Człowiek wobec natury – pan, niewolnik czy...?

Imago 1/2011 Imago 1/2011

Symbolem tej refleksji może być świeżo ścięte drzewo. Monumentalny pień leży obok wystającego z ziemi kikuta. Przerwana jedność – radykalizm śmierci. Sędziwy organizm nagle skazany na niebyt, właściwie już martwy, choć uparte tkanki wytrwale starają się zatrzymać życie i nadal rosnąć…

 

Monada czy organizm?

Kim jesteśmy dla natury i czym natura jest dla nas? Bez wątpienia od zawsze stanowi ona dla człowieka wyzwanie praktyczne i intelektualne. Stawia wiele pytań. Czy jawi się jako jedna (jeden organizm – Gaja), czy jako złożona z systemu niezliczonych osobnych organizmów? Innymi słowy: monistyczna czy pluralistyczna? W domu Haeckla – wielkiego biologa XIX wieku – w Jenie widziałem oryginalną szafkę z dwoma szeregami szufladek. Pedantyczny niemiecki profesor gromadził tam rozmaite materiały naukowe. Jedna z par oznaczona była napisami: „monismusversusdualismus”. Jedno czy wiele stworzeń? Albo jeszcze ważniejszy problem: czy pochodzimy z natury i istniejemy, będąc jej częścią, czy pozostajemy czymś całkowicie jej obcym? Powinniśmy panować czy się podporządkować? Dlaczego ona nas nie pojmuje, a my ją – tak?

Haeckel rozwiązał ten dylemat na swój sposób. W jego pokoju sypialnym naprzeciw łoża, na którym zmarł, wisi portret sympatycznego szympansa – „małpoluda”, czyli naszego praprzodka. W muzeum ewolucji, które dziś mieści się w domostwie naukowca, na końcu serii modeli przodków człowieka znajduje się… lustro. Oto przedstawiciel gatunku Homo sapiens z rzędu Naczelnych (Primates). Podobny zabieg widziałem w Kopenhadze, gdzie na wystawie poświęconej ewolucji istoty ludzkiej znalazła się ironiczna rekonstrukcja zwyczajnego mieszkania z telewizorem, przed którym gospodarz siedzi w fotelu z pilotem w ręce. W wyniku refleksji XVIII- i XIX-wiecznej uznaliśmy się za gatunek biologiczny, i TYLKO biologiczny. Dziwny to gatunek: tak się bujnie rozwija, że jego rozwój zagraża całej naturze! Jeden gatunek wypiera pozostałe lub usiłuje zaprząc je do pracy dla osiągnięcia własnych celów.

Kim jesteś, człowieku?

Dla Greków ta zagadka była tak niepokojąca, że zaczęli filozofować. Słynni presokratyczni filozofowie przyrody szukali arche, wikłając się w najrozmaitsze aporie i trudności. Już Anaksymander wywodził teorię ewolucji, a Leucyp – atomizm. Jednak zagadka pozostała nierozwiązana. Wraz z filozofią Sokratesa, Platona i – w pewnym stopniu – Arystotelesa, natura straciła swoją pozycję, na czoło wysunął się człowiek (a właściwie „nadczłowiek”) jako idea. Dla Platona świat zmysłowy stanowił złudzenie, liczył się jedynie świat ducha i abstrakcji. Czyli – wobec gry cieni w naturze – znów PAN? Ale co zrobić z kosmicznym porządkiem, tak doskonale wykrywanym i podziwianym przez presokratyków? Arystoteles – znakomity przyrodnik i dziedzic medycznej tradycji – rozumiał, że jesteśmy związani z naturą, uwikłani w nią poprzez naszą możność materialną (ciało), lecz tylko w jakiejś mierze, nie do końca. Jest w nas rozum – ab extrinseco, z zewnątrz (z niebios?). Filozof zatem przemyślnie rozstrzygnął napiętą kwestię stosunku człowieka do natury: ani PAN, ani NIEWOLNIK, ale trochę jedno, a trochę drugie. Czy jednak rozstrzygnął ją na zawsze? Chyba nie… Ostatecznie najlepiej poradził sobie z tym problemem św. Franciszek piętnaście wieków później. Odniósł się do natury po bratersku. To, co bytuje wokół nas, było dla niego nie tyle zagadką umysłową, polem ekspansji (natura jako niewolnik) czy źródłem rozpaczy i pesymizmu (natura jako pan), ile pieśnią słoneczną, przedmiotem kontemplacji, adoracji i zachwytu. Biedaczyna z Asyżu postrzegał naturę jako dar – jako coś, co z jednej strony ma swoją autonomiczną wartość, a z drugiej stanowi rodzaj przedłużonego ciała ludzkiego jako uprzywilejowane miejsce zrodzenia człowieka (patrz współczesna „zasada antropiczna”). A w każdym razie jako sposób przejawiania się wspaniałości Boga, cień Jego chwały.

Noblesse oblige

A zatem może trzeba być nie PANEM ani NIEWOLNIKIEM natury, ale jej… KRÓLEM? Co to znaczy? W średniowiecznej koncepcji król sprawował władzę w sposób szczególny –  z Bożej łaski. Był dany DLA tych, nad którymi panował, by im przewodzić, otaczać ich opieką i chronić. Jego siłę miała opierać się na rozumie i empatii. Nad wejściem do starodawnej auli Uniwersytetu Jagiellońskiego widnieje słynny napis: „Plus ratio quam vis” – „Bardziej rozumem niż siłą”. To dewiza królowania wedle metody rozumu, a nie odruchów. Kto może zdobyć się na właściwy stosunek do natury? Ktoś, kto ma rozum, okazuje się mądry. Ktoś, kto potrafi ją odczytać. Bo ona jest, jak utrzymywali Grecy, niczym kryptogram, list. Trzeba go odczytać i uszanować jego treść. Król szanuje poddanych i ich rozumie. Jak Piast, a nie Popiel – jak jeden z nich. I człowiek winien najpierw zdobyć się na ogólną mądrość, bo inaczej nie odczyta natury prawidłowo i nie będzie jej królem. Pozostanie mu zmaganie się i rola PANA lub NIEWOLNIKA albo – najczęściej – nierozumnego niszczyciela. A jeśli zniszczy naturę, to zniszczy i siebie.

Współczesne nurty ekologiczne usiłują nam tę królewską rolę zaproponować, ale nie są do końca mądre w swym zapale. Nie rozumieją zwłaszcza różnicy między nami a naturą. Stąd nie stają się królami natury, a jedynie oferują specyficzną duchową niewolę o posmaku panteistycznym. A tu trzeba wrócić do koncepcji św. Franciszka, może bł. Dunsa Szkota czy św. Alberta Wielkiego. Oni bardzo interesowali się naturą, byli z nią zbratani. Zwłaszcza św. Albert, wielki przyrodnik, rozumny kontynuator Arystotelesa i Teofrasta. Dominikanie przechowują piękną legendę o tym, jak to św. Albert z Kolonii odwiedzał Polskę, gdyż chciał zapobiec praktykowanemu przez Słowian dzieciobójstwu. Jeśli tak było, to widać tu troskę, aby istota ludzka rozumiała siebie. Impuls do tego rozumienia daje spotkanie z zewnętrznym światem, który trzeba odczytać. Człowiek zaczyna pracę intelektu nie od introspekcji, ale od oglądania tego, co zewnętrzne. I w wyniku spotkania z zadziwiająco uporządkowanym istniejącym światem – kosmosem ma rozpoznać siebie jako króla. Ma odkryć swoje szlachectwo osobowe i wielkodusznie opiekować się całym stworzonym nieosobowym światem, słuchając jego tętna. A jeśli to tętno zamilknie? Wtedy natychmiast zamilknie i nasze. Wystarczy, aby wyginęły tylko pracowite pszczoły, na co się być może obecnie zanosi w wyniku ludzkich działań. Nie będzie wtedy co jeść, bo zabraknie ich cierpliwego zapylania! A mądry św. Albert obserwował pszczoły, ks. Jan Krzysztof Kluk – polski przyrodnik w sutannie – odczytał ich „mowę”, a cierpliwy benedyktyn z Moraw, Grzegorz Mendel, odkrył geny każdego organizmu, posługując się jedynie pędzelkiem i notatnikiem w swoim klasztornym ogrodzie pełnym kolorowego pachnącego groszku.

A zatem natura to nie pustynia, nie dziki las, ale… ogród? Jednak aby był on zadbany, musi pojawić się i KRÓL – ogrodnik. Czy jesteśmy gotowi królować? Czy może nasz ogród dziczeje…?

Krzysztof A. Wojcieszek – biolog molekularny, filozof, profilaktyk (dr n. hum.), autor wielu programów profilaktycznych, kierownik Zakładu Pedagogiki Resocjalizacyjnej WSPR Pedagogium w Warszawie.
 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama