Piętno stalinizmu

Dałoby się wymienić kilka powodów, dla których warto zapoznać czytelnika z pracą Anny Bikont i Joanny Szczęsnej. Ale jest też co najmniej jeden, który może powstrzymywać pióro recenzenta – to emocje, jakie wzbudza Lawina i kamienie. Trzeba się opowiedzieć „za” lub „przeciw”. Znak, 7-8/2007




Jestem daleki od negowania dobrych intencji literatów decydujących się na poparcie systemu w okresie stalinowskim. Dobra wola jednak – jak powszechnie wiadomo – nie stanowi wartości samej w sobie. Zawsze trzeba pytać o jej skutki. Dobre intencje towarzyszyły przecież artystom, którzy zawierzyli ideologii faszystowskiej. Tak w przypadku komunizmu, jak i faszyzmu dobre zamiary nie oznaczają jeszcze, że w ich efekcie nie padną zdania obrzydliwe i nie powstaną książki haniebne.

Otrzymujemy publikację potężną objętościowo, naszpikowaną faktami z życia literatów, często znanymi tylko wąskiemu gronu specjalistów; sprawną językowo, z pewnością należącą do ciekawszych przykładów dziennikarskiego warsztatu. Lawinę i kamienie mimo wspomnianej nawałnicy informacji czyta się dobrze. Trudno nie docenić tych walorów, zwłaszcza warstwy dokumentacyjnej. Odbiorcę słabo zorientowanego w realiach epoki i dorobku poszczególnych autorów książka z pewnością przeprowadzi przez meandry skomplikowanej współczesnej historii Polski. Sedno sprawy kryje się wszakże nie w żmudnych rekonstrukcjach zdarzeń, lecz w ich interpretacji. A tej nie mogę przyjąć bez zastrzeżeń.

Nie będę oryginalny, jeśli powiem, że w dyskusji o postawach ludzi pióra w komunizmie należy odróżnić dwie kwestie: prawo tego, który zbłądził, do nawrócenia oraz uczciwe przemyślenie winy, uznanie i odcięcie się od niej. Gdy idzie o pierwsze zagadnienie, niechlubna przeszłość Woroszylskiego, Andrzejewskiego, Ważyka, Brandysa nie dyskredytuje ich jako dobrych pisarzy, a w perspektywie ich późniejszej aktywności opozycyjnej – jako ludzi, którzy zrobili wiele dla przemian społecznych w naszym kraju. Nie odbiera im legitymacji moralnej. Notabene jest coś dziwnego w tym, że mniej oczywiste wydaje się przyjęcie podobnego założenia w przypadku twórców uwikłanych w nazizm (kiedy sięgam po znakomite teksty Ernsta Jüngera, nie potrafię wymazać z pamięci jego opowiedzenia się po stronie hitleryzmu, którego najbardziej wyrazisty przykład stanowi powieść Der Arbeiter). Wszyscy, którzy odmawiają autorytetu naukowego i pozycji intelektualnej Leszkowi Kołakowskiemu, Zygmuntowi Baumanowi czy podważają wartość dzieł i wypowiedzi Konwickiego, bo mają w pamięci Władzę i Przy budowie, są osobnikami przepełnionymi goryczą.

Drugi problem jest innego rodzaju. Jeśli Ważyk, Konwicki czy Woroszylski nie zamierzali wracać do przeszłości, bo byli już zmęczeni ciągłym dopytywaniem, nękaniem o stalinizm, to mieli rację. Jednak żaden artysta zaangażowany w socrealizm nie może utrzymywać, że to, co było, nie jest warte analizy lub – co gorsza – bagatelizować swojej niechlubnej przeszłości. Posłuchajmy raz jeszcze Herberta z Hańby domowej: „Tak, to, co powinno nas łączyć, to pewna niezbywalność ludzkiego sumienia. Intelektualista jest po to, żeby myślał sam na własny rachunek, nawet przeciwko wszystkim, za to jest opłacany albo bity, wszystko jedno, to jest jego psi obowiązek – klerka”.

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama