Maria z Nazaretu

Wszystkim młodym kobietom, które przygarnia pod swój dach, Maria Bienkiewicz z Fundacji „Nazaret” powtarza jedno: „Nie zabijaj, niech twoje dziecko zobaczy słońce”. Magazyn Familia, 10/2008



„Jak z kropelek krwi – myślałam. Wchodziłam na korytarz szpitalny i widziałam siedem ekip zabiegowych w pogotowiu, siedem dziewczyn zdecydowanych na aborcje. Czułam stres tych lekarzy przez ściany, biegłam od jednej dziewczyny do drugiej i one wypisywały się ze szpitala. Brałam je jedną po drugiej. Do siebie”.

Na ten strych samotnych matek. Na Chełmską. Wilgoć płynęła po ścianach, bo Maria bez ustanku gotowała dziecięce ubranka, zbierane po znajomych i po nieznajomych. Wyprawki niemowlęce były przecież wtedy na karty ciążowe.

„Tak. Obiecywałam gruszki na wierzbie. Obiecywałam cuda. Że się nimi zajmę, że dziecko będzie zdrowe, że nie zabraknie im pieniędzy, pieluch, mleka ani dachu nad głową. Tak. Bałam się. Jechałam w sobotę do Częstochowy, stawałam w kaplicy i patrzyłam, jak ludzie niosą kwiaty. A ja nie mam kwiatów, Mamo – mówiłam, mam tylko te dzieci. Jedno bez domu, inne bez pieniędzy na życie. Jedno ma ojca schizofrenika i nawet jak się urodzi, to nie wiem, czy sobie poradzi…” A potem znowu zdarzały się cuda.

Cuda są możliwe

Jedno dziecko w albumie Marii jest inne. Chłopiec bez imienia. Ktoś zadzwonił, że na śmietniku mieszka dziecko. Pojechała. Chłopiec nie mówił. Nie znał odruchów cywilizacyjnych. Nie miał nawet metryki. Ciało miał w bliznach i ranach. Zabrała go do Fundacji Obrony Życia Dziecka.

„Gdzie dziecko? – zadzwonił kurator. – Proszę je natychmiast odprowadzić. Jak nie, dzwonię do prokuratury!”. „A ja do dziennikarzy. Pokażę im, do czego pan kurator dopuścił. Pokażę blizny po żelazku i papierosach” – nie przestraszyła się. Był rok 1994. Już się nie bała kuratorów i prokuratorów. Zamilkł, więc dodała: „Nie oddam go do domu dziecka”.

I chłopiec został. Znalazła mu rodzinę. Jest jedynym dzieckiem, które w albumie ma dwa swoje zdjęcia. Jedno z wesołego miasteczka. Drugie ze swego domu. Tego nowego, w którym nikt nie przypala mu stóp żelazkiem.

Ten chłopiec mówił do niej Maria, nie Magdalena. Bo wtedy odzyskała pierwsze imię.

Nie mieszka już na Chełmskiej. Teraz ma ciepło. I dużą kuchnię. I przedpokój z wielką szafą. Ale nie ma tam własnych rzeczy. Ma ubranka dla dzieci. Dla tych, co się dopiero urodzą, choć teraz ich mamy jeszcze o tym nie wiedzą. Jeszcze myślą o usunięciu ciąży. „O poszerzaniu granic wolności kobiety”, jak mówią jedni. O „zabijaniu nienarodzonych”, jak mówią inni. Wedle Światowej Organizacji Zdrowia jest ich 50-70 milionów rocznie. To w sumie taki kraj jak Niemcy…

Co się z nimi dzieje?

„Małe ciałka kończą w ubikacji, większe trafiają do Akademii Medycznej, a potem do utylizacji. Do spalenia. To samo spotyka dzieci z poronień. Matki nawet nie widzą ciał. Uważałam, że trzeba coś z tym zrobić”.


«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama