Z życia do życia

Zmartwychwstanie to największe dobro, jakie w ogóle mogliśmy otrzymać. Ale trzeba je nazwać dobrem trudnym. Zostaliśmy, jak uczniowie Chrystusa, tak przytłoczeni Jego śmiercią, że z ciężkim sercem wznosimy oczy ku niebu. Dlatego nasza nadzieja jest trudna... Idziemy, 23 marca 2008



Dlatego św. Jan w swojej ewangelii – jak pięknie ujął Hans Urs von Balthasar – gromadzi przy wydarzeniu męki i zmartwychwstania Chrystusa trzy przedstawicielki Kościoła kochającego: Marię z Betanii, która z miłości namaszcza Pana, mając na względzie Jego pogrzeb; Marię-Matkę, która pod krzyżem dokończyć musi swoje fiat oraz Marię Magdalenę, która w poranek wielkanocny zgodzić się musi na powrót Syna do Ojca, zrezygnować z zatrzymania Oddalającego się. Może więc trzeba dać się porwać żywiołowi nadziei, że w Bożych zamiarach mieści się i krzyż, naturalnie wpisany w ludzką codzienność. Przyjmujemy to Boże życzenie, ponieważ żyjemy w świecie pełnym cierpienia. Nie możemy pozostawić go poza sobą, jak minioną przeszłość, bo i sami bywamy powodem zła, często swoim zachowaniem oddalając innych od Boga.

Niesiemy też w sobie radość, gdyż jako kochający Boga Kościół oczekujemy, że wnet będziemy odkupieni i wybawieni ze swoich grzechów. Mamy jednak przed oczyma i na dnie serca cenę, jaką Jezus musi zapłacić za to odkupienie. Dlatego nasza radość jest radością, zachowującą w sobie coś szczególnie palącego, wewnętrznie trawiącego. Jesteśmy pocieszani tym, że dostąpimy radości zmartwychwstania, a ta wieczna radość nie będzie już miała owego palącego ognia.

Ale nie chodzi tu – podkreślam – o prostą relatywizację Krzyża przez radość Wielkanocną, lecz o akceptację Bożej tajemnicy, w głębi której tkwi krzyż Jezusa prowadzący do zmartwychwstania. Trzeba nawiązać do tradycji Nowego Testamentu, która daje podstawy do mówienia o mistyce krzyża. Bóg chciał zbawić człowieka w sposób zależny tylko od własnej woli, w porządku miłości. Cierpienie jako takie nie ma przecież sensu. Jezus raczej je umniejszał, wybawiał ludzi z drętwoty. Niemal cała Ewangelia to opis takiej Jego walki. Źródłem boleści nie jest Bóg. Kiedy mówimy, że krzyż Jezusa stał się drogą wybawienia, to nie tyle podnosimy do godności samo cierpienie, ile sposób, w jaki Jezus wypełnił wolę Ojca Niebieskiego, a my, biorąc z Niego przykład, możemy z cierpienia uczynić duchowy znak jedności z Bogiem. W jaki sposób? W Wielki Czwartek, w ostatni dzień życia Jezusa, dzień ustanowienia Eucharystii i kapłaństwa, uzyskaliśmy odpowiedź.



Uczta paschalna


Uczta w wieczerniku to uroczysta uczta paschalna. Jezus i uczniowie mieli tego świadomość. Wiedzieli też na pewno, w jak niebezpiecznej sytuacji się znaleźli. Mimo to nie rezygnują z uprzednio podjętych postanowień. Ważne jest to, abyśmy zrozumieli, że Jezus swoją nadchodzącą śmierć połączył z wręczeniem daru: chleba i kielicha wina. Wprawdzie spożywanie chleba i wina przy żydowskiej uczcie było stałym jej elementem, ale w wieczerniku nabrało ono nowego znaczenia w świetle zbliżającej się śmierci Jezusa. Jezus bowiem porównuje siebie do chleba i wina za pomocą słów, które w greckim języku brzmią soma i haima: ciało i krew. Odnoszą się więc do całej osoby. W innym wypadku – podpowiadają teologowie – Jezus użyłby popularnego wyrażenia: „dawać życie”. Jednakże termin „ciało” wiąże się bliżej z chlebem, a termin „krew” zbliża się bardziej do wina i wskazuje równocześnie na śmierć gwałtowną.


«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama