Być ręką kochającego Ojca

Różaniec 10/2011

Weszłam do kościoła św. Andrzeja Boboli i zaczęłam pytać Pana Boga, czy powinniśmy przyjąć to dziecko, czy nie jest to podyktowane tylko moimi pragnieniami i czy to będzie dla niego dobre. Wtedy mój wzrok padł na napis: „Kto przyjmuje jedno dziecko z tych moich najmniejszych, Mnie przyjmuje”.

 

– Od 2005 r. prowadzili Państwo Pogotowie Opiekuńcze (Betlejem), a od 2009 r. tworzą Rodzinny Dom Dziecka. Jak to się stało, że zdecydowali się Państwo poświęcić swoje życie potrzebującym dzieciom?

– Monika: W 1994 r. znajoma zaproponowała nam, żebyśmy zabrali 5-letniego chłopca na 2 tygodnie do siebie do domu. Wahaliśmy się, ponieważ mieliśmy wówczas troje dzieci i mieszkaliśmy u rodziców w 17-metrowym pokoju. Początkowo próbowaliśmy znaleźć rodzinę, która miałaby lepsze warunki, ale się nie udało. Byliśmy po trudnym okresie naszego małżeństwa, w czasie którego doświadczyliśmy, jak ważna jest rola mamy i taty. Ustaliliśmy, że skoro Pan Bóg uratował nasze małżeństwo, to my teraz chcemy pomagać innym. Mieliśmy w sercu pragnienie, by przyjąć tego chłopca, jednak po ludzku zastanawialiśmy się, czy to jest odpowiedzialne posunięcie. Weszłam do kościoła św. Andrzeja Boboli i zaczęłam pytać Pana Boga, czy powinniśmy przyjąć to dziecko, czy nie jest to podyktowane tylko moimi pragnieniami i czy to będzie dla niego dobre. Wtedy mój wzrok padł na napis: „Kto przyjmuje jedno dziecko z tych moich najmniejszych, Mnie przyjmuje”. I poczułam w sercu radość, że Jezus odpowiedział na moją prośbę dosłownie wprost. Wróciłam do domu i podzieliłam się z mężem tą wiadomością. Stwierdziliśmy, że skoro Pan Bóg daje nam taki konkretny znak, to przyjmiemy tego chłopca.

– Czy wakacje spędzone razem z chłopcem coś zmieniły?

– Monika: Oboje z mężem uważamy, że wraz z tym dzieckiem do naszego domu zawitał Pan Jezus, bo od tamtej pory nawet święta wyglądały inaczej – nie ukrywam, że wcześniej było różnie. Widziałam, że wszyscy się starają i w naszym domu zapanowały: wielka miłość i Boży pokój. Niestety, nie mogliśmy zabrać Maćka* na stałe ze względu na złe warunki mieszkaniowe.

– Przez kolejnych 11 lat zabierali Państwo dzieci z domu dziecka w soboty, niedziele i święta. Potem stali się Państwo rodziną zastępczą dla chłopca, który jako pierwszy gościł w Waszym domu. Jak to się stało, że założyli Państwo Pogotowie Opiekuńcze?

– Monika: Gorąco się modliłam: Panie Boże, jeżeli chcesz, abym zajmowała się tymi dziećmi z domu dziecka, to pomóż mi. Ja oddaję swoje ręce do pracy, daję swoje siły, ale nie mam zupełnie warunków lokalowych. To wszystko powierzyłam przy grobie sługi Bożego o. Józefa Kentenicha w Niemczech. Kiedy wróciłam do Polski, największym zdumieniem napełniło mnie to, że z niemiecką dokładnością spełniała się prośba po prośbie. Otrzymaliśmy mieszkanie 153 m2 na Brackiej. To był dla nas wielki szok. Cieszyliśmy się. Nie było jednak łatwo, musieliśmy ukończyć kurs, gdyż oprócz pięciorga własnych dzieci mieliśmy już – jako rodzina zastępcza – przyjętego Maćka. Kiedy szłam do ośrodka adopcyjnego z prośbą o możliwość opieki nad jeszcze innymi dziećmi, odczuwałam lęk, bo pomyślałam, że przychodzą tu małżeństwa, które w ogóle nie mają dzieci, i wiedziałam, że to nie będzie łatwy proces. Na początku panie stwierdziły, że szanują to, co robimy, ale ze względu na dużą liczbę naszych dzieci nie pozwolą nam na prowadzenie pogotowia ani domu dziecka, bo trzeba byłoby wtedy przyjąć sześcioro albo ośmioro dzieci. Pamiętam, że zawahaliśmy się, czy dalej w to brnąć, ale mąż powiedział, że jak już zaczęliśmy, to ukończmy te wszystkie kursy i zobaczymy, co będzie dalej. I rzeczywiście 18 października 2004 r. uchwalono nową ustawę, według której można było przyjąć do pogotowia opiekuńczego już nie sześcioro czy ośmioro, ale troje dzieci. To było niesamowite, bo przecież 18 października to dzień, kiedy sługa Boży o. Kentenich zawarł przymierze z Matką Bożą. Śmialiśmy się z mężem, że Pan Bóg zmienia nawet ustawy, żebyśmy mogli robić to, czego pragniemy. We wrześniu 2005 r. zaczęliśmy prowadzić Pogotowie Opiekuńcze. Przyjęliśmy troje dzieci i od tego wszystko się zaczęło. Kontynuowaliśmy nasze dzieło przez 4 lata. Czasami trafiały do nas dzieci, które urodziły się 18 października i te były uwikłane w najtrudniejsze sytuacje prawne. Mogły przebywać u nas tylko do czasu uregulowania tych spraw, czyli przez 15 miesięcy, a potem – jeśli nie znalazła się rodzina zastępcza lub adopcyjna – trzeba było je przekazać do placówki państwowej. Żadne z naszych dzieci tam nie trafiło – bardzo dziękowaliśmy za to Panu Bogu. Chcieliśmy, by dzieci były u nas dłużej, byśmy mogli bardziej im pomóc i w 2009 r. dostaliśmy dom z ogrodem, w którym obecnie mieszkamy. Dzięki temu stworzyliśmy Rodzinny Dom Dziecka.

– Jak wyglądają relacje między Państwa biologicznymi dziećmi a dziećmi przybranymi?

– Monika: Przed rozeznaniem i podjęciem tego, co teraz robimy, prosiłam Pana Boga: Jeśli miałabym zaszkodzić mojej rodzinie, to oddal ode mnie to pragnienie. Uważałam, że nie można pomagać komuś, niszcząc swoją rodzinę, bo to ona pierwsza została mi dana przez Boga i nie mogę pomagać komuś, jeśli w moim własnym domu jest coś nie tak. Mamy siedmioro swoich dzieci – jedno odeszło już do domu Ojca. I to jest łaska od Pana. Gdy zaczęliśmy brać dzieci z domu dziecka, to i nasi znajomi podjęli się tego samego wyzwania. Pamiętam, że nasze dzieci płakały, jak odwoziliśmy pozostałe do domu dziecka, a dzieci znajomych dostawały ataku histerii, jak te inne były przywożone. I wiem, że z tego powodu zrezygnowali, choć wyrażali szczerą chęć pomocy. U nas zaś było odwrotnie: dzieci płakały, nie rozumiejąc, dlaczego odwozimy ich nowych braci i nowe siostry do domu dziecka, dlaczego one nie mogą zostać, dlaczego nie mogą się dłużej pobawić z nimi. Miała też miejsce sytuacja, że dwóch najstarszych synów pojechało do sanatorium i wróciło ze zdjęciem chłopca, prosząc: „Mamo, tato, musicie mu pomóc, on jest z domu dziecka, on jest tam nieszczęśliwy”.

Czasem staramy się poświęcić więcej czasu naszym własnym dzieciom, by wiedziały, że nam na nich zależy, że są dla nas ważne. Razem z mężem zabiegamy o każde z nich, bez względu na to, czy ma 23 lata, czy 21 – bo tyle mają najstarsi synowie – czy 4 i pół. Pomimo iż zajmujemy się siedmiorgiem dzieci przyjętych, nasze własne latorośle nie zostały odstawione gdzieś na dalszy plan.

– Janusz: Relacje między dziećmi są dobre, aczkolwiek nie brakuje też i konfliktów – tak jak w każdej rodzinie. Różnica polega tylko na tym, że  gdy się pokłócimy publicznie, później też publicznie się przepraszamy. Staramy się uczyć dzieci, że każdy ma prawo się zdenerwować, każdy ma prawo źle się czuć, nie mieć humoru z różnych przyczyn. Gdy zdarzają się konflikty między jednym chłopcem a drugim, to potem biorę ich ze sobą na jakąś wycieczkę i wtedy zaczynają się integrować, a niejednokrotnie zaprzyjaźniają się. Czasami może pojawić się zazdrość o to, że jeden chłopiec na urodziny dostanie np. samochód sterowany radiem i wszystkie inne dzieci przypominają sobie, że one też miały urodziny, ale nie dostały takiego samochodu. Jest to nieuniknione przy takiej liczbie dzieci. Staramy się jednak wszystko tak organizować, żeby dzieciakom się podobało.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama