyński pojedzie dokładnie 10 kwietnia.

– Początkowo były kłody, kłody, kłody... aż w końcu odpuścili – wspomina Adam Kwiatkowski, który przygotowywał wizytę 10 kwietnia. Mimo tego w notatkach MSZ wciąż wizyta Prezydenta była pomijana lub traktowana po macoszemu. Jako zło konieczne.

Autokarowy areszt

Najsmutniejszy jest jednak fakt, że tej polsko-rosyjskiej współpracy nie zdołała przerwać nawet śmierć Lecha Kaczyńskiego. Już kilkanaście godzin po katastrofie przekonał się o tym na własnej skórze zrozpaczony brat Prezydenta. Choć samolot z Jarosławem Kaczyńskim wylądował wieczorem 10 kwietnia w Witebsku, o ponad godzinę wcześniej niż samolot rządowy, to jednak Tusk ze swoją ekipą był pierwszy na miejscu katastrofy. Jak to się stało?

Przeszkody pojawiły się tuż po przekroczeniu granicy Białorusi z Rosją. Autokar z Jarosławem Kaczyńskim został zatrzymany najpierw na jakieś 40 minut, a później ruszył i jechał po drodze szybkiego ruchu z prędkością 25 km/h. Kilkadziesiąt minut później wyprzedziła go kolumna limuzyn z rządem RP, która pędziła z prędkością ok. 180 km/h. – Do dziś trudno sobie wyobrazić, jak mógł się czuć Jarosław Kaczyński w tej sytuacji: rano zginął jego brat, a wieczorem blokuje mu się nawet dostęp do jego ciała. Autokar, którym jechał, musiał jeszcze stać kilkadziesiąt minut przed wjazdem na lotnisko. Było to zupełnie niezrozumiałe – mówi Kwiatkowski. Z relacji obecnych w Smoleńsku dyplomatów wynika, że decyzję o blokadzie autokaru podjął sam Putin. Po tym, jak Tusk razem ze swoim otoczeniem dotarli na miejsce katastrofy, rozpoczęła się kolejna odsłona tragicznego spektaklu, który z bliska obserwowali pracownicy Kancelarii śp. Prezydenta. – Minister Tomasz Arabski i Paweł Graś chcieli jak najlepiej rozegrać medialnie scenę spotkania Tuska z Putinem – mówi „Niedzieli” Marcin Wierzchowski z Kancelarii Prezydenta. Chodzili po płycie lotniska i mówili np., że w tym miejscu będzie ładne ujęcie, a jak przyjedzie Jarosław Kaczyński, to jeśli on wjedzie jedną stroną, delegacja premiera Tuska wyjdzie inną. Chodziło o to, by nie byli razem w jednym kadrze. O to dbało otoczenie premiera Tuska. Dla nas było to porażające. Wydawało nam się, że oni tego nie mówią, bo urzędnicy tego pokroju nie powinni na miejscu tragedii zajmować się medialnym reżyserowaniem sytuacji – wspomina Wierzchowski. – Oni jednak robili to z zimną krwią i pełnym „wyrafinowanym” profesjonalizmem.

Pod dyktando Rosjan

Dlaczego Putin chciał spotkać się tylko z Tuskiem, nadal pozostaje tajemnicą. Można tylko przypuszczać, że Kaczyński mógł wówczas popsuć szyki, domagając się np. międzynarodowego śledztwa. Natomiast sekwencja zdarzeń pokazała, że Tusk zgadzał się na wszystko, co zaproponowali Rosjanie.

Przyjęcie konwencji chicagowskiej ze strony polskiej odbyło się zupełnie po omacku. Początkowo żaden z rządowych urzędników nie miał pojęcia, jakie prawo należy zastosować przy badaniu tej katastrofy. O umowie wojskowej między Rosją a Polską z 1993 r., która w skórzanej oprawie leżała w archiwum MSZ, nikt nie miał pojęcia. Nie znał jej nawet słynny ekspert płk Edmund Klich. – Presja opinii międzynarodowej była tak wielka, że Rosjanie musieliby wówczas zgodzić się na wspólne śledztwo, a także tryby odwoławcze od raportu rosyjskiego MAK-u. Jak wiemy, obecnie żadne odwołanie Polsce nie przysługuje – mówi „Niedzieli” mec. Rafał Rogalski, pełnomocnik części rodzin ofiar katastrofy. –  Rząd nic nie zrobił, aby zabezpieczyć polskie interesy prawne, w tym wynegocjować zespół złożony z rosyjskich i polskich prokuratorów. Według opinii doc. dr Beaty Bieńkowskiej z Uniwersytetu Warszawskiego, były podstawy prawne do stworzenia takiego zespołu. Jednak zabrakło dobrej woli. 

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama