Z życia do życia

Zmartwychwstanie to największe dobro, jakie w ogóle mogliśmy otrzymać. Ale trzeba je nazwać dobrem trudnym. Zostaliśmy, jak uczniowie Chrystusa, tak przytłoczeni Jego śmiercią, że z ciężkim sercem wznosimy oczy ku niebu. Dlatego nasza nadzieja jest trudna... Idziemy, 23 marca 2008



Czy zatem można sobie wyobrazić ludzkie zbawienie bez ofiary krzyżowej Jezusa albo czy zbawienie mogło dokonać się inaczej? Dlaczego my, chrześcijanie oddajemy hołd i cześć krzyżowi? Pośrednio więc, być może, gloryfikujemy ból, cierpienie, śmierć! I wreszcie, jak pogodzić Ewangelię, czyli „dobrą nowinę”, i w ogóle radość wiary z krzyżem? Czy ofiara Jezusa na krzyżu to znak, że Bóg chce i naszego cierpienia?

Wiele też paradoksów odkrywamy w wypowiedziach samego Jezusa. Dowiadujemy się chociażby o niewidomym od urodzenia, poprzez którego dzieją się „Boże sprawy”. Przekonujemy się, że jeżeli ktoś z nas przypuszcza, że swój wzrok (a więc sens i jakość życia) zawdzięcza tylko sobie, ten właściwie trwa w ciemności; ten zaś z nas kto uważa, że wszystko zawdzięcza Jezusowi – ten dochodzi do pełni światła. Jak wybrnąć z tych interpretacyjnych kłopotów?



Wierzę, ale pytać trzeba


Mówiąc uczciwie, nie dysponuję jasną odpowiedzią. Moje serce i umysł są bezradne. Wierzę, że w Bogu ma sens wszystko, co jest życiem, trudem, pracą, twórczością, modlitwą, cierpieniem, bólem. „Wierzę – jak napisała Katarzyna Boruń – ale pytać trzeba”. Otóż właśnie! Pytam więc i usiłuję odpowiadać. Sytuacja zdaje się być następująca. Naszym Ojcem jest Bóg. Jako synowie bywamy przez Ojca karceni. To karcenie ma wychowawczy cel. Podobnie jak Jahwe-Bóg Izraela gromił swój krnąbrny lud, po to właśnie, aby „pomóc” w powrocie na właściwą drogę życia. Początkowo karanie boli, nie wydaje się przyjemne, raczej smutne. Później jednak sytuacja się zmienia: jesteśmy na ogół wdzięczni rodzicom za ich trud, bo rozumiemy, że w ten sposób dostąpiliśmy radości tego, co dobre, ku dobru prowadzące. Podobnie Bóg-Jezus swoich naśladowców sprowadza do krzyża i oczekuje od nich, że pojmą to jako „wychowanie” do radości; wychowanie umotywowane radością i z powrotem do niej prowadzące.

Przypuszczam, że potrafimy ten fakt przyjąć. Ale to chyba za mało. Trzeba bowiem zaakceptować coś bardziej niepokojącego, mianowicie bliskość radości i krzyża. Gdybym na przykład (proszę wybaczyć porównanie, ale to tylko na użytek tej wypowiedzi) był św. Janem, najbliższym przyjacielem Jezusa: jak przeżywałbym Boże cierpienie? Czy radowałbym się z tego, że On cierpi? Cóż, musiałbym, w miłości, z góry zgodzić się na tę straszną decyzję swego ukochanego Mistrza. Sam cierpiałbym i to moje cierpienie polegałoby ostatecznie na tym, że musiałbym pozwolić cierpieć Jezusowi bez sprzeciwu, bez możliwości ingerencji i położenia kresu temu cierpieniu. Lecz następuje zwrot. Jezus mówi: „Janie, twój smutek zamieni się w radość, tak dalece stanie się przeszłością, jak kobieta, która nie pamięta już o bólu, gdy dziecko jest na świecie”. Jezus żąda więc – aż trudno w to uwierzyć – od kochających Go uczniów, zatem i od nas dzisiaj, aby z radością zgodzili się na Jego mękę: „Gdybyście mnie miłowali, radowalibyście się, że idę (dodajmy: drogą krzyża) do Ojca”. I to żądanie pozostaje bezwzględne.



«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama