Sumienie, godność i lustracyjne echa

Trudno znaleźć w dzisiejszych niespokojnych czasach kogoś, o kim moglibyśmy ze spokojnym zaufaniem powiedzieć, że zabiera głos w tej debacie, bo kieruje nim troska o zbawienie dusz chrześcijańskich. Przegląd Powszechny, 6/2007



Kiedy niedawno, po kilkunastu miesiącach oczekiwania, szedłem do czytelni w jednej ze Świątyń Pamięci Narodowej (oddziału firmy zwanej przez ustawodawcę skromniej, po prostu Instytutem, w skrócie IPN), by zajrzeć do moich akt, do mojej teczki, nie szedłem beztrosko, z lekkim sercem. Mogłem sobie co prawda nawet na czole przykleić napis: „W rozumieniu ustawy: POKRZYWDZONY”, ale onieśmielała mnie wielka, religijna prawie powaga tej instytucji, jej olbrzymie kompetencje i wpływy, wobec których znajdujące się w pobliżu gmachy Sądu Najwyższego wydawały się optycznie maleć, karłowacieć. Wiedziałem też, że nie ma dziś spraw, które byłyby przedawnione albo na tyle błahe, by można je zadekretować jako należące do kompetencji Sądu Ostatecznego. Pamiętałem, o pamiętałem dobrze to zdanie: Każdy żyjący człowiek ma w życiorysie jakieś mętne lub podejrzane sprawki, każdy coś przeskrobał albo coś ukrywa – trzeba się tylko dobrze przyjrzeć. Przypomniałem sobie też, że w żaden sposób nie zasłużyłem na łaskę późnego urodzenia po 1 sierpnia 1972 r. Ja w moim życiu wypełniałem przecież wiele ankiet i mogłem się im w czytelni Instytutu przyjrzeć. Przyjrzeć, ale przecież nie okiem fachowca, który zna się na muzyce tych stron.

Po powrocie do domu sięgnąłem po stary tom Sołżenicyna. Od wielu lat – już prawie dwudziestu – Rusanow zajmował się ankietami. W rożnych instytucjach różnie się taka funkcja nazywa, ale jej istota jest ta sama – powiada Sołżenicyn. I dalej wyjaśnia: Mało kto zdaje sobie sprawę, jaka to delikatna i koronkowa praca. Każdy człowiek wypełnia w życiu mnóstwo rozmaitych ankiet, a w każdej odpowiada na określoną ilość pytań. Odpowiedź jednego człowieka na jedno pytanie jednej ankiety to już niteczka wiążąca tego człowieka z wydziałem akt personalnych w jego miejscu zamieszkania. Od każdego człowieka prowadzą do wydziału setki takich niteczek, setki niteczek łączą się w miliony niteczek, i gdyby niteczki te były widzialne, to pokryłyby całe niebo niczym pajęczyna, a gdyby stały się materialne i sprężyste, to zatrzymałyby wszystkie tramwaje, autobusy, ludzi, wszelki ruch i nawet wiatr nie mógłby gnać wzdłuż ulicy liści i strzępków gazet. Nie są widzialne, nie są materialne, a jednak każdy człowiek bezustannie odczuwa ich istnienie. A chodzi o to, że tak zwane kryształowe życiorysy są czymś równie nieosiągalnym jak prawda absolutna. Każdy żyjący człowiek ma w życiorysie jakieś mętne lub podejrzane sprawki, każdy coś przeskrobał albo coś ukrywa – trzeba się tylko dobrze przyjrzeć.

To stałe odczuwanie istnienia niewidzialnych niteczek wywołuje w ludziach naturalny respekt wobec osób, które trzymają je w ręku, i umacnia autorytet tych osób.

Uciekając się do asocjacji muzycznych można powiedzieć, ze Rusanow z racji swej szczególnej funkcji dysponował czymś w rodzaju ksylofonu i mógł wedle własnego uznania lub w miarę potrzeby uderzać w odpowiednią płytkę instrumentu. Choć wszystkie płytki ksylofonu są drewniane, każda ma swój własny niepowtarzalny ton.


«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...