Znałam Księdza Jerzego

Niedziela 23/2010

Kiedy poznałam ks. Jerzego Popiełuszkę, byłam w trzeciej klasie liceum. W liceach warszawskich trwała wtedy walka o to, żeby w salach szkolnych mógł wisieć krzyż. Moje liceum należało do bardziej zaangażowanych w tę walkę.

 

KS. INF. IRENEUSZ SKUBIŚ: – Była Pani świadkiem życia błogosławionego kapłana męczennika Jerzego Popiełuszki. Jak zanotowała Pani w swojej pamięci jego postać?

JOANNA GRZYBOWSKA: – Kiedy poznałam ks. Jerzego Popiełuszkę, byłam w trzeciej klasie liceum. W liceach warszawskich trwała wtedy walka o to, żeby w salach szkolnych mógł wisieć krzyż. Moje liceum należało do bardziej zaangażowanych w tę walkę – wspaniałe liceum żoliborskie, związane z historią oficerskiego Żoliborza, obecnie Gimnazjum i Liceum im. Stefanii Sempołowskiej. Zostało założone w 1935 r. jako Gimnazjum Żeńskie im. Aleksandry Piłsudskiej, z przeznaczeniem dla córek oficerów, współpracowników marszałka Józefa Piłsudskiego. W latach 80., jako młodzież licealna, czyli taka, która zaczyna bardziej myśleć i baczniej obserwować to, co dzieje się dookoła – a było wiele różnych spraw – uczestniczyliśmy czynnie może nie tyle w strajku w Wyższej Szkole Pożarniczej, ile w jej oblężeniu. To znana sytuacja. Ksiądz Jerzy brał udział w strajku i wspierał studentów tej uczelni. Kiedy nasilały się apele uczniów o to, żeby krzyże mogły znaleźć się w salach lekcyjnych, dyrekcje liceów – nie tylko mojego – nie wyraziły na to zgody i kazano krzyże pozdejmować. Podjęliśmy wtedy decyzję, że zwrócimy się do Księdza Jerzego, by te krzyże, wyrzucone tak brutalnie, przechować w godnym miejscu, bo – wierzyliśmy – przyjdzie czas, kiedy będą  mogły powrócić do sal szkolnych. Została przygotowana specjalna plansza i krzyże z warszawskich liceów zawisły na niej w kościele, na tyłach prezbiterium między kolumnami. Później na sąsiedniej planszy zawisły tarcze szkolne – nie tylko z Warszawy, ale i z całej Polski.

Przy okazji tej walki o krzyże poznałam Księdza Jerzego. Pierwsze moje spotkanie było szczególne. Otóż bardzo boję się psów. Kiedy zadzwoniliśmy do Księdza Jerzego, w domu rozległo się szczekanie psa. W pierwszym porywie powiedziałam: – Nie idę, boję się psa. I już chciałam pożegnać się z grupą, z którą udawałam się do Księdza Jerzego, ale było za późno, bo drzwi się otworzyły. Ukazał się w nich... pies, który wybrał mnie sobie, wskoczył mi na ramiona i zaczął lizać. Był to młody piesek o znaczącym imieniu – Tajniak. Zamarłam, ale później przekonałam się do niego, a nawet zaprzyjaźniliśmy się. Cieszyłam się, że nie odeszłam od tych drzwi, bo oznaczałoby to straconą szansę na poznanie wielkiego, wspaniałego człowieka i kapłana.

Zaczęliśmy z Księdzem rozmawiać o sytuacji w szkołach, o naszych zainteresowaniach, planach. Ponieważ w każdą ostatnią niedzielę miesiąca były odprawiane Msze św. w intencji Ojczyzny, które miały szczególną oprawę – m.in. na zakończenie recytowane były poezje przez kwiat aktorstwa warszawskiego i nie tylko – Ksiądz zapytał, czy możemy pomóc w ich przygotowaniu, w wyszukiwaniu tekstów, które tematycznie byłyby dopasowane do danej Mszy św. i mogłyby ją ubarwić. Nie wszyscy z naszej grupy się zaangażowali, ale ja bardzo wzięłam sobie do serca prośbę Księdza Jerzego i rozpoczęłam wyszukiwanie tekstów i poezji. Czasami je przepisywałam, czasami przynosiłam Księdzu książki. Teraz myślę, że lepiej było, iż przynosiłam książki, ponieważ pozostał mi ślad, pamiątka zapisków Księdza, które robił przy wybranych przeze mnie wierszach.

Poza tym literackim przygotowaniem Mszy św. byłam też obecna w kościele jako uczestniczka Eucharystii. Nie jestem parafianką kościoła św. Stanisława Kostki, ale kiedyś do tej parafii należeli moi rodzice i dlatego bywałam tam na wszystkich Mszach św. niedzielnych. Także na Mszach św. za Ojczyznę.

Ksiądz Jerzy był zawsze bardzo skupiony, przeżywał każdą Mszę św. – był niezwykle uduchowiony. Było w nim tyle spokoju, dobroci i łagodności, że zdziwienie może budzić fakt, iż ktoś – a, niestety, wiele było takich osób – widział w nim osobę wojującą czy nawołującą do czegoś złego czy do nienawiści.

Znaczącym momentem było moje ostatnie spotkanie z Księdzem Jerzym, dwa dni przed jego porwaniem. Odprawiał Mszę św. i po niej, po wyjściu z zakrystii – a był wtedy dżdżysty, nieprzyjemny październikowy wieczór – rozmawialiśmy chwilę przed kościołem. Był bardzo smutny. Powiedział, że nie ma tyle czasu, by spokojnie porozmawiać, że ma ciągle dużo wyjazdów, że jeszcze w tym tygodniu jedzie do Bydgoszczy, ale potem nie ma już jakichś specjalnych planów i jak wróci, to porozmawiamy dłużej. Chwilę się zastanowił, spojrzał i powiedział: – Tylko nie wiem, czy wrócę... To było moje ostatnie spotkanie z Księdzem Jerzym.

– Czy należała Pani do grupy systematycznie spotykającej się z ks. Popiełuszką? 

– Ks. Jerzego Popiełuszkę poznałam już dosyć późno, to był początek 1984 r. W czasie tych spotkań był on już oblegany przez różne grupy. Miał dużo spotkań ze studentami, z robotnikami, z przedstawicielami służby medycznej, często wyjeżdżał, był też często wzywany na przesłuchania. Nie było więc komfortu systematycznych spotkań. Nie należałam do grupy studentów, których Ksiądz Jerzy otaczał swoją opieką, czy do jakiegoś środowiska, z którym się spotykał. To nie były spotkania systematyczne, grupowe, raczej doraźne i szybkie, żeby mu nie zawracać głowy, by w obliczu różnych spraw – tak to widziałam – pomóc Księdzu, a nie przeszkadzać. Jeśli miałam coś zrobić, przynieść, starałam się to szybko załatwić. Jeśli prosił, by wyjść na spacer z Tajniaczkiem, wychodziłam. To nie były spotkania dyskusyjne i przede wszystkim nie były systematyczne.

 

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama