Proces toruński – przemilczane pytania

Niedziela 44/2012 Niedziela 44/2012

„Koniec procesu. Ale czy koniec sprawy?” Tymi słowami zakończyłem relację z 40-dniowego toruńskiego procesu sprawców porwania i śmierci ks. Jerzego Popiełuszki. Cenzor skrócił ją o całość drugiego zdania...

 

Tak niewinne zapytanie zawierało aż tak zbrodniczy potencjał. To pobudzało ciekawość, co tak naprawdę znajduje się w kilkunastu tomach akt śledztwa, oprócz serwowanych nam fragmentów. Pozostawała tylko wyobraźnia, gdyż wtedy – w 1985 r. – nikt nie marzył, aby kiedykolwiek można było zaspokoić ciekawość, uzyskawszy do nich dostęp. Nic więc dziwnego, że było dla mnie wielkim przeżyciem, kiedy po ponad dwudziestu latach w czytelni IPN-u mogłem je wszystkie przestudiować.

Po ich lekturze dojmującym odczuciem jest przeświadczenie, że proces miał zawczasu wytyczoną logikę i zakres, a opinia publiczna dostała niezweryfikowany obraz porwania i zabójstwa księdza – taki, jaki przedstawili sami oskarżeni. Obraz ten powstał z niedoróbek śledztwa, ale i pominięcia przez sąd niektórych jego ustaleń, zupełnie odmiennie przedstawiających przebieg zdarzeń z tamtej październikowej nocy 1984 r. Ta lektura wyjaśniła też, dlaczego, posługując się różnymi sztuczkami, sąd nie chciał wezwać na przesłuchanie niektórych osób.

Co poprzedziło zbrodnię?

Jak zatem wyglądał obraz porwania i zamordowania ks. Jerzego Popiełuszki przedstawiony przez sprawców? Trzech oficerów Służby Bezpieczeństwa, zajmujących się w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych sprawami Kościoła katolickiego, sfrustrowanych dotychczasowymi nieudanymi działaniami, które miały przerwać duszpasterską działalność ks. Jerzego Popiełuszki, postanowiło rozwiązać to po swojemu. Nie udała się próba spowodowania wypadku drogowego 13 października 1984 r. przez rzut kamieniem w przednią szybę samochodu, którym ksiądz wracał z Gdańska do Warszawy. W następnym tygodniu, 19 października, pojechali do Bydgoszczy, gdzie w kościele Świętych Polskich Braci Męczenników ksiądz odprawiał wieczorne nabożeństwo różańcowe. Kiedy ok. 21.30 wiozący go Waldemar Chrostowski wyruszył w drogę powrotną, pojechali za nimi. W miejscowości Górsk z wyprzedzającego ich samochodu Waldemar Chmielewski, ubrany na tę okazję w mundur milicyjny, dał znak świetlny, aby się zatrzymali. Kierowca samochodu księdza zatrzymał go tak, że znaleźli się kilka metrów przed samochodem zatrzymujących. Najpierw, pod pozorem kontroli trzeźwości, sprowadzony został do samochodu porywaczy kierowca. Tam założono mu kajdanki na ręce, a siedzącemu za kierownicą Leszkowi Pękali kazano go pilnować. Dwóch porywaczy – Grzegorz Piotrowski i Waldemar Chmielewski – poszło następnie do samochodu po pasażera, ks. Popiełuszkę. Wszyscy trzej porywacze, jak również siedzący już w ich samochodzie Waldemar Chrostowski, zgodnie zeznawali, że wysiadający z oporami z pojazdu ksiądz został przyprowadzony na wysokość bagażnika samochodu porywaczy i, już tylko według zeznań porywaczy, został pobity, a nieprzytomnego związano i wrzucono do bagażnika samochodu. W ciągu trwającej, według nich, 3-, 4-minutowej akcji nie mijał ich żaden samochód. Dopiero po włożeniu księdza do bagażnika zobaczyli światła samochodu zbliżającego się od strony Bydgoszczy, czyli jadącego w tym samym kierunku. To sprawiło, że odjeżdżali z miejsca porwania w przyśpieszonym tempie. Po kilku kilometrach jazdy w miejscowości Przysiek, po wyprzedzeniu przez porywaczy fiata 126p, Waldemar Chrostowski wyskoczył z samochodu. Ci pojechali dalej. Chrostowski próbował zatrzymać dopiero co wyprzedzonego fiacika, ale jadący nim nie zatrzymali się. Pobiegł do oświetlonego pobliskiego zabudowania, którym okazał się hotel pracowniczy. Recepcjonistka wezwała pogotowie ratunkowe, które, na prośbę Chrostowskiego, zawiozło go najpierw pod plebanię kościoła Mariackiego w Toruniu. Tamtejszy proboszcz, po wysłuchaniu jego relacji, namówił go, aby pojechał do szpitala. Karetka zawiozła go do szpitala, ale wkrótce pojawił się tam prokurator i nakazał przewiezienie go do kliniki milicyjnej. W rzeczywistości okazało się, że został przewieziony do budynku toruńskiej komendy milicji. Podczas przesłuchań odtworzył przedstawiony wyżej przebieg zatrzymania samochodu i swojej ucieczki.

Co zeznali sprawcy?

Dalsze wydarzenia i działania porywaczy po ucieczce Chrostowskiego znane są tylko z ich własnych, zresztą zgodnych, zeznań. Siedzący na tylnym siedzeniu Piotrowski miał zauważyć przez tylną szybę, że znajdujący się w bagażniku ksiądz wypycha pokrywę bagażnika. W dodatku jakiś nienaturalny dźwięk spowodował, że kierowca skonstatował, iż samochód uległ uszkodzeniu, bo nie mógł utrzymać dotychczasowej prędkości. Zatrzymali się zatem na parkingu, jeszcze na prawym brzegu Wisły, w pobliżu toruńskiego mostu drogowego i hotelu „Kosmos”, aby zaradzić obydwu problemom. Doszli do wniosku, że wyciekła część oleju. Kiedy kierowca otworzył bagażnik, ksiądz miał wyskoczyć z niego i próbować ucieczki. Dopadnięty przez porywaczy, został na nowo skatowany, związany i ponownie wrzucony do bagażnika. Przejechali mostem i skierowali się na drogę prowadzącą do Włocławka. Przy wyjeździe z miasta zatrzymali się w pobliżu stacji benzynowej i jeden z nich poszedł dokupić oleju, a pozostali starali się nie dopuścić, aby ksiądz, który widocznie znowu odzyskał przytomność i siły, wypchnął pokrywę bagażnika. Ujechali więc kawałek, skręcili do lasu, zbili kapłana, jeszcze dokładniej go skrępowali i – jak sami przyznali – nieprzytomnego wepchnęli do bagażnika. Po kilkunastu kilometrach znowu spostrzegli, że ksiądz wypycha pokrywę. Wjechali w głąb lasu, wyjęli go, dodali kilka ciosów drewnianą pałką, w usta wcisnęli knebel i przymocowali go plastrami. Na koniec, odtwarzając dokładnie sposób stosowany przez mafię włoską, do podkurczonych nóg ofiary przywiązali worek z kamieniami, a podtrzymujące je sznury poprowadzili wokół gardła, aby każdy ruch wyprostowujący nogi zaciskał sznur na gardle i dusił księdza. Kiedy dojechali do Włocławka, dwukrotnie natknęli się na posterunki milicji drogowej. Za każdym razem, pokazując przez szybę specjalną przepustkę, byli przepuszczani bez zatrzymywania się i kontroli. Najpierw skierowali się w stronę Płocka, ale zaraz zawrócili i ponownie, mijając bez zatrzymania ten sam patrol drogowy, wjechali na tamę. Dojechali do końca, wyjęli obciążonego workiem z kamieniami księdza i wrzucili do Wisły. Według nich, była dokładnie północ. Przez Lipno wrócili do Warszawy.

Co wynika z akt?

Pozwoliłem sobie przypomnieć tę funkcjonującą od czasu rozprawy toruńskiej wersję wydarzeń, aby na jej tle, odwołując się do stwierdzeń znalezionych w aktach śledztwa, ukazać różnice przez sąd pominięte milczeniem.

Jednymi z pierwszych, którzy zetknęli się z tą sprawą, byli lekarz, sanitariusz i kierowca – obsada karetki pogotowia. Wszyscy trzej panowie zgodnie zeznali, że kiedy wieźli Waldemara Chrostowskiego do Torunia, to mówił im, że jadąc z księdzem, w światłach swego samochodu zauważył na poboczu stojącego funkcjonariusza ruchu drogowego, który latarką dawał mu znak zatrzymania. Obok funkcjonariusza stał samochód – fiat 125p i dwie osoby ubrane po cywilnemu. Sam Chrostowski dwie godziny później w zeznaniach na komendzie toruńskiej relacjonował, iż samochód jechał za nimi. Czy to, co zeznała załoga karetki, było tylko przejęzyczeniem Chrostowskiego, czy oni trzej źle zapamiętali jego pierwszą chronologicznie relację z porwania? O tę zasadniczą sprzeczność sąd nie pytał Chrostowskiego ani nie wezwał na rozprawę załogi karetki.

Kiedy, po zawiadomieniu przez ks. Nowakowskiego, milicja drogowa odnalazła samochód, którym podróżował ks. Popiełuszko, dyżurny komendy toruńskiej skierował tam milicjanta z psem tropiącym. Milicjant dotarł tam o 23.40, czyli w niecałe dwie godziny po porwaniu. Przewodnik powtórzył później ze trzy, cztery razy: pies zawsze dochodził do tego samego miejsca, zaczynał krążyć wkoło. Doświadczenie i logika podpowiadały przewodnikowi, że w miejscu, w którym pies tracił ślad księdza, mógł stać inny samochód. Pozostają więc w całkowitej sprzeczności zeznania zarówno trójki oskarżonych, jak i Waldemara Chrostowskiego. Wszyscy oni bowiem zgodnie twierdzili, że ksiądz prowadzony był do samochodu porywaczy, stojącego za samochodem, z którego go wyprowadzono, czyli w kierunku przeciwnym do wskazanego przez psa. Komu wierzyć – bezstronnemu psu czy ludziom uczestniczącym w całym zdarzeniu? Sąd nie zajmował się takimi problemami. Prawdopodobnie uznał za najprawdziwszą tę wersję, którą kilkanaście godzin po porwaniu przesłano zdumiewającym w swej treści szyfrogramem z komendy toruńskiej do Biura Śledczego MSW: „Użyty na miejscu pozostawienia samochodu marki Volkswagen pies tropiący nie podjął śladu”. W tymże szyfrogramie zasygnalizowano – i nigdy już potem – wspomnianą wyżej sprzeczność zeznań Chrostowskiego i załogi karetki.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama