Żywych obcowanie. O teatrze.

Życie duchowe - Jesień/104/2020 Życie duchowe - Jesień/104/2020

„Sztuką jest wszystko to, bez czego można się w życiu obejść. Można, ale co to za ubogie życie” (Jerzy Wasowski)

 

„Sztuką jest wszystko to, bez czego można się w życiu obejść. Można, ale co to za ubogie życie” (Jerzy Wasowski)

Moja miłość do teatru budzi się i zasypia co jakiś czas. Nie ma stałych rytmów hibernacji ani ustalonych przypływów i odpły­wów. Ostatni rok był czasem teatralnego pobudzenia. Całkiem sporo zobaczyłam i sporo dzięki teatrowi przeżyłam. W środku sezonu nabyłam kartę widza w Starym Teatrze skuszona wizją poczynienia oszczędności, ale zanim koszty się zwróciły, nasta­ła pandemia. Ostatnie spektakle, które zobaczyłam, układają mi się w pewien logiczny ciąg – są jak przystanki na drodze, która miała mnie doprowadzić do teatru w sieci. Może to tylko próba poszukiwania powiązań między różnymi zdarzeniami i upatry­wania w zdarzeniach przeszłych zapowiedzi tego, co teraz, a może jednak coś więcej…

Na widowni

W grudniu w ramach festiwalu Boska Komedia udało mi się zo­baczyć w Teatrze im. J. Słowackiego warszawskie przedstawienie na podstawie najnowszej książki Doroty Masłowskiej pt. Inni ludzie. Zachwycona językiem poematu o Warszawie, ujęta em­patycznym przedstawieniem nie takich znowu sympatycznych bohaterów, oczekiwałam wiele od spektaklu w reżyserii Grzegorza Jarzyny. U Masłowskiej „inni” są jakoś do nas podobni: w poszukiwaniu bliskości, w pragnieniu bycia zauważonymi, w wierze, że jest w nich do odkrycia coś, co jeszcze wszystkich zadziwi, w tęsknocie za uznaniem i podziwem. U Jarzyny „inni” okazują się po prostu „gorsi”. Życzliwości wobec nich nie ma tutaj żadnej, stają się obiektem kpin i żartów. Poczułam się tym przedstawieniem „oddzielona” od bohaterów. Zresztą niejako podwójnie, bo aktorzy zbyt często grają nie tuż przed widzami, ale ukryci przed nimi. Oglądamy ich na wielkich ekranach, na których wyświetlane są też filmy, animacje i wideoklipy. Gubi się w tej wielości środków również język oryginału – najważniej­szy bohater Masłowskiej.

Z Panien z Wilka w reżyserii Agnieszki Glińskiej wystawianych w Starym Teatrze najbardziej zapamiętałam awarię multime­diów. Przedstawienie, którego scenografia oparta jest w dużej mierze na wyświetlanych obrazach – czasem bohaterek, czasem krajobrazu – w jednej chwili straciło kolory. Jednocześnie do dosyć monotonnego i leniwego spektaklu wkradły się prawdzi­we emocje. No bo, co to będzie dalej? Aktorzy grali jak gdyby nigdy nic jeszcze przez jakiś czas. Kiedy już przywykłam do my­śli, że spektakl zostanie dokończony w takiej minimalistycznej wersji, jedna z postaci (w stroju postaci i głosem postaci) popro­siła widzów o opuszczenie sali. Chwilę zajęło mi zrozumienie, że nie mówi do mnie postać – mąż Julii, ale aktor – Jacek Romanowski, w imieniu organizatorów. Ze względu na problemy techniczne zarządzono przerwę. Na jak długo? Nie wiadomo. Okazało się, że na dość długo. Podczas przerwy zastanawiałam się głównie nad tym, czy przedstawienie zostanie wznowione od momentu, w którym zostało przerwane, czy też może od chwi­li awarii multimediów. Wybrano drugi wariant. Widzowie zobaczyli powtórnie sceny sprzed przerwy. Wcześniej poważne stały się śmieszne, zyskały jakiś ironiczny cudzysłów. Jako widz poczułam się mało komfortowo. Przestałam „wierzyć” w świat przedstawiony. Pozbawiono mnie pewnej ułudy prawdziwości, bez której teatr traci coś cennego. Co to właściwie jest? Jak to nazwać? Nie wiem.

Na Wujaszku Wani w reżyserii Iwana Wyrypajewa w Teatrze Pol­skim w Warszawie siedziałam w pierwszym rzędzie. Pech chciał, że w tym przypadku nie był to wcale rząd najlepszy. Scena znaj­dowała się bardzo blisko i dość wysoko, dlatego całe przedstawie­nie oglądałam z żabiej perspektywy. Z dobrego przedstawienia zapamiętałam przez to między innymi ból karku i buty aktorek – Karoliny Gruszki i Marty Kurzak. Dotąd zdarzało mi się zwracać uwagę chyba tylko na „trochę ciasne” buty Panny Młodej w We­selu, teraz robię to już zawsze.

Dramatyczne nienasycenie

Niedługo potem zamknięto teatry. Repertuary rozwiały się jak dym na wietrze, a przecież widzowie mieli już swoje teatralne plany. Ważniejsze stało się jednak zdobycie płynu odkażającego, jednorazowych rękawiczek i zaplanowanie zakupów spożyw­czych. Ale gdy już wszyscy zrobili zapasy konserw, okazało się, że nie tylko nimi żyje człowiek. Twórcy pozbawieni zajęcia i wi­dzowie pozbawieni duchowej strawy spotkali się w sieci. Zare­agowałam entuzjastycznie. Teatry warszawskie i jeszcze dalsze na wyciągnięcie wifi. Byłam zachwycona tym, że we wtorek jestem w Łaźni Nowej, w sobotę w Teatrze Rozmaitości, a w niedzielę w Starym Teatrze. W inne dni bywałam w teatrze Ninateki. Opa­nowało mnie dramatyczne nienasycenie. Wreszcie nie trzeba liczyć się z kosztami, dojazdami, planować opieki nad dziećmi. Jakież to logistycznie proste! Jakie demokratyczne! Nie wyklu­cza nikogo finansowo, nie wyklucza nikogo ze względu na odle­głość od centrów kultury. Pierwszy dzwonek – włączyć kompu­ter. Drugi dzwonek – zgasić światło. Trzeci dzwonek – założyć słuchawki. I już…

Teatr nawet na ekranie dostarcza wielu wzruszeń. Poruszył mnie Krzysztof Globisz w Konformiście (reż. Bartosz Szydłowski), wypo­wiadający z trudem każde słowo, zmagający się z niepełnospraw­nością, tragiczny, komiczny, niezwykły. Ścisnął za gardło monolog Marka Kality w A(polonii) w reżyserii Krzysztofa Warlikowskie­go. Kalita wciela się w tym przedstawieniu w rolę syna Apolonii Machczyńskiej, która została zamordowana przez Niemców za ukrywanie Żydów. Syn po wielu latach, odbierając medal Yad Va­shem, oskarża matkę o to, że go opuściła; o to, że nie ocaliła swo­jego życia, ale cudze.

Wzruszający był dla mnie również powrót po latach do Niewiny (reż. Paweł Miśkiewicz). Zakochana w tym spektaklu widziałam go wiele razy. Miło było zobaczyć znowu Absolut (Ewa Kaim), Fa­dula (Jan Peszek), Panią Zucker (Iwona Bielska), starzejącą się fi­lozofkę Ellę (Urszula Kiebzak). Ale…

Bez wspólnoty teatralnej

No właśnie… Ze spektaklu na spektakl nienasycenie ustępowa­ło miejsca niespełnieniu. Takie bogactwo, taki wybór, a w efek­cie jednak brak. I nie mam tu na myśli wyłącznie słabej jakości niektórych nagrań, chociaż to również stanowi problem. Czasem dźwięk sobie, a obraz sobie – nie chcą działać w tym samym cza­sie. Czasem coś się „zawiesi”, jak to w internecie. Gdy w Pannach z Wilka posłuszeństwo wypowiedziały multimedia, widzowie jak kibice mogli jednak myśleć „nic się nie stało”, bo to, co najważ­niejsze w teatrze, pozostało – to coś, co rodzi się między aktora­mi a widzami, specyficzny rodzaj relacji. Aktorzy Starego Teatru zostali na koniec nagrodzeni brawami, które po części były wyra­zem uznania za to, że poradzili sobie z tą niekomfortową dla nich sytuacją. Gdy problemy techniczne zdarzają się podczas oglądania rejestracji spektaklu w sieci, reagujemy inaczej – irytacją i wście­kłym klikaniem. Nie ma bowiem teatralnej wspólnoty, obcujemy bardziej z techniką, a mniej z człowiekiem.

Biskość aktorów, którzy robią coś tu i teraz w mojej obecności, to sens teatru. Być może dlatego nadmiar ekranów w spektaklach budzi mój opór. Inni ludzie Grzegorza Jarzyny dali mi przedsmak teatru w sieci. Doskonali aktorzy Teatru Rozmaitości wyświetla­ni na ekranach, a jednocześnie chowający się za nimi. Nadmiar dźwięków i hałasu, w których gubi się tekst i słowo.

Ten nadmiar dźwięków w rejestracjach spektakli ma jeszcze inny wymiar. Mikrofon nie działa jak ludzkie ucho. Zbiera szumy, trza­ski. Słuchanie tego jest nieznośne. Czasem trudno wydobyć i usły­szeć głos aktorów, zwłaszcza kwestie wypowiadane ciszej. Nasze oko też działa inaczej niż kamera. Nie zawsze mam ochotę oglądać to, co proponuje mi operator. Ja chcę detal, on pokazuje całą sce­nę. Chcę widzieć to, co po prawej, ale on najwidoczniej zachwycił się tym, co po lewej. Tym razem chętnie zobaczyłabym na przy­kład buty, ale nie do mnie należy wybór. W teatrze zdarza mi się oglądać spektakl w niemal całkowitym skupieniu na jednym ak­torze. Tak oglądałam niedawno Rodzeństwo w reżyserii Krystiana Lupy – wodziłam wzrokiem za Małgorzatą Hajewską-Krzysztofik, reszta interesowała mnie mniej. Postać grana przez nią spędziła sporo czasu, siedząc na ławce ustawionej na skraju sceny, po lewej stronie, i tam też pozostała moja uwaga.

Czasem na ekranie nie widać prawie nic, bo rejestracje są tak słabej jakości. Jak piękna była scenografia Mariusza Grzegorzka w Woyzecku i jak wspaniale współgrały z nią światła Szymona Lenkowskiego, wydobywające co raz to inny szczegół i emocję, pozostaje mi sobie tylko wyobrazić. Jak współgrają ze sobą różne plany spektaklu w Cząstkach kobiety (reż. Kornél Mundruczó) czy w przedstawieniach Krzysztofa Warlikowskiego wykorzystu­jących sporą przestrzeń Nowego Teatru, pozostaje już całkowicie poza sferą mojej wyobraźni.

Po epidemii…

Czy teatr w sieci zastąpi nam teatr tradycyjny? Odpowiedź jest dla mnie jasna. To niemożliwe. Może pomóc nam przetrwać czas, kiedy nie możemy wybrać się pod swój ulubiony adres teatralny. Może być świetną okazją do poznania archiwalnych nagrań spek­takli od dawna niegranych. Może rozszerzyć nasze teatralne hory­zonty, bo pozwala nam zobaczyć spektakle teatrów geograficznie mniej dla nas dostępnych. I tyle – pogłębienie wiedzy o teatrze. Ale co wspólnego ma wiedza o teatrze z teatrem? Śmiem twier­dzić, że nie tak znowu wiele.

W styczniu po spektaklu w Starym Teatrze żartowaliśmy ze zna­jomymi, że nigdy jeszcze tak wiele osób na widowni nie kaszlało i nie pociągało zakatarzonymi nosami. Sami mieliśmy w tym swój mały udział. Trochę nam to może przeszkadzało w oglądaniu, ale z drugiej strony każdy z nas wiedział, że spektaklu nie opuszcza się z powodu kataru czy lekkiego przeziębienia. To była perspek­tywa przedepidemiczna. Dzisiaj, kiedy to piszę, pierwsze teatry informują o powolnym i ostrożnym otwieraniu się po epidemii. Zastanawiam się, co się stanie, kiedy ktoś na najbliższym spekta­klu zacznie kaszleć.

Ale nie boję się o teatr po epidemii. Są rzeczy, do których wróci­my, bo nic nam ich nie zastąpi. Będziemy szukać intensywności przeżyć, którą daje teatr poza siecią. Kiedy tylko uda się opanować sytuację, sama szybko ustawię się w kolejce razem z tymi, którzy chcą znowu poczuć „litość i trwogę” w bezpiecznej przestrzeni sali teatralnej.

Monika Rusin (ur. 1977), absolwentka polonistyki i pody­plomowych studiów teatrologiczno-kulturowych UJ, redaktorka w wydawnic­twie naukowym, lubi czarną kawę i dobrą literaturę.

«« | « | 1 | » | »»

TAGI| SZTUKA, TEATR

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama