Innego końca świata nie będzie

Tygodnik Powszechny 14/2010

Człowiek zadomowił się w rzeczywistości, świat stał się stabilny i przewidywalny. Ponieważ Jezus niewiele powiedział o tym, co nas czeka w świecie przemienionym, czujemy wobec niego niepewność. A tu jest dom, samochód, lodówka...

 

 

Maciej Müller: Do Apokalipsy sięgamy niechętnie. Nietrudno wskazać powód: ta księga opowiada o dość przerażającej przyszłości.

Ks. Henryk Paprocki: Sam po raz pierwszy czytałem ją w liceum, ale bez lęku, traktując jako coś w rodzaju science fiction. Ta księga plastycznie opowiada o zjawiskach, które poprzedzą to, co umownie nazywamy końcem świata.

Umownie?

Bo żadnego końca świata nie będzie. Będzie zmiana rzeczywistości, w której żyjemy – św. Paweł pisze o nowej ziemi i nowym niebie. Dla chrześcijan myśl o paruzji powinna polegać na pełnym radości oczekiwaniu na Chrystusa. Apokalipsa kończy się optymistycznym wezwaniem: „Tak, przyjdź Panie Jezu”. Ale to radosne oczekiwanie zaczęło ulatniać się z Kościołów już w pierwszych wiekach. Chrześcijanie zaczęli się koncentrować na tym, że eschatologia oznacza kres, po którym nastąpi jakieś bliżej nieznane życie wieczne o charakterze duchowym. Prawie nie wspominano o Bożym miłosierdziu i o powszechnym zmartwychwstaniu – a to przecież najistotniejszy element końca czasów. Chrześcijaństwo, zwłaszcza zachodnie, zaczęło się orientować w kierunku pedagogii strachu.

Inni mogli czuć się oszukani: Chrystus mówił, że Jerozolima zostanie zniszczona, a „wkrótce potem” nastąpi kres.

Literalnie czytając Ewangelię uważano, że paruzja nastąpi za pierwszych pokoleń chrześcijan. To błąd interpretacyjny: zwróćmy uwagę, kto wypowiada te słowa: Bóg wcielony. On patrzy na rzeczywistość z perspektywy wieczności, tysiąc lat jest dla Niego jak dzień. Kiedy mówimy: „Pamiętaj, Boże, o Twoim Kościele”, odnosimy Kościół do wiecznej teraźniejszości Boga. W cerkwi modlimy się o „wieczną pamięć dla sług Bożych” – to prośba, by Bóg zachował ich w swojej pamięci, która jest wieczna. O czym Bóg pomyśli, to istnieje.

Kiedy koniec świata nie nastąpił, chrześcijanie, nie rozumiejąc przyczyn, zaczęli spychać eschatologię w daleką przyszłość. Kościół przychylał się do takiego myślenia wobec zagrożenia płynącego z herezji millenarystów, później bogomiłów czy albigensów, którzy głosili rychły koniec świata, wzywali do pozbywania się majątków, powstrzymywania się od współżycia seksualnego – a w rezultacie ludzie zaczynali żyć w niezdrowej euforii czy wręcz histerii. Kościół zdystansował się od eschatologii, bo człowiek ze wszystkiego potrafi zrobić herezję. Z końca świata również.

I dzisiaj niewiele mówi się w katechezie o paruzji.

Wszystkie Kościoły mają z tym problem. W XIX i XX w. kilkakrotnie wieszczono koniec świata, a ostatnio głoszona data to rok 2012. Chyba eschatologia nam spowszedniała, związane z nią zjawiska obserwujemy w programach opowiadających o komecie, która zniszczy ziemię, albo o globalnym ociepleniu, przez które zaleje nas rozpuszczony lód z biegunów. Tego rodzaju fałszywe proroctwa prowadzą do tego, że dla przeciętnego chrześcijanina eschatologia jest czymś zaliczanym do dziedziny fantastyki.

Z drugiej strony jesteśmy uwięzieni w światopoglądzie naukowym. Skoro z nauki nie wynika, że jakaś kosmiczna katastrofa miałaby się w najbliższym czasie zdarzyć, to nie ma się czego obawiać.

Ale nauka nie jest w stanie odpowiedzieć na pytanie, czy w mechanizmie naszego systemu słonecznego nie ma jakiegoś mechanizmu autodestrukcji. Nauka może tylko konstatować fakty.

Dwie hipotezy z brzegu: może za 5 miliardów lat Słońce pochłonie Ziemię jako czerwony olbrzym, a może wszechświat będzie się rozszerzał w nieskończoność, a jego temperatura w końcu spadnie do zera absolutnego...

To perspektywa tak odległa, że człowiek nie zawraca sobie nią głowy. Potrafimy myśleć w kategoriach stu lat, a nie miliardów. Zresztą do tego czasu pewnie byśmy skolonizowali inny układ planetarny, więc ta perspektywa nie budzi specjalnego niepokoju.

Opis podany przez Jezusa mówi wyraźnie o kataklizmach o charakterze kosmicznym: moce niebios zostaną poruszone, gwiazdy zaczną spadać. Po tych zjawiskach ukaże się znak Syna Człowieczego, krzyż, i rozlegnie się trąba. Do tego dochodzą zjawiska dziejące się bliżej: głód, epidemie, trzęsienia ziemi.

Bóg obiecał, że potopu więcej nie będzie.

I obietnicy dotrzyma. Tylko czeka nas coś znacznie gorszego, co wyklucza możliwość uratowania się nawet tych, których stać by było na budowę jakiejś współczesnej arki.

Bóg chce nas przestraszyć?

On nie chce w nas wzbudzać strachu, który paraliżuje. Bojaźń Boża jest błogosławiona. Kiedy Mojżesz chciał zobaczyć Boga, usłyszał, że każdy, kto ujrzy Jego oblicze, musi umrzeć. Jezus jako Zmartwychwstały mówi do Marii Magdaleny: „Nie dotykaj Mnie”. Rzeczywistość Boża jest tak różna od ludzkiej, że człowiek po grzechu pierworodnym i w obecnej mizernej kondycji moralnej nie potrafi jej pojąć ani zaufać. I ona powinna wzbudzać to, co religioznawcy nazywają „misterium tremendum” – tajemnicą budzącą bojaźń.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama